Apartament w Paryżu

21 marca 2018

Michelle Gable
Apartament w Paryżu
Przełożyła Urszula Gardner
Grupa Wydawnicza Foksal, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2018

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 2/5

Romans w starych dekoracjach

Stare meble mają duszę, proweniencję i historię. A dzięki temu – wartość. Nie tylko w sensie symbolicznym czy emocjonalnym. Wartość wymierną – w walutach wymienialnych… Tej istotnej okoliczności (i znajomości rzeczy…) April Vogt zawdzięcza całkiem lukratywną posadę ekspertki, wyceniającej stolarskie arcydziełka dla domu aukcyjnego Sotheby’s w Nowym Jorku. Doświadczenie i wiedzę ekspercką zdobyła w Paryżu, ale wyszła za mąż za Troya Vogta III – maklera z Wall Street, majętnego rozwodnika z dwoma nastoletnimi córeczkami. Szacowanie meblarskich łupów z amerykańskich domostw, rezydencji i penthouse’ów przestało być ekscytujące, a i w małżeństwie pojawiły się rysy – między innymi ewidentna zdrada Troya… April w kryzysie, graniczącym z depresją, nagle została postawiona do pionu – szef wysłał ją na delegację do ukochanego Paryża, gdzie koledzy z lokalnego biura Sotheby’s nie mogli uporać się ze zinwentaryzowaniem, zidentyfikowaniem, oceną i wyceną mebli w siedmiopokojowym apartamencie w IX dzielnicy, obok Opery, niezamieszkanym od siedemdziesięciu lat. Lepsze lekarstwo na jej problemy nie mogło się trafić…
Nietknięte przez siedem dekad, eksplorowane przez rzeczoznawców mieszkanie okazało się prawdziwą kapsułą czasu i skarbnicą rzemieślniczych perełek – od mebli najwybitniejszych francuskich ebenistów z XVII i XVIII stulecia poprzez wszystkie style wieku XIX – aż po oszałamiającą elegancję francuskiej secesji, jakże odmiennej od wiedeńskiej. A do tego tysiące bibelotów, porcelany, ozdóbek, „durnostojek” (nawet wypchany struś…), obrazów, luster, lamp, kandelabrów… Słowem: raj, wymarzona kraina rzeczoznawcy… Z punktu widzenia April (a od teraz Avril; taka jest francuska wersja jej imienia, czyli Kwiecień po prostu…) apartament miał jeszcze dwa obiekty istotne dla wyposażenia: pierwszy to… wyszczekany, bezczelny i bezceremonialny adwokat z Prowansji, pełnomocnik aktualnej właścicielki paryskiej skarbnicy, do tego zabójczo przystojny (w śródziemnomorskim stylu…) Luc Thébault. Drugi zaś to pozostający we władaniu tegoż Luca pamiętnik sekretny pierwszej właścicielki lokalu, niejakiej Marty de Florian – barmanki z „Folies Bergère”. To oficjalnie, ale w istocie popularnej w Paryżu na przełomie stuleci XIX i XX la demimondaine – damy z półświatka, kochanki połowy francuskich premierów tamtego czasu.
Lektura śmiałych, bezpruderyjnych zapisków paryskiej kurtyzany, skonfrontowana z zawartością jej apartamentu, doprowadza April do szalonego pomysłu… Nie chce pozwolić na rozproszenie kolekcji i użycie jej składników jako zapychaczy w różnych aukcjach; chce urządzić kompleksową wyprzedaż kolekcji z wielkim portretem pędzla Boldiniego – sławnego malarza z epoki – na pierwszym planie. A pamiętnik pozwoli ekscytująco zareklamować wartość historyczną, artystyczną i sentymentalną (zważywszy na związki ze sławnymi postaciami świata ówczesnej polityki i kultury, choćby z rodziną Hugo…) towaru. Podnieść zaś jego ceny wywoławcze i zdynamizować temperaturę licytacji w szczególności…
Ciągu dalszego tak naszkicowanej akcji łatwo się domyśleć… Romans się spełni, ale bez przesady. Mąż se vrati, ale też bez fajerwerków. Aukcja wedle zamiarów April się odbędzie – z oszałamiającym sukcesem wizerunkowym i finansowym. I wszystko byłoby w porządku, gdyby pani Gable… umiała pisać. Ale nie umie. I to jest najsłabsze ogniwo całej tej historii, która ma w sobie skądinąd potencjał niezłego opowiadania. Lecz cóż – pani Gable, wzięta księgowa z finansowymi, inwestycyjnymi sukcesami na koncie – uparła się, że pisarką zostanie. W tym celu zapewne zaliczyła letni kurs kreatywnego pisania; każdy college, każdy uniwerek w USA prowadzi takie kursy. Pewnie jej macierzysty William & Mary College (druga co do wieku instytucja edukacyjna na wyższym, akademickim poziomie w Ameryce, po Harvardzie…) w Williamsburgu też oferuje taką usługę dla ludzkości…
Za dużo się nie nauczyła – pisze prosto i nieco topornie, bez dawkowania emocji, bez manipulowania nastrojami. Nader jednostajnie. Wzmożony wysiłek tłumaczki wiele tu nie pomoże… Warsztatowa nieporadność ujawnia się z osobliwą siłą przy próbie analizy rezultatów pewnego chwytu formalnego, wymyślonego przez Gable – gdy cytuje ona obficie fragmenty zapisków Marty de Florian. Otóż powinny się one zasadniczo różnić od stylu, w jakim spisane są przypadki, myśli i emocje April Troy. Ale nie różną się… Język francuski przełomu XIX i XX wieku, nawet w wydaniu prekursorów: Zoli, Prousta czy Maupassanta, był trochę odmienny od współczesnego. O tę różnicę Michelle Gable nie zadbała. Nie dziwię się – to zbyt trudne zadanie, jak dla debiutantki. Autorka zapomniała, jaką bohaterkę wykreowała: Marta de Florian była przecież nieprzesadnie wykształconą „absolwentką” prowincjonalnego przyklasztornego sierocińca, barmanką w „Folies Bergère”, Gdyby koś taki jak ona potrafił pisać tak, jak sugeruje Gable, mielibyśmy do czynienia z samorodnym talentem literackim średniej, ale akceptowalnej klasy… No cóż, na takie „drobiazgi” i niekonsekwencje wypada jednak zwracać uwagę.
Ale wiecie co? Te wszystkie niedoskonałości pisarstwa Gable nie są przeszkodą w… satysfakcjonującej lekturze. „Apartament w Paryżu” się po prostu dobrze czyta – szybko i bez wstrząsów emocjonalnych. Ot, miły pożeracz wolnego czasu, chwila relaksu, odskocznia do świata fantazji trzydziestolatek, przepełnionych pretensjami do losu, że coś poszło nie tak i wypadły z drogi na zakręcie… W tej sytuacji więcej wydziwiać nie będziemy. Dopuszczamy do lektury. Warunkowo. Co to za warunek? Dobra kolacyjka z butelką całkiem znośnego (o dziwo – mimo fatalnego sezonu…) ubiegłorocznego beaujolais.
Tomasz Sas
(21 03 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *