Igor Brejdygant 
Prawda
Wydawnictwo Znak, Kraków 2025
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 2/5
Strzelanka? Niekoniecznie…
Nic na to nie poradzę: lubię Brejdyganta i mam skłonność do wybaczania mu tego i owego, bo wiem, że w zamian otrzymam (jak zawsze) gęstą prozę z finezyjnie skonstruowaną, soczystą intrygą, z zaskakującym i nieoczywistym finałem. Lubię, gdy w grę wchodzą pomysły fabularne z piekła rodem i toczą się jak u najlepszego autora sensacyjnych thrillerów. Na przykład zaczyna się od możliwego spisku wielkich biznesowych konsorcjów, walczących o kontrakty na rynku zbrojeń – aż tu nagle pyk! I cała intryga dryfuje w kierunku starego paradygmatu – mord z miłości, krwawy pościg, mordobicie i do kupy cztery trupy – happy end…
Brejdygant w umyśle swoim z łatwością zaprojektował i poprowadził taki wiraż fabularny – bo to dla niego chleb powszedni, by nie rzec: kaszka z mleczkiem. To jego profesjonalna specjalizacja: operować na najwyższym szczeblu geopolitycznej ruchawki, jednocześnie grzebiąc się w brudach praskiego (w sensie – prawobrzeżnego) menelstwa i wśród ofiar transformacji. Brejdygant umie być wszędzie, z równą lekkością i łatwością frazy. I o to chodzi. Pisanie bowiem gatunkowej prozy sensacyjnej (ergo: rozrywkowej) ma sens tylko wtedy, gdy zabierający się do tego przedsięwzięcia autor jest nie tylko wszechstronnym erudytą – ale ma tak ukierunkowane doświadczenia fabularne, iż nie musi polegać wyłącznie na wyobraźni. Innymi słowy: dzięki swemu obyciu i eksperiencji wie, jak urządzony jest świat i jak działają jego mechanizmy; widział i słyszał to i owo, więc zmyślać nie musi.
Brejdygant zatem ma potrzebne kwalifikacje, by jego wrodzony talent narracyjny nie wisiał w próżni. To kwalifikacje rzemieślnicze, ale po prostu niezbędne. Wszystko to, czego używa do budowania dekoracji i backgroundu swoich opowieści, jest nie tylko najwyższej próby jakościowej, ale wydaje się nadzwyczaj realistyczne – bo przepracowane i zgromadzone po drobiazgowym researchu… Oczywiście Brejdygant nie ma kwalifikacji tak głęboko zakotwiczonych w życiorysie własnym, jak na przykład Vincent V. Severski – długoletni agent służb wywiadowczych, który wie, z której kupki faktów i doświadczeń można czerpać budulec powieściowej fikcji, a z której – raczej nie. A Brejdygant widocznie ma kogo zapytać o te narracyjne imponderabilia…
W sumie zatem „prawdopodobieństwo narracji” tudzież ogólnego klimatu historyjek Brejdyganta ma się dobrze i nie nosi znamion przesady ani nierzetelnej obróbki. Przeciwnie – uniwersum pana Igora jawi się jako zbudowane poprawnie (a czasem nawet całkiem zajmująco…) terytorium sensacyjnej (i kryminalnej zarazem) powieściowej akcji. Niczego dziwacznego i wątpliwego w tym pejzażu nie znalazłem, przeto mogę polecić lekturę Brejdyganta. Gdyż: a) nie wywołuje odruchu wymiotnego, b) nie rwie się w niej nic i nie plącze, c) uruchamia czytelniczą wyobraźnię własną w stopniu zachęcającym śledzenia intrygi – w celu rozwiązania takowej, zanim uczyni to wspaniałomyślny autor. Przy czym od razu zastrzec muszę, iż ta zabawa jest bezcelowa, albowiem autor w całej swej wspaniałomyślności jest także niezłym skurczybykiem – żadnych przydatnych tropów nie podsuwa, niczego nie ułatwia i nie podpowiada. Przeciwnie: finał jest od czapy (ale to nie zarzut, jeno uwaga porządkowa) i wielce przewrotny. Będziecie usatysfakcjonowani, aczkolwiek co nieco sponiewierani… Na ciele i umyśle.
Sam powziąłem tylko jedną wątpliwość w kwestii jakości namalowanych przez Brejdyganta dekoracji dla tej pokrętnej intrygi. Chodzi mianowicie o sportretowanie komendy głównej policji i jej zasobów ludzkich – jeśli portret w jakiejś skromnej choćby części odpowiada rzeczywistości, a nie jest wyłącznie owocem fantazji kreatywnej Brejdyganta pour épater bourgeois, to czarno widzę naszą przyszłość w kwestii podtrzymywania praworządności ogólnie w kraju oraz wszem i wobec. Brejdygant stworzył załogę łapaczy wiatru (w sensie politycznym – skąd takowy wieje), bęcwałów, bezmózgich alkoholików, koniunkturalistów, skorumpowanych cwaniaków, leniwych ponad zwykłą ludzką miarę oportunistów, cyników i zasmradzaczy klimatu (w sensie społecznego – żeby nie było…). Sam główny komendant to zniechęcony, wypalony dupek, idący na resztkach i oparach przyzwoitości. Jakim cudem ten manszaft funkcjonuje i od czasu do czasu nawet odnotowuje jakieś sukcesy? Nie mam pojęcia – chyba tylko dlatego, że na marginesach systemu harują prawi oraz profesjonalni outsiderzy, którym SIĘ CHCE… Ale żywię nadzieję, że to tylko licentia poetica Brejdyganta, potrzebna mu w celach fabularnych, bez odbicia w rzeczywistości… Chociaż bym się nie zakładał, że tak jest. Nadzieja bez wiary – metafizyczna igraszka…
Teraz słów parę o intrydze Brejdyganta (ale nic ponad naszą umowną granicę spojlerowania), która jawi się jako osobliwie wykoncypowana, z zaskakującymi intelektualnymi pułapkami i zasadzkami. Bo oto w dość ekskluzywnym warszawskim apartamencie zabójca profesjonalnie masakruje młodą kobietę, nad wyraz urodziwą i niezależną. Komisarz Paulina Małecka, wspierana prze stażystkę młodszą aspirantkę tuż po Szczytnie (dla niekumatych – szkoła oficerów policji) Grażynę Witkowską, dzięki niespotykanej dostępności dowodów i własnej intuicji (wprost legendarnej i godnej zazdrości, której zresztą jej koledzy nie ukrywają…) szybko łączy kropki i niezbicie wypada z wirówki niejaki Krzysztof Kleczek – figurant dobrze sytuowany w topowym biznesie, w branży handlu bronią, bywalec czołowych kurortów Europy i Azji, a na dodatek zjawiskowo przystojny, niczym jakiś „cholerny Clooney” – jak się czule (acz ironicznie) wyraziła pani komisarz. Z kolei sam „Krzysztof się nie uśmiechał, patrzył za to na nią tak, że poczuła, jak przeszywa ją dreszcz, schodząc od czubka głowy powoli po plecach i piersiach w dół, tam, gdzie zaczyna się i kończy świat.” (str. 228). Kawał liryki o lekkim zabarwieniu erotycznym – jak na krajowego wyrobu prozę sensacyjną, nieprawdaż?
Ale dowody – zwłaszcza okazały i wyraźny odcisk linii papilarnych na miejscu zbrodni – jawiły się nieubłagane na tyle, że nawet leniwy i głupawy prorok wykukał Kleczkowi w sądzie pełną ćwiarteczkę do odsiadki. Grubo. Na początek w Barczewie… Kilka miesięcy później pani komisarz Paulina powzięła wiadomość (od aspiranta informatyka), która rzuciła inne światło na dowody w sprawie Kleczka. I tu się zgina dziób pingwina – dale o intrydze ani słowa; sami sobie przeczytajcie – od sto ósmej strony – tylko uważnie i starannie, bo warto.
Pasjonująca „odwrotka” akcji u Brejdyganta jest jednym z ciekawszych wiraży intelektualnych, zastosowanych w prozie sensacyjnej ostatniego sezonu. Luz i pewna taka dezynwoltura, z jaką swą intrygę poprowadził pan Igor, skłaniają do przypuszczenia, iż możemy oczekiwać z jego strony coraz bardziej wyrafinowanych zagadek. „Prawda” ma bowiem w sobie zadatki na nasz ulubiony i pełnokrwisty ciąg dalszy. Lektura zatem zajmującą i pouczającą czynnością intelektualną ze wszech miar jest…
Tomasz Sas
(17 03 2025)
P.S. Wielce Szanowny panie Igorze – kolokwializmy lepiej sprawdzać, przynajmniej w kwestii prawdopodobieństwa, czyli zgodności z rzeczywistością. Oto na stronie 150 pańska bohaterka „Paulina, trzymając go nadal na muszce, sięgnęła do nogawki, w której przypiętą w małej kaburze nosiła dodatkową tetetkę.” No daj pan spokój – tetetkę? Wiem, że ta kolokwialnie i powszechnie używana potoczna nazwa jednego z najpopularniejszych pistoletów samopowtarzalnych na świecie (wyprodukowano zapewne około 5 milionów egzemplarzy, a w Chinach robią go nadal…) stosowana bywa jako metaforyczny synonim wszelkiej broni palnej – ale bez przesady: nie uchodzi w takiej jakości tekście… Rzeczona tetetka to radziecki pistolet samopowtarzalny (samozariadnyj Tulskij Tokariewa) wzór 1933, kalibru 7,62 mm, z ośmionabojowym magazynkiem; załadowany ważył jakieś 950 gramów, plus kabura (nie za mała i niezbyt lekka…) – razem jak nic sporo ponad kilogram. No i nie był kompaktowy – każdy, kto trzymał tę broń w dłoni (a ja akurat robiłem to wielokrotnie) i z niej strzelał, pamięta, że PW 33 (wyrabiany w Radomiu polski licencyjny odpowiednik TT) to solidny i spory (jakieś 20 cm długości mniej więcej) kawał ciężkiego żelastwa był (do tego niezbyt celny – ale za to z 25-30 metrów można było z niego rozwalić samochód albo zatrzymać szarżującego nosorożca…). Ale w żadnym razie nie mogło być mowy, aby ktokolwiek nosił TT skrycie w kaburze (pod marynarą czy tam kurtką albo za paskiem na plecach – to i owszem…) przypiętej nad kostką czy w ogóle gdziekolwiek przy nodze. Do tego celu rusznikarze na całym świecie skonstruowali dość sporo przydatnych i wygodnych w użyciu mniejszych pistoletów oraz rewolwerów innych typów niż tetetka… TS.
Brak komentarzy