Opowieść błękitnego jeziora

24 listopada 2023

Dorota Gąsiorowska


Opowieść błękitnego jeziora
Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2023

 

Rekomendacja: 1/7
Ocena okładki: 2/5

Słodkości bardzo słodkie…

Realizując oblig wytworzonej przez samego siebie tradycji, raz w roku w czasie i takiejże okolicy przedbożenarodzeniowej zanurzam rękę w stosie literatury (to może zbyt mocne słowo, jak na te termini) romansowej, by całkowicie losowo wyciągnąć tom do zarekomendowania. Tym razem – przysięgam, że stało się to randomowo – bez żadnej selekcji, bez namysłu. No i spadła z karuzeli losu „Opowieść błękitnego jeziora”.

Lektura tej „Opowieści…” w zasadzie mnie ucieszyła – dzieło to bowiem obszerne, na kilku płaszczyznach czasowych rozpostarte, obfitujące w wątki obyczajowe, uczuciowe, w historie magiczne, baśniowe zgoła, pełne przy tym szlachetnych uczynków, z gruntu dobrych postaci, z akcją w fascynująco bukolicznych, wzorcowo naszkicowanych okolicznościach przyrody (niezależnie od pory roku), wypełnione spiętrzonymi zdarzeniami, które zawsze na dobre się obracają – a wszystko w godnych podziwu dekoracjach i z towarzyszeniem imponderabiliów o nieposzlakowanej sile moralnej… Innymi słowy: to kreacja świata – przedstawionego takim, jakim powinien (wedle wyobraźni autorki) być, nie zaś, jakim jest naprawdę.

No i pięknie… Istota problemu sprowadza się zatem nie do tego, czy tekst ma jakąkolwiek wartość poznawczą, ale czy w ogóle da się przeczytać ze zrozumieniem, bez znacznego uszczerbku na zdrowiu (w tym na zdrowiu psychicznym!), bez szkody dla kondycji intelektualnej czytającego. No więc da się. Poddałem się temu eksperymentowi – a pobieżne, prowizoryczne badanie palpacyjne obiektu tegoż eksperymentu nie wykazuje żadnych istotnych uszkodzeń. Oczywiście z czasem mogą się ujawnić szkody głębiej posadowione, ale na razie całość obiektu eksperymentalnego funkcjonuje jak zwykle (pominąwszy oczywiście zakłócenia wynikające z wieku obiektu i przypadłości innego rodzaju o wcześniej zidentyfikowanych przez medycynę źródłach). Wiele zatem wskazuje, iż lektura „Opowieści…” co do zasady szkodliwa nie jest. Oczywiście zastrzec należy, iż obiekt eksperymentu jest w pewnym sensie nietypowy, albowiem wieloletni intensywny, bez mała zawodowy trening obcowania z literaturą wszelakiego rodzaju i jakości mógł doprowadzić do swego rodzaju uodpornienia, istotnie zakłócającego warunki i możliwości percepcji dzieła literackiego przez wyż. wzmiankowanego osobnika. Ale mniejsza z tym…

Uroda opowieści pani Gąsiorowskiej sprowadza się do finezyjnej, wielopoziomowej konstrukcji narracyjnej, przypominającej nieco mocno skontrastowany tort cwibakowy – arcydzieło cukiernicze z wyższej półki tego kunsztu (nie każdy mistrz wypieków złożyć takowy tort potrafi…) – czyli warstwy zrobione ze słodkich sucharków niezbyt obficie nasączonych rumowym (rum prawdziwy, z karaibskiego cukru, nie z austriackich buraków) ponczem na przemian z warstwami obrzydliwie słodkiego kremu orzechowo-waniliowego (lub innego – wedle gustu i fantazji). W sumie istota tego wyrobu sprowadza się do znalezienia odpowiedniego balansu między słodkością kremu a „wódecznością” rumu i konieczną bezową kruchością cwibakowych sucharków. Nie każdemu i nie zawsze się to udaje…

Opowieść pani Gąsiorowskiej ma podobną strukturę. Scenografia ma swoją szczegółową topografię, bogatą w obiekty urbanistyczne, pola, lasy, drogi i nawet obiekty hydro (jezioro). Miasteczko galicyjskie Bukowa Góra, średniowiecznej skądinąd proweniencji (zapewne lokowane na prawie średzkim), położone pół godziny drogi (dziś – znaczy samochodem jakieś pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt kilometrów) od Krakowa, opisane jest nader plastycznie, ale nie szukajcie go na mapach, bowiem nie istnieje… To tylko autorka wykazała się podziwu godną umiejętnością fantazyjnego budowania dekoracji…

Warstwa cwibakowa – czyli powiedzmy w przybliżeniu historyczna, to skoncentrowana historia romantyczna (z wątkiem mityczno-legendarnym) o trudnej, choć na finiszu efektywnej miłości dwojga włościańskich dzieci – Sabiny i Marcina. On wracał po pierwszej wojnie z ruskiej niewoli (co oznacza, że był wziętym w kamasze obywatelem CK monarchii); ona uratowała mu życie, gdy padł z wycieńczenia nad brzegiem tytułowego jeziora. Młodzi mają się ku sobie, ale trochę potrwa, zanim dojdzie co do czego… Ostatecznie biorą ślub, a za sprawą starego Żyda Arona Rosenberga (który jak raz – a były to zapewne lata dwudzieste lub już trzydzieste ubiegłego wieku – przenosi się za interesem do… Wrocławia – Breslau znaczy) obejmują dobrze prosperującą cukiernię w miasteczku.

Warstwa kremowa, więc współczesna, to opowieść alter ego autorki – pracującej w Łodzi (?!) dziennikarki Soni, która wyprawia się zimową przedświąteczną porą do wspomnianej Bukowej Góry służbowo, by napisać tekst o… cukiernio-kawiarni „Złote serce”, o jej historii romantycznej i legendarnej wielce oraz o fenomenalnych czekoladach tamże rękodzielniczo wyrabianych. Choć elementy gorzko-smutne w tej narracji pojawiają się regularnie, siła dobra, skoncentrowana w słodyczy czekolady, przezwycięża wszelkie utrudnienia i przeszkody łamie jak zapałki… Nie wspomnę detalicznie, co się dzieje, nie chcę mimo wszystko zdradzać biegu akcji (akcji – to może zbyt wiele powiedziane; nie oczekujcie żadnej akcji…) – doczytacie sobie sami (może lepiej pisać – same?).

Doprawdy, nie wiem jak to powiedzieć – by zwięźle zarekomendować coś, co zarekomendować się tak nie da żadną miarą. Może tak: lektura „Opowieści błękitnego jeziora” jest całkowicie zbędna z każdego racjonalnego powodu. Tekst jest naiwny, dramaturgicznie słaby, intelektualnie pusty, ideowo zaś – oszukańczy, w zasadzie szkodliwy pod każdym względem. Nawet emocjonalnie nie nadaje się do zaakceptowania, bo jego niepodobieństwo do czegokolwiek w rzeczywistości rezonuje zbyt mocno: śmiech pusty, litość i trwoga… Innymi słowy: przecukrzona, niezamierzona lecz dotkliwa groteska w szatach potraktowanego bardzo serio persyflażu. Osobiście uwielbiam gorącą płynną czekoladę, ale prostą, zwyczajną, gorzką (bez ziarenka cukru!) – z 75-procentową zawartością ziarna kakaowego co najmniej (najlepiej, gdy to jest dziewięćdziesiątka…). Ale dla pani Gąsiorowskiej byłbym profanem. Tymczasem po lekturze „Opowieści…” na sam dźwięk słowa „słodkości”, którym autorka szafuje nad miarę (choć może bezwiednie), oraz na widok graficznego odpowiednika tego słowa w druku mam masywny odruch womitalny i odzwyczajam się od słodyczy – osobliwie od mych ulubionych śliwek w czekoladzie, chałw wszelakich, pralin typu malaga i pastylek miętowych (oczywiście w czekoladzie)…

Ale nie o tym chciałem… Owszem, z racjonalnych pobudek namawiać do czytania „Opowieści błękitnego jeziora” się nie da – żadną miarą. Lecz nie koniec na tym. Świat pozaracjonalny też istnieje – a w nim taka lektura jest na wagę złota; ma wartość terapeutyczną, bywa sentymentalną odskocznią od spraw i sprawek tego nie-wspaniałego świata. Nosi w sobie nadzieję, a może nawet konkretną obietnicę, wzmacnia, dodaje otuchy, może na krótko, ale zawszeć to coś… Przeto całkiem takowej nie skreślam z repertuaru. Na zimę może być.

Tomasz Sas
(24 11 2023)

P.S. Po lekturze „powieści” (tym razem wszystkie określenia, nazwy i definicje w obszarze tzw. teorii dzieła literackiego pozwolę sobie traktować niezwykle umownie – a to z braku narzędzi do właściwego sklasyfikowania wyrobów i podrobów literaturopodobnych, z jakimi mamy do czynienia na terytorium, które nieopatrznie nawiedziliśmy) pani Gąsiorowskiej winien jednak jestem przeprosiny gorące wszystkim twórcom, wobec których kiedykolwiek użyłem inkryminowanego słowa na G. Przepraszam, nie miałem bladego pojęcia, czym być może wspomniana G, bowiem nie znałem dzieła pani Gąsiorowskiej. Ale teraz mogę z sumieniem czystym zdjąć odium wspomnianej G ze wszystkich, których niegdyś tym mianem uczęstowałem; to było z mojej strony nadużycie, wynikające już to z nieuprawnionej pychy, już to ze słabego rozeznania w obszernej, z każdym dniem „obszerniejącej” materii słowa drukowanego i rynku wydawniczego. Lektura G-dzieła pani G. poszerzyła nieco to rozeznanie, ale nie ze wszystkim, nie ze wszystkim… Przeto o „Opowieści błękitnego jeziora” też nie powiem, że to G. Tyle że nie tylko wiedziony przez tzw. ostrożność procesową, ale z dobroci serca.

Z tą G bowiem taki problem, że jest właściwie niemierzalna. Nie ma wzorca, nie ma szablonu, po przyłożeniu którego można orzec – tak, to G. Albo nie-G. Ta cała G to kwestia wyczucia, intuicji, doświadczenia… Natomiast analitycznie rzecz ujmując, w tekstach typu G trafiają się ze wzmożoną częstotliwością, słowa, zdania, metafory przecudnej urody, używane powszechnie w intencji dopiększenia prozy, bowiem autorom wydaje się, że inaczej nie sprostają zadaniu. Wedle tej receptury słoneczko zawsze jest gorące i złociste, a księżyc srebrzysty. Łąka zasię ukwiecona i pachnąca – tak jakby nikt nigdy nie widział łąki do cna wyżartej i osranej krowięcymi plackami… Śnieg pod butami skrzypi, mróz szczypie w uszy… A jezioro obowiązkowo błękitne. To tylko mała porcyjka tej estetyki – w większej dawce może zabić! A co się stanie, gdy cały tekst ułożymy z takich eufemizmów i frazesów? Pani G. to potrafi – wielokrotnie dała dowody. Lecz nieobytym należy się ostrzeżenie: bez długoletniego przyjmowania mocnych szczepionek i antidotów taka lektura doprowadzić może do bezpowrotnej utraty wiary w słowo pisane. Ale uodpornieni mają nieco satysfakcji – przecież lubią, gdy im proza typu G serca krzepi; post-anafilaktycznie wyrzygać się zawsze zdążą… Dlatego sam nie mam nic przeciwko G – niech sobie wionie, kędy chce – jako ten spiritus, co to flat ubi vult. Rezerwuję sobie jeno prawo nazywania jej po imieniu zawsze, gdy będę tak uważał… TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *