Fundacja

20 sierpnia 2025

Donna Leon 
Fundacja
Przełożył Marek Fedyszak
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Bo to zła kobieta była…

Problem zaczął się od wczesnego średniowiecza, gdy włoscy kupcy wynaleźli i wdrożyli w życie mniej więcej nowoczesny (stosowany praktycznie do dziś) obieg pieniądza w gospodarce. Banco to włoskie słowo oznaczające ławę (albo kontuar) – podstawową infrastrukturę używaną przy wymianie i innych czynnościach strukturalnej alokacji zasobów finansowych. Wynalazek ten sprawił, że modyfikacjom musiał też ulec sposób pozyskiwania środków poza legalnym i chronionym przez prawo boskie i ludzkie mechanizmem obiegu. Do tej pory wystarczały malownicze i zuchwałe techniki zbójeckie (pałą w łeb, sztyletem pod żebra itp.) i determinacja w ucieczce. Teraz wypadało obmyśleć bardziej wyrafinowane sposoby podłączania się do głównego nurtu obiegu środków, by jakiś niewielki na oko, ale zadowalający strumyczek skierować do własnej kiesy.

Od tamtej pory w globalnej gospodarce trwa nieustanny proces doskonalenia i przyspieszania obrotu kapitału – wraz z towarzyszącą mu wojną między zabezpieczaczami tego procesu a amatorami uszczknięcia tego i owego i skierowana do swoich sejfów. „Fundacja” Donny Leon dokładnie właśnie o tym traktuje. I nie zostawia złudzeń: kraj, w którym wynaleziono banki, giełdy i w ogóle cały tak zwany kapitalizm – nadal skutecznie walczy o palmę pierwszeństwa w dziele… zakłócania całego tego systemu i czerpania zeń osobistych korzyści, niezgodnych z prawem na ogół. Choć nie oszukujmy się – we Włoszech skala przedsięwzięć i pomysłów, nawet tych najbardziej wyrafinowanych i nowoczesnych tudzież mimo mafijnej zawziętości, jest groszowa, zgoła dziecinna, w porównaniu z potencjałem, zgromadzonym w globalnych instytucjach finansowych. Ale i tak rozmiarami i rozmachem szarej strefy można się napawać – osobliwie w jej literackiej odsłonie. Bo w rzeczywistości różnie z tym bywa…

Kultura (albo może nawet cywilizacja…) przewału nie jest oczywiście włoską specjalnością, z czego Donna Leon zdaje sobie sprawę, ale genotyp śródziemnomorski niewątpliwie jej sprzyja, przydając przewalankom finezji i owej „puszystej” lekkości, która wzbudza w obserwatorach bardziej podziw niż gniew. Chyba że mamy do czynienia z sycylijską mafią, kalabryjską 'ndranghetą czy tam camorrą z Neapolu. To są młotkarze, brutalni i prostaccy w istocie – chociaż potrafią posługiwać się bardziej wyrafinowanymi metodami, zwłaszcza tam i wtedy, gdy w grę wchodzą naprawdę duże sumy z budżetu Palazzo Chigi (czyli rządu) albo Unii… Ale Donna Leon nie o tym. Zdroworozsądkowo poniekąd…

Zajmowanie się mafijnymi interesami niejednego bowiem przyprawiło o nagły atak nieuleczalnej choroby, kończącej się nieubłaganym zejściem. Ale jakaś kręcąca lody fundacyjka na prowincji? To stosunkowo bezpieczna egzemplifikacja problemu. Donna Leon dostrzegła kryminogenny potencjał, tkwiący w pozornie nienagannych moralnie, charytatywnych, filantropijnych przedsięwzięciach, transferujących (dobrowolnie, na zasadzie bezinteresownej łaskawości opiekuńczej) pieniądze od posiadających do potrzebujących. Ot, choćby w takim, z pozoru niewinnym i szlachetnym finansowaniu i wspieraniu na różne inne sposoby szpitala w Belize. Czyli w niewielkim kraiku (dawniej: Honduras Brytyjski) w Środkowej Ameryce – wąskim pasie wybrzeża karaibskiego, przyklejonym do południowej strony meksykańskiego półwyspu Jukatan. Dostatecznie daleko, by nikomu nie chciało się sprawdzać, co się tam właściwie dzieje. Zarazem dostatecznie blisko, by zaspokajać egoistyczne potrzeby czynienia dobra (wliczone w cenę oczekiwanego zbawienia), ujawniające się u niektórych burżujów. Moc tego ujawnienia demaskowała się z pełną siłą zwłaszcza wtedy, gdy uzyskać można było obfite ulgi podatkowe.

Donna Leon zbudowała intrygę o mało policyjnej i prawie zupełnie niekryminalnej treści – za to strukturalnie wtrącającej się w socjalną figurę weneckiej arystokracji i wysoko posadowionych warstw mieszczaństwa – oligarchicznej plutokracji bez mała. Zresztą w przypadku Wenecji słowo „arystokracja” (w którego definicji mieści się posiadanie – i to raczej dziedziczne – tytułu szlacheckiego z wyższej półki) jest nadużyciem formalnym. Wenecja jako republika sama z siebie tytułów szlacheckich nie nadawała – dysponowała tylko tytułem pełnoprawnego obywatela; jej tzw. arystokracja to warstwa posiadaczy wielkich majątków, zdobytych w drodze handlu, bankierstwa, korsarstwa, pełnienia dochodowych urzędów itp. Jeśli ktoś mienił się hrabią, markizem, baronem lub kimś podobnym, bądź chociażby skromnym szlachcicem, oznaczało to tyle, że tytuł ów nabył drogą kupna na którymś z europejskich dworów, uprawnionych do nadawania takowych. Przeważnie działo się to w trybie transakcji wiązanej po udzieleniu pożyczki lub gwarancji kredytowej. Tak oto bankier stawał się baronem, a skorumpowany celnik chował w skrzyni dyplom szlachecki… Zaś potomkowie dożów mogli sobie z automatu „hrabiować” albo nawet zgoła „markizować”. I to tyle o tzw. arystokracji weneckiej.

O co zatem chodzi w „Fundacji”? Oto pewnego jesiennego spokojnego dnia (gdy covidowa pandemia już wygasała) Guida Brunettiego nawiedziła w komisariacie znajoma jeszcze z dzieciństwa. Z problemem – a Guido ją wysłuchał, choć oficjalne zaangażowanie policji kryminalnej w tę sprawę uznał za przesadne. Ale przed laty matka Elisabetty Foscarini okazywała wiele serdeczności i pomocy matce Guida, mimo dzielącej obie rodziny pewnej takiej przepaści socjalnej. I to było mocne zobowiązanie do okazywania wdzięczności. A problem był taki: Elisabetta podejrzewała, iż mąż jej córki, księgowy skądinąd, zrobił coś złego (wiedziała o tym od córki…). Więc troskliwa mamusia poprosiła znajomego policjanta, by przyjrzał się aktywności zawodowej zięcia…

Commissario Brunetti akurat nie miał nic pilnego do roboty (jesienią po sezonie turystycznym wyludniająca się Wenecja stawała się oazą spokoju…), więc przedsięwziął czynności sprawdzające, policyjnymi, ale troszkę nieformalnymi metodami. A nawet całkiem nieformalnymi, czyli zwłaszcza z wykorzystaniem tropicielsko-śledczych i nie zawsze legalnych talentów signoriny Elettry, biegłej sieciowo i komputerowo sekretarki vice-questore Patty. W sumie zatem z „małą pomocą” kolegów z komisariatu Brunetti zyskał obraz sytuacji, który co nieco zadziwił doświadczonego policjanta. Po pierwsze – dowiedział się, jak we włoskim systemie prawa działają tzw. ONLUS-y, czyli nienastawione na zysk organizacje pożytku publicznego. Po drugie – odkrył istnienie organizacji charytatywnej „Belize nel Cuore”. Po trzecie – ustalił ze zdziwieniem niemałym, iż za tą fundacją stoi wenecki bogaty przedsiębiorca Bruno del Balzo, a prywatnie… mąż jego przyjaciółki z dzieciństwa, która przecież zainicjowała całą tę akcję śledczą…

Wyszło więc na to, że Elisabetta Foscarini, powodowana troską o szczęście rodzinne swej córki i zięcia (który wydatnie pomógł teściowi w zorganizowaniu fundacji), skierowała rozmyślnie reflektor służb przestrzegana prawa na swego małżonka. Pikantne szczegóły owej akcji pominiemy – mamy wszak umowę. Nie ulega wszakże wątpliwości, iż mogło tu chodzić o znany w kryminologii motyw udziału osób trzecich, w tym niesławnej „innej kobiety”. Ale sam Brunetti z ostrożności nie skupiał się na rozpracowaniu motywów pani Foscarini. (Bo to zła kobieta była?) Dzięki temu zyskał obszerniejszą perspektywę funkcjonowania wyższych sfer finansowych swego miasta. Ogląd i pogląd w tym delikatnym (z powodów towarzyskich) dziele zawdzięczał z kolei swej… teściowej, skądinąd, jak pamiętamy, prawdziwej contessie Falier, zorientowanej jak nikt w zawiłościach nieformalnych, towarzyskich struktur śmietanki socjalnej Wenecji i całych zapewne północnych Włoch.

W rezultacie Donna Leon znów sprokurowała nie tyle pełnokrwistą intrygę kryminalną, co studium o socjologicznym niemal zacięciu, dotyczące Włochów jako takich. Brutalna szczerość jej obserwacji i konstatacji po raz kolejny upewnia mnie w przekonaniu, dlaczego Donna Leon zabrania tłumaczyć swe opowieści na włoski i tamże wydawać – po prostu nie chciałaby robić przykrości obywatelom swego ulubionego „miejsca postoju”…

Tomasz Sas
(20 08 2025
)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *