Potwór z Florencji

29 sierpnia 2023

Douglas Preston, Mario Spezi 


Potwór z Florencji
Przełożyła Kaja Gucio
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Piąty wymiar? Wymiar sprawiedliwości…

Jeśli zdecydujecie się na lekturę – a całą swą reputacją zaręczam, że bardzo warto! – w miarę postępów tejże lektury zacznie ogarniać was zdumienie, acz po malućkiej chwili wypierane przez niedowierzanie, poczucie abstrakcyjnego absurdu, udziału w czymś nieprawdopodobnym, irracjonalnym, idiotycznym zgoła, by nie rzec – kretyńskim. Maestro Franz Kafka nie miałby pojęcia, czym być może ekstremalne wypiętrzenie jego własnych kafkowskich klimatów – sam nie dałby rady zabrnąć tak daleko i tak wysoko, jak niektórzy bohaterowie i protagoniści „Potwora z Florencji”.

Mam wykształcenie prawnicze, ale starej daty i w zasadzie praktycznie nieużywane – a więc w sumie sporo po upływie terminu przydatności do spożycia. Mimo to żywię zasadne podstawy, by mniemać, że przynajmniej kilka reguł i znaczeń zaczerpniętych z prawa rzymskiego (dzięki nieodżałowanym preceptorom – profesorowi Cezaremu Kunderewiczowi oraz doktorowi i przyjacielowi Tomkowi Fijałkowskiemu) – tkwi w mym systemie wartości na stałe i na zawsze. Problem wszelako w tym, że pryncypia owe tyczą się prawa materialnego cywilnego i takiegoż procesu. Rzymskie prawo karne i stosowna dlań procedura kołaczą się w pamięci mgławicowo – już to jako system przysięgowo-kontrprzysięgowy, gdzie dowody materialne nie były cenione tak wysoko jak słowa – już to jako wielce metafizyczny system interpretacji znaków boskich – między innymi przy pomocy wróżenia z wnętrzności zwierząt ofiarnych (osobliwie z wątroby), czym zajmowali się czcigodni kapłani – haruspikowie. Nie mam pojęcia, do jakiego stopnia tamtym starożytnym klimatem przesiąknięty jest dziś system jurysprudencji karnej w Republice Włoskiej (pewnie w niewielkim), ale podczas lektury „Potwora z Florencji” wizja miarodajnego wróżenia z bebechów owcy, kury albo świni towarzyszyła mi nieodstępnie…

O co bowiem poszło? Na pierwszy rzut oka „Potwór z Florencji” to fenomenalnie udokumentowana i bezbłędnie skonstruowana książka reporterska o serii morderstw w okolicach Florencji i gigantycznym, wieloletnim – ba, wielodekadowym – włoskim śledztwie policyjno-prokuratorskim, które wszelako (zdaniem wielu obiektywnych ekspertów) nie doprowadziło do rozwiązania sprawy i odnalezienia prawdy, chociaż zapadły wyroki przed włoskimi sądami. Podkreślenie „włoskości” tej historii ma fundamentalne, wręcz kapitalne znaczenie definiujące istotę dylematu, który objawił się z całą mocą w tej kryminalnej (acz tylko z pozoru wyłącznie kryminalnej) aferze. „Włoskość” z dużym prawdopodobieństwem także oznacza, iż nie wydarzyłaby się ona nigdzie indziej… No, prawie nigdzie – a to jest jakaś różnica. Ale o tym po tym…

O co poszło i jak się zaczęło? Jak w każdej oczywistej historii kryminalnej w sensie ścisłym – zaczęło się od zbrodni. W niedzielne przedpołudnie 7 czerwca 1981 roku w redakcji „La Nazione” – regionalnego dziennika włoskiego, wychodzącego od 1859 roku we Florencji (z zasięgiem na całą Toskanię i jeszcze Umbrię), reporter Mario Spezi miał dyżur i nudził się śmiertelnie, bo – jak powszechnie wiadomo – w niedzielne przedpołudnia we Florencji nie dzieje się nic. Na dobitkę dyżurujący razem z nim reporter policyjny poprosił, by Mario popilnował jego działki, sam bowiem miał coś lepszego do roboty – mianowicie randkę z pewną uroczą mężatką… Znudzony Spezi nagle poczuł się tknięty jakimś nieokreślonym niepokojem, uczuciem znanym każdemu doświadczonemu dziennikarzowi – że oto coś się zaraz wydarzy – w samo południe pojechał z redakcji na komendę policji. Przeczucie go nie zawiodło – trafił na klasyczne wzmożenie aktywności, graniczące z chaosem, z którego wyłowił trzy wskazówki: morderstwo, dwie ofiary różnej płci, zaś miejsce zbrodni – na odległym przedmieściu Florencji…

Nuda niedzielnego dyżuru sczezła bezpowrotnie… Mario Spezi rzucił się w wir typowej roboty reporterskiej, jak to w codziennej gazecie, gdy mamy do czynienia ze zbrodnią angażującą uwagę opinii publicznej – ale nie mógłby, nie potrafiłby wtedy przypuścić, że zajmie mu ona grubo ponad trzydzieści lat, praktycznie potrwa do końca życia (zmarł w 2016 roku…) i obejdzie się bez satysfakcjonującego rezultatu. Dlaczego tak się stało? Nie wiadomo na pewno. Najprościej byłoby powiedzieć, że rozstrzygnięcie sprawy – trudnej, lecz przecież w istocie tylko kryminalnej – przerosło możliwości intelektualne, techniczne i organizacyjne włoskiej policji i prokuratury. Ale to nie wyczerpałoby całej prawdy i tylko prawdy nawarstwionej wokół tej sprawy – sprawy il Mostro di Firenze – potwora z Florencji… W tej sprawie bowiem zogniskowały się wszelkie patologie włoskiego wymiaru sprawiedliwości – w zasadzie uniemożliwiające przeprowadzenie uczciwej procedury dochodzenia do prawdy materialnej, procedury zapewniającej wydawanie sprawiedliwych wyroków w sprawach karnych.

Jak do tego doszło? No cóż, okazało się podczas śledztwa (zresztą nie wpadli na to ani policjanci, ani prokuratorzy – tylko dziennikarz z „La Nazione”), że podwójne zabójstwo Carmeli de Nuzzio i Giovanniego Foggi z czerwca 1981 roku – to, które zakłóciło nudę niedzielnego dyżuru reportera Maria Speziego – nie było jedyne w swym rodzaju. Od początku wyglądało na robotę niezłego zboczeńca, ale działającego metodycznie i dobrze przygotowanego. Zabił parę uprawiającą seks w samochodzie – nocą, na bocznych ścieżkach, w ukryciu. We Włoszech w owym czasie było to zjawisko masowe; młodzi nie mieli się gdzie podziać, bo na ogół mieszkali z rodzicami (zresztą model bamboccioni funkcjonuje do dziś). Sprawca użył pistoletu kalibru .22 (czyli 22 setne cala; w przeliczeniu na europejskie miary: 5,6 mm) – broni cichej i stosunkowo słabej, ale z bliska zabójczej, zwłaszcza w dłoni dobrego, zdeterminowanego strzelca. Mężczyznę zostawił w aucie, kobietę wywlókł i w nietypowy sposób okaleczył, wycinając nożem pochwę… Innych dowodów aktywności seksualnej nie było. Nie zostawił żadnych śladów (co znaczy, że dobrze zbrodnię zaplanował i wykonał), wyjąwszy porzucone łuski po nabojach marki winchester serii H; po badaniach mechanoskopijnych ustalono, że strzelano najprawdopodobniej z pistoletu beretta Long Rifle (starego i zużytego, z uszkodzoną iglicą). Broń tego typu jest we Włoszech dość powszechna, używa się jej do celów sportowych.

Podobna zbrodnia w rejonie Florencji już się wydarzyła lat temu kilka; po badaniach dowiedziono nawet, że sprawca strzelał z tej samej beretty. Wniosek mógł być tylko jeden, i to nad wyraz oczywisty: na wzgórzach Toskanii grasuje seryjny morderca! Taki sygnał, rzucony w przestrzeni publicznej, działa na sfery policyjno-prokuratorskie jak przynęta ze świeżej padliny, wyłożona na trasie przelotu stada sępów-ścierwników. Po pierwsze – przynajmniej dwie z pięciu państwowych, a w zasadzie sześciu (bo liczy się jeszcze policja municypalna, gminno-miejska) służb o charakterze policyjnym – czyli Arma di Carabinieri oraz Polizia di Stato – z powodu niejasno rozgraniczonych kompetencji prawnych i rzeczowych, mogą sobie rościć słuszne pretensje do prowadzenia takiej sprawy. Obie formacje ostro ze sobą konkurują (głównie o budżet i prestiż), więc każda sprawa, której szybkie i efektowne rozwiązanie przynosi uznanie mediów, pochwały władz i aprobatę opinii publicznej, jest na wagę złota. Toteż należy szybko (przed konkurentami!) i mocno się sprawy chwycić, opanować i obsadzić swoimi ludźmi procedury, zaanektować świadków, gromadzić dowody, tropić i przesłuchiwać – ale przede wszystkim formułować atrakcyjne hipotezy i karmić nimi media.

W modus operandi włoskiej struktury zwalczania przestępczości szalenie istotną rolę ma urząd prokuratorski – niezależni prokuratorzy kierują śledztwami – nie tylko w trybie nadzoru, ale i bezpośredniego dowodzenia, to oni nadzorują zbieranie dowodów i oceniają takowe, formułują hipotezy i strategie oskarżania. Głową takiej struktury jest regionalny pubblico ministero – oskarżyciel publiczny, czyli reprezentant państwa – z reguły skierowany do tej roboty sędzia, wyposażony w rozliczne prerogatywy i nad wyraz niezależny. Aha, jeszcze nad wszystkim panuje tzw. giudice istruttore, czyli sędzia śledczy, odpowiedzialny za całość postępowania i jego zgodność z prawem, System ten zaprojektowano w tak skomplikowany węzeł, by uzyskać wielokanałową kontrolę i wyeliminować pokusy korupcji. I to się prawie udało… Ale wewnątrz każdego takiego zbalansowanego, hipotetycznie sprawiedliwego i sprawnego systemu siedzą ludzie – konkretni, pełni sprzeczności i konfliktów, kierujący się rozmaitymi interesami, ambicjami i ideologiami – że już nie wspomnimy o nadnaturalnych rozmiarach ego u każdego z nich… No i wszyscy są niezależni – niektórzy aż do stanu niezależności patologicznej, I praktycznie niezawiśli, nieusuwalni, bowiem stanowią zamkniętą, pilnie strzegącą swych przywilejów kastę. W rezultacie system działa tak, jak chce i potrafi działać osobnik o najsilniejszych cechach charakteru wewnątrz tego systemu. Gdy przestudiujecie uważnie ten aspekt sprawy „Potwora z Florencji”, nie będziecie umieli łatwo otrząsnąć się ze zdumienia – do jakiego poziomu wynaturzenia, wręcz spotwornienia może wyewoluować śledztwo w sprawie seryjnych morderstw – śledztwo trudne i skomplikowane, lecz w całej puli zbrodni znanej gatunkowi ludzkiemu – skądinąd właściwie banalne…

Cóż się bowiem takiego stało? Oto od 1974 do 1985 roku w rejonie Florencji doszło do siedmiu zabójstw młodych par kochanków uprawiających w plenerze seks „samochodowy” – siedmiu, bo przynajmniej tyle zidentyfikowano i połączono w jedno dzięki sposobowi działania sprawcy. Ale z dowodami było kiepsko; w owym czasie włoskie służby śledcze, aczkolwiek umiały odnajdywać i zabezpieczać oraz badać ślady, nie przywiązywały należytej wagi do naukowej analizy dowodów. Bardziej polegano na „królowej procesu” – czyli umiejętnym i uporczywym przesłuchiwaniu podejrzanego, aż ten się przyznał… W rezultacie zakrojonych na wielką skalę czynności śledczych w sprawie odbyło się kilkadziesiąt zatrzymań podejrzanych; przed sądami stanęli rozmaici oskarżeni, zapadały wyroki, toczyły się procesy apelacyjne. Po stronie „sprawiedliwości” stawało kilkudziesięciu prokuratorów, policjantów, śledczych i sędziów. Rezultat w sensie materialnym – czyli wykrycie, osądzenie i skazanie sprawcy – uznać należy za il grande niente – wielkie nic, zero. Ale ewolucja samej sprawy, jej znaczenie publiczne już takie zerowe nie są.

Mario Spezi od statusu reportera opisującego sprawę (na ten akurat aspekt nie narzekał – honoraria za setki tekstów prasowych, książki, występy telewizyjne, stanowiły zapewne lwią część źródeł jego utrzymania) doszedł do statusu… podejrzanego, iż sam był Potworem, a co najmniej pomagał w zbrodniach i fałszował dowody tudzież utrudniał postępowanie; zresztą trafił do aresztu w tej sprawie. Współautor tej książki – amerykański dziennikarz i pisarz Douglas Preston (autor kryminałów, horrorów, technothrillerów i prozy science fiction), który podłączył się do sprawy z ciekawości – też miał problemy prawne z włoskimi prokuratorami. A sama sprawa zamieniła się w kafkowskie monstrum, spotworniałe od hipotez, które do dziś są niewytłumaczalne na gruncie klasycznego racjonalizmu. Pojawiły się wątki satanistyczne, pojawiło się sprzysiężenie jakichś tajnych zakonów, odkryte zostały rzekome spiski zdegenerowanych elit, ustalono „ponad wszelką wątpliwość” że sprawca tych zbrodni działał na zlecenie tychże degeneratów, a wykrojone nożem „trofea” służyły jako fetysze w okultystycznych rytuałach. Pubblico ministero z Perugii całkiem serio hipotezy takie stawiał przed sądami i formułował w mediach…

Kompromitacja – powiecie. Nie, to są Włochy – kraj, w którym w sferze praworządności jest możliwe o wiele więcej, niż się komukolwiek wydaje! Ten wniosek z lektury „Potwora z Florencji” polecam łaskawie analitycznym zdolnościom i skłonnościom komparatystycznym wielce szanownych czytelników. Jest o czym pomyśleć…

Tomasz Sas
(29 08 2023)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *