Gdy odnajdziemy drogę

7 sierpnia 2026

Laura Barrow 
Gdy odnajdziemy drogę
Przełożyła Joanna Sugiero
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Wakacje z duchami

Lekkiej i optymistycznej powieści obyczajowej na lato poszukiwałem (może nawet z zabarwieniem romansowo-erotycznym) – a tu nic z tego. Trafiłem na moralitet o skrzywieniu transcendentalnym, a na domiar wszystkiego napisany tak sprawnie i zajmująco, że nie ma się do czego przyczepić. Więc, drogie panie (panowie zresztą też), znieść będziecie musiały (musieli) lekturę z poważnym udziałem pierwiastka spirytualnego (w sensie duchowym – nie zaś CHOH). Zasada fabularna jest prosta: oto jeden z głównych protagonistów dowolnej opowieści, skleconej w tym – nomen omen – duchu, po jakimś traumatycznym, ekstremalnym epizodzie egzystencjalnym, z którego ledwo co się wywinął, wymykając się ze strefy tzw. śmierci klinicznej (czyli odwracalnego stanu ustania krążenia, możliwego do przywrócenia w rezultacie akcji reanimacyjnej; stan ten nie może w zasadzie trwać dłużej niż kilka minut…), nabywa umiejętności kontaktu ze światem „po drugiej stronie”. Relacje ludzi, którzy przeżyli tę śmierć kliniczną, są pełne opisów świetlistych wędrówek, tuneli świetlnych i zetknięć z niewyraźnymi, ale również rozświetlonymi postaciami i temuż podobnych doznań spirytualnych. To doskonały background dla wyobraźni kreacyjnej pisarzy, którzy postanowili wzmocnić swój talent narracyjny historiami spoza strefy realizmu – no, mówiąc wprost: bezczelnie transcendentalnymi. Od nieopisanie fantastycznego światła w tunelu tylko krok do spotkania z duchami naszych drogich zmarłych (to tylko jedna z możliwości kreacyjnych, ale chyba w literaturze najpopularniejsza), a wariantów fabularnych takiej akcji może być nieskończenie wiele…

Chwilami podczas lektury powiastki pani Barrow miałem poczucie sięgającego ponad pół wieku deja vu, bo przypominał mi się natrętnie brytyjski serial kryminalny (u nas emitowany w 1971 roku) – „Randall i duch Hopkirka”. W skrócie szło to tak: Randall i Hopkirk byli partnerami w spółce detektywistycznej, specjalizującej się w rozwodach. Hopkirk został zamordowany, wszelako na mocy niezbadanych wyroków niebiańskich wraca, by pomóc partnerowi w robocie; tylko Randall go widzi i może się komunikować… Słowem: typowa dla brytyjskiego rzemiosła telewizyjnego lat 70. ubiegłego stulecia niskokosztowa narracja – niezamierzenie komediowa, sprawnie zrealizowana i przyzwoicie zagrana (jeśli mnie pamięć nie zwodzi…). A dla konceptu obcowania z duchami – chociaż żadną miarą nie pionierska – to jednak wzorcowa, gdy chodzi o pewne chwyty, figury i symbole fabularne. Na przykład narracyjny reżim „widzialności” ducha tylko dla wybranego protagonisty – wraz z dopuszczalnymi odstępstwami od tego modelu, uruchamianymi dla podniesienia atrakcyjności i dramaturgii przekazu…

Zresztą w ogóle duch w literaturze – jeśli tekst nie jest horrorem – spełnia pożyteczne role fabularne. W horrorach właściwie też – jeśli gorliwie straszy – bo takie jest jego przeznaczenie. W horrorach ma solennie straszyć. A w innych gatunkowo wyrobach prozą funkcja ducha w tradycyjnym ujęciu, czyli transcendentalnej post-figuracji osoby zmarłej, może doprawdy zagrać różne role. A to pojawi się z ostrzeżeniem, a to będzie się wtrącać i kontrolować, a to strażnikiem się stanie lub opiekunem… Może też stać się mścicielem albo chochlikiem, awanturnikiem lub wiecznym przeszkadzaczem. Zaprzęganie ducha do roboty popularną jest manierą wśród prozaików wszelkiej maści i rangi. Udział osoby spirytualnej jest bowiem doskonałym remedium na nieprzezwyciężalne słabości intelektualne (i wszelakie inne) intrygi, wysilonej przez autora. Ducha objaśniać bowiem nie potrzeba – spiritus flat ubi vult

W przypadku pani Laury Barrow udział czynnika transcendentalnego jednak nie jest do końca fortelem ratunkowym w stylu tonącego, co brzydko się chwyta. Owszem, duch ratuje intrygę, która bez ducha byłaby płaska i tuzinkowa jak szmoncesy w stylu harlequinowym – a poza tym byłaby nierozwiązywalna w gruncie rzeczy. Owszem, duch… jest atrakcyjnym, dobrze wymodelowanym i perfekcyjnie odzianym facetem po trzydziestce (ale ledwo co…) – ale przecież nie chodzi tu o ostry seks z bytem spirytualnym; duch jest raczej kompasem moralnym i przewodnikiem po tajemnicach żywych ludzi. Innymi słowy: kierownikiem. Jak na koncept literacki – dość prostackie. Ale w sensie narracyjnym nader skuteczne; przez udział ducha można bowiem przeprowadzić dowolnie ryzykowne interpretacje, uzupełnić informacje, zainstalować w fabule argumenty wspierające życiowe wybory protagonistów. Laura Barrow wykorzystała spirytualną ideę swej fabuły nader powściągliwie, nie przeginając i tylko lekko skłaniając się w stronę bajki (ale skłon ten usprawiedliwiamy – tym łacniej, im mocniej autorka akcentuje potrzebę uprawiania literatury krzepiącej serca i umysły).

Ale o co chodzi z tym duchem? Pani Barrow wykreowała sobie główną bohaterkę – niejaką Effie Baker – wchodzącą w erę swego wieku średniego mniej więcej, czyli w okołomenopauzalnej fazie „ryczących czterdziestek” (jak się zwykło po żeglarsku nazywać ten etap życia amerykańskich typowych „tradwives” ze Środkowego Zachodu, gdzieś z okolic między Kansas a północnymi rubieżami Teksasu). Effie jest niepracującą (zawodowo, ma się rozumieć, bo w domu i w mężowskiej, aczkolwiek formalnie wspólnej, firmie – budowlanka, remonty itp. – to ho, ho!) gospodynią domową, matką trojga dzieci (z czego dwoje już było szczęśliwie na progu dorosłości). Innymi słowy: klasyka. Do klasyki tej należał oczywiście mąż Daniel (miłość z liceum), który właśnie wykonał klasyczną woltę pozamałżeńską w ramionach niejakiej Amber – niedawnej nastolatki z fenomenalnie rozwiniętą aparaturą oddechowo-mleczną (gdyby co). W każdym razie papiery rozwodowe już zaczęły krążyć, a Effie, pogrążona w poważnym emocjonalnym kryzysie, postanowiła zawalczyć o swoje samopoczucie przy pomocy… operacji plastycznej.

Głupi ten pomysł okazał się katalizatorem całej wyrafinowanej intrygi fabularnej. Oto bowiem w trakcie zabiegów upiększających doszło do pewnego incydentu anestezjologicznego, nazywanego stanem śmierci klinicznej – życie Effie nie było ani przez chwilę zagrożone, lekarze postąpili prawidłowo, ale wydaje się, iż rzekome przesterowanie bodźców w sferę spirytualną rzeczywiście nastąpiło… Effie Baker przez moment była TAM. Jednym ze skutków tej bilokacji, wędrówki dusz jest zdolność nawiązywania kontaktu z duchami zmarłych – a konkretnie tych, którzy jeszcze na stałe nie przeszli w zaświaty, bowiem mają ciągle jakieś zobowiązania lub inne niezałatwione sprawy z żywymi…

Na szczęście specjalnością Effie w amoku kryzysu wieku średniego nie stało się podejmowanie głupich decyzji – jak ta o operacji plastycznej; stać ją było również na mądre wybory. Olała bezpłatne pomaganie w rodzinnej, choć faktycznie mężowskiej, firmie remontowo-budowlanej i złożyła aplikację (z rozpaczliwie pokolorowanym CV) na stanowisko biurowe w poszukującej pracownika kancelarii adwokackiej. Nie trzeba chyba już dodawać, że dalej klasyka… Wymagający, surowy, nieco wycofany i konserwatywnie usposobiony szef (i już zupełnie przy okazji – umiarkowanie przystojny), którego Effie ujęła naturalnością (typowe, bo nie miała jak i kiedy nauczyć się korporacyjnych, biurowych gierek interpersonalnych). Robota niespecjalnie wymagająca: pilnowanie kalendarza, przekazywanie treści rozmów telefonicznych, robienie notatek… Co się z tym wszystkim porobiło – a w szczególności: co w całej akcji miał do powiedzenia (i zrobienia) pewien nad wyraz ujmujący, wielce pomocny, bezpośredni (i również oczywiście przystojny)… duch płci męskiej, a przy okazji: młodszy (i tragicznie odprawiony z tego świata) braciszek mecenasa-szefa? A to się okaże… Szczegóły do poznania w trakcie lektury. Dostatecznie wakacyjnej, by nie zgłębiać psychologicznych niuansów życiowego przełomu Effie, ale czerpać z niego satysfakcję i naukę. Jaką naukę i jaką satysfakcję? Ano taką, iż doprawdy niewielu jest facetów, którzy zasługują na drugą szansę w życiu – osobliwie w życiu wspólnym. Bo jak już ktoś jest dupkiem, to nieuchronnie na zawsze… Pani Barrow to odkryła (choć nie była pierwsza) i z niejakim powodzeniem opatentowała w prozie. Pożytecznej lektury mimo terroryzujących upałów.

Tomasz Sas
(7 08 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *