To za dużo dla mnie

25 czerwca 2026

Darko Cvijetić 
To za dużo dla mnie
Przełożyła Dorota Jovanka Cirlić
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Jak rekrutuje Zło?

Mam problem z tym dziełkiem Cvijetica – i nie chodzi tu o trudność czy zgoła niemożliwość lektury – to raczej problem z definicją, usytuowaniem gatunkowym, przyporządkowaniem do zbioru tekstów o podobnej proweniencji czy wyczuwalnych zmysłowo tudzież rozumowo parametrach. Ale właściwie dlaczego? Czy każdy produkt literacki sporządzony prozą musi nosić etykietkę (mniej lub bardziej szczegółową) archiwizującą, określającą nazwę i miejsce w tworzonej nieustannie hierarchii tekstów? Nie musi. Gatunek – rzecz względna. Ale czy zbędna? W tym miejscu już nie bywam ekstremalnie kategoryczny. Nie jestem wprawdzie zwolennikiem porządku (ani żadnej rzeczy, która jego jest) – lecz kilka niewielkich rygorów species mogę zaakceptować – z ukłonami dla klubu miłośników życia uregulowanego, wymusztrowanego i przewidywalnego. Nie cierpię takowych, ale nie odbieram im praw do egzystowania na własną modłę.

A zatem – w sytuacji wymuszonej potrzeby definiowania i konieczności funkcjonowania w jakimś Ordnungu literackim – niepoddający się normalnym próbom klasyfikowania najnowszy produkt Darka Cvijeticia zmuszony nazwać jestem nie wedle rygorów intelektualnych, lecz opisowych. No, po prostu to jest skoroszyt – kawał złożonej na pół tektury ze zmyślną maszynką z dźwignią do wpinania przedziurkowanych zapisanych kawałków papieru (przysiągłbym, że na niektórych karteczkach są wyraźne ślady okrągłych zębów dziurkacza). Część karteluszków ma tylko jedną dziurkę, bo są mniejsze niż standardowy rozstaw „kłów” perforatora. Mniejsze wszelako nie znaczy mniej ważne, bo i tak kolejnością dziurkowania rządzi nie chronologia ani zasada nadrzędności – lecz czysty przypadek. Innymi słowy: co tam i kiedy Cvijetić z kieszeni wygrzebie, to wpina; na porządek przyjdzie czas, gdy autor siądzie do roboty. Wtedy (ale tylko być może czy tam ewentualnie…) zbiegi okoliczności i inne losowe koincydencje zostaną zastąpione przez reguły dobrego pisania.

Ale pisania czego? Obstawiałbym reportaż – solidny, wielowątkowy i wielowarstwowy reportaż historyczny, może nawet rozliczeniowy, lecz mogę się mylić. Może Cvijetić zestawił ten swój skoroszyt nie tytułem wstępu do poważnej roboty – tylko jako produkt końcowy? Może żadnego ciągu dalszego tej roboty ma nie być? Wiele okoliczności przemawia za takim właśnie rozstrzygnięciem dylematu kwalifikacji gatunkowej skoroszytu karteluszków, zebranych pod hasłem „To za dużo dla mnie”. A wśród nich okoliczność najważniejsza, praktycznie wyłączająca konieczność zajmowania się, a nawet przejmowania się innymi uwarunkowaniami pobocznymi procesu definiowania produktu literackiego. To wola autora – najważniejszy, jedyny i wykluczający inne – wzgląd na wagę i kondycję dzieła. Wystarczy zatem zapytać Darka – co to jest (bez sugerowania, jaką odpowiedź chcielibyśmy usłyszeć). Jak odpowie w miarę zbornie i przekonująco – tego się trzymamy…

Ale co tam się zebrało między okładkami? To są dokumenty i notatki autorskie ze śledztwa (nie w sensie ścisłym; raczej ze śledztwa reportersko-intelektualnego), które Cvijetić prowadził na własną rękę w sprawie poniekąd i po części kryminalnej – poważnego kalibru, bowiem dotyczącej zbrodni wojennych. Pytanie jest istotne: skąd się bierze, jak się rodzi wojenny zbrodniarz? Czy nadaje wcześniej jakieś sygnały, czy obnosi jakieś symptomy, czy się jakoś wyróżnia? A może jest przeciętny, anonimowy, nierozpoznawalny – bo podobny do wszystkich innych wokół, zwłaszcza do swych ofiar z sąsiedztwa? Darko Cvijetić dokonał osobliwego aktu samoudręczenia, szukając odpowiedzi, choć z góry wiedział, że ich nie znajdzie; a w każdym razie nie będą przekonujące, uniwersalne dla wszystkich przypadków…

Na szczęście los podsunął Darkowi odpowiedź symboliczną – nie wiadomo: realistyczną czy wykreowaną. Figurę kumpla z szkolnej młodości – niejakiego Filipa Latinovicia: zbrodniarza wojennego z Bośni, skazanego w Hadze, odsiadującego wyrok w Norwegii (w tym samym więzieniu co Breivik), wracającego po wyroku w rodzinne strony w glorii narodowego bohatera, którym być nie chce i nie potrafi. I to się nadaje dla pisarza, który szuka odpowiedzi…

Czy ktoś nazwiskiem Latinović istniał naprawdę i czy trafił na listę zbrodniarzy wojennych po wojnach domowych w byłej Jugosławii – to kwestia drugorzędna, nieistotna z punktu widzenia potrzeb pisarza. Ba – gdyby takowy istniał, stanowiłby problem kreacyjny. Gorset faktów mógłby uciskać swobodę twórczą – a to najgorsze, co mogłoby się przytrafić Cvijeticiovi. Stworzenie zatem całkiem fikcyjnego obywatela o popularnym nazwisku wydało się najprostszą drogą do sukcesu twórczego. Surowca nie zabrakło, a materiału poglądowego nie trzeba było specjalnie szukać w natowskich aresztach – był między nami, Darku: na ulicach, w barach, autobusach. To setki banalnych facetów bez znaków szczególnych, w starych portkach i schodzonych butach, niedogolonych, śmierdzących wolno trawioną rakiją i strachem. Że się wyda? Nie, nie takim strachem – raczej tym, że nie zapomną.

Tak – zło jest cały czas z nami, między nami, w nas. No i niech kto powie, że złu potrzebna jest specjalna oprawa, ekspozycja didaskaliów – jakiś Książę Ciemności, jakieś demony – przy akompaniamencie wściekłości i wrzasku. Nic z tych rzeczy… Zło jest tak banalne jak nasze życie codzienne. Tylko czeka na swoją chwilę. Narzędzia ma zawsze pod ręką. Najpierw bierze się za słowa. Język zła jest stale obecny (czasami tylko – i na krótko – popada w senne odrętwienie) i zawsze gotów do użycia. Potrzeba tylko impulsu, zapłonu – a więc człowieka, który pierwszy na głos wypowie słowa powszechnie znane, ale w dyskursie dotąd pomijane, by nie podnosić temperatury. Wystarczy jakiś domorosły populista, demagog, łaknący kariery polityk albo socjopatyczny zbrodniarz zgoła bądź cyniczny gangster potrzebujący zarobku.

W byłej Jugosławii ten próg zapłonu zła był umieszczony wyjątkowo nisko – ze względu na raczej nieprzezwyciężony (z lekka tylko zaklajstrowany) wielopłaszczyznowy konflikt narodowościowy, religijny, językowy, historyczno-godnościowy, ekonomiczny i polityczny (w sensie kto nad kim sprawuje władzę…). W Bośni (nie zapominając o Hercegowinie) splot wszystkich okoliczności konfliktogennych (nawet na gorącym tle innych byłych republik, a osobliwie Chorwacji i Serbii) wił się wyjątkowo nisko i blisko ludzi; zagmatwane tamtejsze stosunki ludnościowo-religijne, stosunkowo duża płynność „rozgraniczeń” i wysoki poziom wzajemnej drażliwości utrwaliły konflikt na poziomie sąsiedzkim – konkretnym i bliskim – wcale nie symbolicznym. Atmosfera pogromowa w sferze języka pojawiła się z dnia na dzień…

A wtedy wystarczy sięgnąć po drugie z walających się wszędzie narzędzi zła. Siedem sześćdziesiąt dwa AK (a konkretnie raczej jego jugosłowiańska podróba – zastava M70 z zasłużonej fabryki w Kragujevacu) jest powszechnie dostępny, tani, prosty w obsłudze (debila nauczysz w pół godziny), celny, niezawodny, przyjazny i niewymagający. Naboje w magazynku szybko (czasem za szybko) zastępują słowa w gębie. No i najważniejsze – w atmosferze pogromowej nie trzeba się oddalać od domu, by sobie postrzelać, a siedem sześćdziesiąt dwa AK można trzymać w szafie albo pod wyrkiem. Taki Latinović – zanim go natowscy aresztowali i ciupasem odstawili do Hagi – był strażnikiem w pobliskim obozie koncentracyjnym dla ofiar czystek etnicznych, spalił meczet po sąsiedzku, gwałcił, zabijał dzieci. Dostał wyrok, odsiedział – ale nie dowiedział się, dlaczego akurat do niego – przeciętniaka z prowincji – przyszło zło. Skąd i czemu zagnieździło mu się w głowie, jak mu się udało sterować rękoma, trzymającymi kałacha, granaty, koktajle Mołotowa. Dlaczego zło miało nad nim władzę?

Akurat tego na pewno nie dowiemy się nigdy – czemu zło ma do nas przystęp, czemu posłuch mu dajemy, czemu z czasem aprobujemy? Nie ma dla tej dwoistości natury ludzkiej dobrego wytłumaczenia – można co najwyżej skupić się na analizie ruchu cząsteczek ludzkiego rozumu. Ale to już za dużo dla mnie. Odpadam, drogi Darku…

Tomasz Sas
(25 06 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *