Wasilij Grossman Życie i losPrzełożył Jerzy CzechWydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 6/7Ocena okładki: 4/5 Grossman vs. ZSRR, czyli słuszna sprawa? Skażi-ka, diadia, wied’ nie daromMaskwa, spalionnaja pożarom,Francuzu otdana? Michaił Lermontow, „Borodino” Każda epoka w dziejach Rosji (i nie tylko jej – ale chwilowo właśnie w Imperium jesteśmy…) ma swoją wielką wojnę, rewolucję czy inne totalne „trzęsienie ziemi”. Każda wielka wojna, rewolucja etc. ma swojego pisarza – piewcę lub krytyka (to różnie bywa…) – ale wielkiego. Z wielką wojną 1812 roku nierozerwalnie związał się hrabia Lew Nikołajewicz Tołstoj – geniusz literatury w skali globalnej, autor czterotomowej epopei „Wojna i pokój”. (Notabene jeden z epizodycznych bohaterów „Życia i losu”, dowodzący w obronie Stalingradu dywizją niezbyt lotny, ale twardy generał Gurjew nie mógł uwierzyć, że Tołstoj nie uczestniczył w tej wojnie, bo go na świecie jeszcze nie było, a powieść napisał dobre pięćdziesiąt lat później. Przecież tak dobrze wszystko napisał, bo sam brał udział, sam walczył. „- Nie było na świecie? (…) Jak to nie było? No to kto za niego pisał, jeśli nie było go na świecie? Co? Jak myślicie?” – indyczył się generał, pijąc wódkę w punkcie dowodzenia w wygaszonym piecu martenowskim huty „Czerwony Październik” na pierwszej linii…) Wojna…
Anna Matwiejewa Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga Przełożyła Magda Dolińska-RydzekWydawnictwo Kobiece – MOVA, Białystok 2020 Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Rassija – matuszka siekrietow Tajemnica… Rosja lubi, szanuje, pielęgnuje oraz intensywnie wytwarza tajemnice. Tajemnica jest magicznym słowem-kluczem założycielskim każdej rosyjskiej formacji państwowej (bez względu na ideologię) – od monarchii Iwana Groźnego począwszy po współczesną satrapię pułkownika KGB Putina. Klauzulę tajemnicy państwowej wykuli czynownicy Piotra Pierwszego i potem już płynnie poszło. Kto nie widział odbitej na papierach wielkiej czerwonej pieczęci w tłustej ramce z napisem „sowierszenno sekretno” (czasem z wykrzyknikiem dla wzmocnienia) – ten nic w Rosji nie widział. W Rosji bowiem tajemnica państwowa była i jest opoką imperium, fundamentem struktur władzy, czarodziejskim zaklęciem – przecinającym spory, kończącym dyskusję sygnałem ostrzegawczym, uruchamiającym mechanizmy instynktu samozachowawczego. Wielopokoleniowa tresura policyjno-łagrowa zrobiła swoje – plemię łamaczy tajemnic nigdy nie urosło w siłę, a dziś znowu wydaje się być na wymarciu… A tu tyle tajemnic do odkrycia – lub przynajmniej napoczęcia, nazwania, choćby wstępnego zdefiniowania… Jak Rosja (z przyległościami) długa i szeroka, tajemnice się płożą i srożą za płotami z czerwonych bukw. Trochę z nich udało się otworzyć, spopularyzować – ale przecież nie wyjaśnić. Ot, najwyżej rozgrzebać, dorzucić do puli wszechzwiązkowych tajemnic, podkarmić teorie spiskowe (i nakarmić…
Steve Cavanagh Trzynaśc13 Przełożył Janusz Ochab Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2020 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Zbrodnia bez granic… Od początku wiemy, kto zabija (choć nie tak łatwo go zidentyfikować…) i mniej więcej domyślamy się też – dlaczego… Więc dwa podstawowe elementy suspence’u na wstępie odpadają. Pozostaje trzeci. Czyli – jak on to robi? Innymi słowy: anatomia morderstwa. Bardzo wyrafinowanego morderstwa. Wielu bardzo wyrafinowanych morderstw. W tych okolicznościach narracyjnych pojawia się zasadne skądinąd pytanie – czy warto śledzić samą technologię zabójcy, gdy jego tożsamość i motywy, aczkolwiek są podmiotami śledztwa, prowadzonego gdzieś w tle, na drugim planie, dla czytelnika odsłaniają się po prostu. Dzięki udziałowi głównego sprawcy w przeprowadzonym przez autora procesie opowiadania. Morderca nie jest wprawdzie „podmiotem lirycznym” narracji, ale opis jego działań symultanicznie wypełnia jedną z dwu głównych linii konstrukcyjnych całej intrygi. Opis beznamiętnie szczegółowy i nad wyraz precyzyjny – spisany tak, jakby autor miał ambicję sporządzić raport behawioralno-sytuacyjny i nie obawiał się, że ktokolwiek zechciałby zostać naśladowcą sprawcy. Choćby dlatego, że nadmiar szczegółów i stopień ich zagmatwania wykluczałby przeciętnego człowieka z grona podejrzanych. Z powodu niedostatku kwalifikacji intelektualnych do ogarnięcia całego zbrodniczego zamierzenia. To zadanie dla niepospolitego geniusza mordowania… No i Cavanagh wykreował sobie takiego…
Robert Menasse Stolica Przełożył Jacek St. Buras Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Jak pięknie się wszystko wokół brukseli… Dziesięć milionów świńskich uszu to za mało, by negocjować dobry kontrakt. Tyle to pekiński handlowiec kupuje rano, idąc z koszyczkiem na targ… Ale jakby tak mieć ofertę na sto milionów świńskich kłapciatych aparatów słuchowych, precyzyjnie oddzielonych od łbów, ładnie zapakowanych i zamrożonych? I jako bonusik pięćdziesiąt milionów równie ładnie spreparowanych świńskich ogonów? To byłaby inna rozmowa… Ale na takim poziomie abstrakcji negocjacji nie może prowadzić żaden kraj Unii Europejskiej z osobna; Unia mogłaby razem, ale tu pech: Unia akurat nie prowadzi żadnej wspólnej eksportowej polityki świńskiej. Centrala nawet nie próbuje się porozumieć ad hoc. Europejscy hodowcy świń – zrzeszeni i oczywiście ostro lobbujący w swych świńskich interesach – pełni są najczarniejszych myśli: Chińczycy to wygrają. Albo Niemcy zawrą kontrakt osobno… Tymczasem na ulicach Brukseli widuje się tu i ówdzie biegającą dorodną świnię – jak to one – różową, tłustą i bezceremonialną. Może nawet kpiarsko uśmiechniętą… A po drugie – jedna z dykasterii tego biurokratycznego molocha, jakim jest Komisja Europejska, czyli Dyrekcja Generalna ds. Kultury i Edukacji (praktycznie bez znaczenia, z niewielkim stosunkowo budżetem i powszechnie lekceważona…
Donna Leon Doczesne szczątki Przełożył Marek FedyszakWydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Czy już sami siebie sprzątnęliśmy z Ziemi? Wydaje się, że nie… Niebo nadal bywa niebieskie – trawa wciąż zielona, chmary ptactwa unoszą się nad wodami, jeże w liściach szeleszczą. Ale to pozór tylko – gdzieś tam, w głębinach sączące się kropelki kwasu nieubłaganie odmierzają czas do przesilenia. Niewiele już go nam zostało. A na Lagunie Weneckiej nawet mniej niż gdziekolwiek… Niestrudzona Donna Leon tym razem nie penetruje weneckich kanałów, nie tropi pokrętnych losów obywateli Serenissimy, nie śledzi tamecznych afer, zbrodni i przekrętów… W zamian zanurza się w mętne wody laguny, z dala od miasta i na bagiennych żuławach szuka śladów ludzkiej nieprawości. Te bowiem, jak wiadomo, są wszędzie i żadne pustkowie nie jest od nich wolne. Co tu ukrywać – to zło, nasze zło, wygrało wyścig – pierwsze spenetrowało planetę. Tym razem commissario Brunetti w środku upalnego lata podjął osobliwą interwencję… Gdy podczas przesłuchania jego młodszy kolega był o włos od złamania sobie kariery, zbyt otwarcie sygnalizując zamiar zdzielenia przesłuchiwanego (młodego, aroganckiego i ustosunkowanego prawnika) w pysk, komisarz Guido podjął udaną próbę symulowania ataku serca, czym przerwał groźną akcję. W rezultacie jednak trafił…
Robert Harris Oficer i szpiegPrzełożył Andrzej NiewiadomskiWydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 3/5 Cień Dreyfusa nad Europą 2 września 1870 roku pod Sedanem – niewielkim miasteczkiem we Francji nad Mozą w Ardenach – definitywnie i nieodwołalnie dobiegły końca dwie legendy. Jedna z nich to legenda Wielkiej Francji – dziedzictwa Napoleona Bonapartego, legenda podtrzymywana nieudolnie i dość niefortunnie przez bratanka cesarza – Karola Ludwika Bonaparte, który w 1852 roku obwołał się Napoleonem Trzecim, cesarzem Francuzów – wzorem swego wielkiego wujaszka. Ale to temat na inne opowiadanie; godzi się tylko zauważyć, że sami Francuzi długo nie doceniali swego Drugiego Cesarstwa i jego władcy (przyznajmy: umiarkowanie mądrego i nieco – hm, operetkowego megalomana…). W końcu wojnę przerżnęli koncertowo: armia utraciła zdolność działania, Niemcy zajęli dwie bogate prowincje – Alzację i Lotaryngię, a na Francję nałożyli gigantyczną kontrybucję – pięć miliardów franków w złocie. Cesarz – głównodowodzący trafił do niewoli… Ale ostatnio historycy, niektórzy politycy i publicyści próbują trochę rehabilitować tamto cesarstwo i samego cesarza. Nie idzie im łatwo – za mało pozytywnych przesłanek. Ale to ich zmartwienie… Druga skończona pod Sedanem legenda to mit Wielkiej Armii – wyrosłej z ducha rewolucji, praktycznie niezwyciężonej… Owszem: ponoszącej klęski w polu (bywało,…
Peter James Niezbity dowód Przełożyła Izabela Matuszewska Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2019 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 2/5 AAADylemat transcendentalny rozwiążę definitywnie. Cena do uzgodnienia. Tel… Jest, czy też Go nie ma? Tak, o Boga chodzi. Centralną figurę (pod różnymi nazwami…) religii monoteistycznych – wszechmocnego, wszechwiedzącego, wszechobecnego, wszechdobrego, jedynego, na ogół bezpostaciowego inicjatora wszechrzeczy, sprawcy, mechanika i strażnika, regulatora porządku, prawodawcy, sędziego i obserwatora. Wyznawcy boskiego pochodzenia, boskiego źródła i boskiej natury wszechrzeczy, boskiej organizacji wszechświata nie potrzebują rozstrzygającego dowodu istnienia swego Boga. Ich Bóg JEST bez wątpienia, więc po co jeszcze jakieś dowody – spekulacje intelektualne czy też nawet materialne, fizycznie dotykalne, obserwowalne i poznawalne ślady. Wierzący nie zadają sobie pytania, czy Bóg istnieje. Bo ISTNIEJE. I ten proces internalizacji od samego początku (po narodzinach bądź konwersji) w umyśle każdego ze społeczności wierzących obywa się bez dowodów; takowe są niepotrzebne. Dowody są zastąpione przez układ nauczającego z nauczanym – konwencję o bezspornym istnieniu Boga. Z drugiej strony niewierzący w boską naturę porządku tego świata też żadnych dowodów nie potrzebują. Po co im one? Ich universum jest urządzone inaczej i burzyć go dowodami przeciwnymi nie zamierzają. Im potrzebne są raczej argumenty de non existentia Dei (jak w swoim traktacie o takimże tytule…
John Grisham Wezwanie Przełożył Andrzej Leszczyński Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2019 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 2/5 Czemu Kain zabił Abla? Dobre pytanie. Bo opowiadał przeterminowane dowcipy? Bo wyżerał lepsze kąski ze wspólnej miski? Być może… Ale prawdziwy powód był inny. Obaj byli narcystycznymi egoistami, obaj planowali to samo – tylko jeden okazał się szybszy od drugiego. I bardziej bezwzględny. A może był po prostu lepiej lepiej przystosowany do wymagań świata tego? Historia, wykorzystana przez Grishama w „Wezwaniu”, jest w istocie modyfikacją braterskiej zwady (o to, czyja ofiara lepsza była i milsza Bogu…) Adamowych potomków, choć nie kończy się zbrodnią jak pierwowzór. Ba – nie da się bezspornie ustalić, który z dwóch synów prowincjonalnego sędziego Reubena Atlee z Missisipi – Ray czy Forrest – byłby w tej historii Kainem, a który Ablem… A historia braci Atlee ma w tle trzy miliony dolarów w gotówce, porządnie spakowane w kartonach po materiałach biurowych, ukrytych w starożytnej komodzie w gabinecie taty-sędziego, który nie poczekał na wezwanych pilnie do domu synów. Powodem wezwania potomków przed oblicze tatusia (słusznie przewidującego swe rychłe odejście z tego świata) było oczywiście spadkobranie, a ściślej: nieformalna i może niespecjalnie legalna część tzw. masy, czyli wzmiankowane trzy miliony, porządnie…
Rhys Bowen W złotej klatce Przełożyła Joanna Orłoś – Supeł Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Trutka na sufrażystki, czyli bez przesady z tymi kosmetykami! Kryminał retro, a w zasadzie rekonstrukcyjny, rozpycha się nie tylko na naszym krajowym rynku. Robi to wszędzie – od Rosji po RPA, Chile i Kanadę. Trend globalny, rzec by można. Ale czemu? To dobre pytanie, a odpowiedzi szukam od dawna. Na pewno nie dlatego, że pisze się łatwiej, bo jest wprost przeciwnie – kryminał rekonstrukcyjny, obok zwykłej staranności fabularnej w prowadzeniu intrygi, wymaga osobnego, drobiazgowego i wiarygodnego researchu historycznego – od zawartości gazet po ceny biletów kolejowych i szybkozmienne aspekty mody damskiej. Masa szczegółów, które trzeba wpleść do narracji, czyni rekonstrukcję zadaniem piekielnie trudnym, wymagającym precyzyjnego przygotowania i pisarskiej dokładności, zużytej na spreparowanie dekoracji, didaskaliów i… zaludniających ten świat postaci dramatu, drugoplanowych statystów i tłumu z tła. Tła, które musi pochodzić z epoki. Żadnej konfabulacji… No więc łatwiej się tego nie pisze. O co zatem chodzi? Taka moda? Więcej listków do wieńca pisarskiej chwały? Świadectwo i sprawdzian zawodowych, mistrzowskich zdolności? Objaw nostalgii za dawnymi, dobrymi czasy? Cóż, którakolwiek z tych przyczyn miałaby decydować, i tak istotny jest tylko rezultat. Czyli…
Ulrich Alexander Boschwitz Podróżny Przełożyła Elżbieta Ptaszyńska – Sadowska Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 A dookoła sami dobrzy Niemcy – czyli czas uciekać… Trudno sobie wyobrazić dziwniejszą książkę. Napisał ją w ciągu kilku tygodni człowiek ledwo dwudziestotrzyletni, poruszony do głębi wydarzeniami w Niemczech w 1938 roku, które później historycy nazwali Die Kristallnacht – Nocą Kryształową… Nieco wcześniej, w październiku tegoż roku, funkcjonariusze służby bezpieczeństwa Rzeszy zatrzymali w Niemczech ponad 17 tysięcy Żydów z polskim obywatelstwem lub innymi papierami poświadczającymi jakiekolwiek związki z państwem polskim. Zatrzymanych załadowano do pociągów (Trzecia Rzesza nabierała w tym wprawy…) i odstawiono do granicy. Tam przy pomocy uzbrojonych w karabiny z osadzonymi bagnetami jednostek policji i straży granicznej przepędzano ich na stronę polską. Niestety, biało-czerwone szlabany graniczne pozostały zamknięte… Około dziesięciu tysięcy deportowanych Żydów znalazło się w Zbąszyniu (na głównej linii kolejowej z Berlina do Poznania) – najpierw dosłownie w pasie granicznym między zasiekami i szlabanami, potem w obozie przejściowym w koszarach i we młynie. Wśród internowanych była rodzina krawca Sendeła Grynszpana pochodzącego z Radomska, deportowana z Hanoweru (mieli polskie obywatelstwo). Syn Sendeła Herszel był w tym czasie w Paryżu (uciekł z Rzeszy wcześniej i chciał się przedostać do Palestyny);…
Oleg Pawłow Dziennik szpitalnego ochroniarza Przełożył Wiktor Dłuski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Bolnica Rassija pod czujnym okiem pisarza… „Jak mało przebytych dróg jak wiele popełnionych błędów” sentencja wytatuowana na stopach 35-letniegoumrzyka-alkoholika, bomża nazwiskiem Dołgich… Nie słyszałem dotąd o Pawłowie. Nic ani jego, ani o nim nie czytałem, nie miałem pojęcia, że jest (a w zasadzie był – bo zmarł w ubiegłym roku). Świata literatury w pojedynkę ogarnąć nie sposób. Nawet nagradzanego i chwalonego przez krytykę autora pominąć łatwo, gdy nie jest się zawodowcem w branży, tylko amatorem… Ale taki błąd zawsze warto naprawić – bo Oleg Pawłow to było zjawisko w rosyjskiej literaturze – żal, że już zakończone. Zjawisko osobne, niezwykłe i krótkotrwałe, jak ślad płonącego w atmosferze meteoru. Pawłow pracował jako robotnik, tragarz, służył w łagiernych (ale zmilitaryzowanych) jednostkach ochrony sowieckich zakładów karnych (obozów pracy) w karagandyjskim stepie, był ochroniarzem w moskiewskim szpitalu, studentem zaocznym instytutu literatury, krytykiem, publicystą i pisarzem. Rosyjskim. A rosyjskość ma ogromne znaczenie w zrozumieniu, o co z tym Pawłowem chodzi. Dostojewski, Babel, Sołżenicyn, Szukszyn, Jerofiejew… Pawłow do tej gromadki nie doszlusował. Za krótko pisał. Ale zadatki miał. Gdy w 1994 roku kończył studia, jego pracę dyplomową opublikował…
Michel Houellebecq SerotoninaPrzełożyła Beata GeppertGrupa Wydawnicza Foksal – Wydawnictwo wab, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 3/5 S żyru biesitsia… Globalna wielkość Houellebecqa (a po dystopijnej „Uległości” – nawet profetyczno-mistyczna, i to w znacznej skali) wydaje się rosnąć z każdą kolejną publikacją nowej powieści, eseju, tomu wierszy. Oczywiście owa wielkość to tylko opinia. Umowna i subiektywna, chroniona przez dość szeroko zaakceptowany i obowiązujący konwenans. Ale naturalnie żadną miarą nie wystawiona poza nawias dysputy, by sobie stygła i pokrywała się usztywniającą patyną. Przeciwnie – kwestionowanie wielkości Houellebecqa byłoby wskazane i nawet pożądane (choćby dla soczystości publicznego dyskursu), ale jakoś nikt się nie kwapi. Któż bowiem rozsądny i instynktem samozachowawczym przepełniony, zechciałby wystawić się na szwank i wrzasnąć, że król jest nagi, skoro i tak wszyscy widzą, że jakieś zgrzebne gacie ma, takąż koszulinę i kurtewkę sfatygowaną… Bo nie jest tak, że Houellebecq to oktrojowany przez zmowę krytyków uzurpator. Na jego wielkość składają się opinie recenzentów – indywidualne, podpisane i niezależne, skreślone przez fachowców o ugruntowanej reputacji. I co ważne – uargumentowane. Do tego dokłada się suma indywidualnych decyzji konsumentów-czytelników, glosujących za wielkością Houellebecqa przy kasie. Ta suma idzie w miliony – i to nie wydawane jeden raz, ale powtarzalnie. Co oznacza, że…
Bernard MacLaverty Przed końcem zimy Przełożył Jarek Westermark Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Psychodrama w Amsterdamie czyli ryk osła z oddali… Zimą do Amsterdamu nie polecam. Chyba że ktoś musi, bo inaczej się udusi – jeśli nie nabucha się zioła w którejś z dowolnych spelunek nad dowolnym grachtem. Ale czego nad zimowymi kanałami w strugach rytualnego (pada ze 200 dni w roku) deszczu szukać może stare dobre irlandzkie małżeństwo? Zaspokojenia? Konfrontacji? Ugody? Rozliczenia? Pamięci? Nowego początku? Czegokolwiek by nie szukali, czas wybrali dobry. Turystyczny gwałt maleje i nie rozprasza uwagi, muzea oblężone umiarkowanie, w barach i kawiarniach są nawet wolne stoliki. Słowem: zima w Amsterdamie to dobry moment, by zająć się sobą i dobrze wykorzystać czas – nawet marnując trochę na głupstwa… Więc Stella i Gerry Gilmore zapakowali się do samolotu z Glasgow na Schiphol, by wylądować w umiarkowanie wykwintnym hotelu Theo w centrum Amsterdamu. Z Glasgow – bo choć oboje są Irlandczykami, katolikami z Belfastu, od lat mieszkają w Szkocji. Do przeniesienia się na drugi brzeg Morza Irlandzkiego i zatoki Firth of Clyde skłoniły ich wypadki, typowe dla ulic i innych miejsc publicznych Belfastu w latach siedemdziesiątych, czyli swobodne i chaotyczne przemieszczanie się pocisków wystrzelonych…
Internat Serhij Żadan Przełożył Michał Petryk Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Regulamin taktyki cywilnej przydatny na czas działań zbrojnych w terenie zabudowanym i gęsto zaludnionym… Świadomość wojny za granicą z bezpośrednim naszym sąsiadem – podobno zaprzyjaźnionym, choć szorstka to przyjaźń i czasem brutalna – jest w Polsce bliska zeru. Przecież to tak daleko; jakiś Ługańsk, Donieck – gdzie to w ogóle jest? Jakby grady zaczęły nawalać z Gródka Jagiellońskiego, a czołgi wyszły z lasu pod Rawą Ruską… A, to inna rozmowa. Niedużo czasu zostałoby, by się spakować i spierdalać. Ale skoro Rawa z Gródkiem wolne, słoneczne i ciche, to co nam jakaś tam wojna? No niby nic. Każdemu napomknieniu, że jednak w tym Donbasie dzieje się coś groźnego, strasznego – w rozleglejszej perspektywie groźnego i strasznego również dla nas, odpowiada wzruszenie ramion. Czasem podparte przeżutym grubszym słowem albo komentarzem – że dobrze im tak, pierdolonym banderowcom… Komu dobrze? Na wojnie? Na wojnie nikomu dobrze nie jest – ani tym, którzy strzelają, ani tym, do których strzelają, ani tym, którzy wbrew faktom uparcie twierdzą, że ich to nie dotyczy, ani nawet tym naiwnie zakładającym, że ich nie zabiją, bo nie ma za co… Nie ma za co?…
George Saunders Lincoln w bardo Przełożył Michał Kłobukowski Wydawnictwo Znak, Kraków 2018 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Na granicy światów: hucpa czy arcydzieło? Koncept nienowy: zmarli mają swój świat, w którym kontynuują… Nikt w literaturze nie spożytkował go lepiej, wyraziściej i piękniej niż amerykański poeta Edgar Lee Masters w „Umarłych ze Spoon River” (1915). Reszta to chłam (wyjąwszy może zabawną Fannie Flagg i jej niedawne „Całe miasto o tym mówi”). Nawet jeśli ktoś wnikliwie przestudiował „Tybetańską Księgę Umarłych” i wielkim umysłem swym zgłębiał tanatologiczną koncepcję bardo – czyli osobliwego stanu pośredniego egzystencji duszy po śmierci pierwotnego ciała-nosiciela do momentu wejścia w nowy stan powtórnych lub zgoła kolejnych narodzin, reinkarnacji – to literacki rezultat tej lekcji nie dorówna Mastersowi. Zwłaszcza gdy poziom dowcipu zbliża się niebezpiecznie do finezji spisywanych pod kołderką w gimnazjalnym internacie elukubracji Alfreda Jarry’ego… W systemie religijnych wierzeń chrześcijan najbliższy pojęciu barda byłby czyściec, gdyby nie to, że ta idea przechowalni dusz ma charakter równie ostateczny – przesądzony jak idee niebieskiego raju i otchłani piekielnych… Ale to bardo u Saundersa to jednak czysty buddyzm w ortodoksyjnej wersji lamaizmu Nyingma; 60-letni amerykański profesor uniwersytecki z Syracuse w Nowej Anglii jest bowiem praktykującym wyznawcą tego religijnego obrządku… Nic w tym…