Andrea Camilleri 
Ostatnie cięcie
Przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5
Intymne życie jednej czarującej krawcowej
Gdy od wielu tygodni co noc w twoim porcie przy kejach cumują jednostki pływające (powiedzmy, że to kategoria umowna – większość to jednostki tonące…) wypełnione setkami imigrantów z rozmaitych, przeciwległych i raczej odległych zakątków Morza Śródziemnego, a ty masz kategoryczny rozkaz z wysoka, by jakoś ogarnąć tę apokalipsę siłami własnymi (byle się nie przypieprzyły media) – to na rozwikłanie zagadki „zwykłego” morderstwa możesz już nie mieć siły ani ochoty. Chyba że… Chyba że dzięki temu „zwykłemu” morderstwu uda ci się uciec od koszmarów portowych nocy.
Ale to nie takie łatwe. Przede wszystkim dlatego, że mało nas, mało nas – i zwierzchnicy, mający na karkach rozwrzeszczane media – nie popuszczą. Po drugie – nocne lądowania kryp wszelkiego rodzaju wypełnionych imigrantami to nie tylko uciążliwy problem porządku publicznego; w tym nieustającym bałaganie nader często zdarzają się ekscesy przestępcze znacznych kalibrów – gwałty, zabójstwa, rabunki, przemyt niedozwolonych substancji, akty terroru – i co tam jeszcze wyobraźnia ludzka zdoła wykoncypować. Więc solidna robota śledcza też jest potrzebna – nie tylko smętne, mechaniczne wymachiwanie pałą i gazem pieprzowym.
Komisarz Montalbano, choć stary z niego policyjny rutyniarz, mocno przeżywał konieczność nocnej służby w porcie i towarzyszące jej okoliczności humanitarne. Lata służby nie stępiły jego wrażliwości na krzywdę – w każdym razie tak starał się go sportretować autor Andrea Camilleri. Figura Salvatore’a Montalbana – klejona i cyzelowana pracowicie przez autora przez dobre ćwierć wieku pisania (w sumie jakieś trzydzieści książek – odrębnych jednostek fabularnych) – została zaprojektowana tak, by zachować pozory wielowymiarowości, jakże pożądanej przez czytelników „seryjnej” prozy kryminalnej, łączącej się w cykl dzięki pivotalnej postaci głównego bohatera i jego mniej może wyrazistych, ale z równie życzliwą troską wykreowanych przez autora „osób towarzyszących”.
Więc poza oczywiście wyróżniającymi zdolnościami śledczymi, kryminologicznymi i w ogóle policyjno-profesjonalnymi, Salvo Montalbano otrzymał od swego kreatora kilka sympatycznych cech „ogólnoludzkich”. Na pierwszym planie jest oczywiście swego rodzaju smakoszostwo, graniczące z łakomstwem czy wręcz obżarstwem, ale w obszarze lokalnej nadmorskiej kuchni sycylijskiej. Gargantuiczne opisy jego posiłków w zaprzyjaźnionych trattoriach i dań, przygotowywanych przez jego gosposię Adelinę, przynoszą zaszczyt autorowi, a czytelników mogą przyprawić o nerwicę żołądka z zazdrości. Pierwszoplanowa jest też skomplikowana oraz intensywna struktura więzi Montalbana z kobietami. Emocjonalne rusztowanie charakteru komisarza, stale używane przez niego moralne pryncypia i garnitur profesjonalnych cnót w głębokiej stoją sprzeczności z jego niemałym skądinąd potencjałem nawiązywania i podtrzymywania stosunków międzypłciowych. Montalbano ma kłopoty z dotrzymywaniem zobowiązań nawet na najprostszym poziomie (nie spóźnij się wieczorem na kolację…) – a co dopiero w planie ogólniejszym, egzystencjalnym, czyli dyscyplinujących zobowiązań na całe życie, dajmy na to. Kto wie, jaka jest kobieta włoska – nie jakaś konkretna, ale jako figura symboliczna – ten potrafi sobie wyobrazić, czym stać się może próba ułożenia wspólnego życia przy takich ograniczeniach, jakimi rozporządza Salvo Montalbano… A mimo to Camilleri uwikłał swego bohatera w związek w pewnym sensie trwały, ale o dynamicznych parametrach emocjonalnych, na odległość i praktycznie bez perspektyw (w potocznym rozumieniu słów „związek” i „przyszłość”). Innymi słowy: udręka.
Po kilku wstępnych perturbacjach damsko-męskich autor zdecydował się wyposażyć swego bohatera w stały związek, ale ze wszech miar nietypowy (a jak na Italię – ekstremalnie nietypowy, a nawet praktycznie niemożliwy, jeśli miałby zachować typową dla związków włoskich temperaturę emocjonalno-erotyczną). Otóż Camilleri uwikłał Montalbana w układ z urodziwą, pełną temperamentów wszelakiego gatunku i charakterologicznie niezwykle twardą panią Livią – Liguryjką z północy Włoch (mieszkającą w Genui, a konkretnie w Boccadasse – wiosce rybackiej na przedmieściach genueńskiej metropolii). Z powodu nieprzekraczalnych i trudnych do pojęcia przeszkód, uniemożliwiających stałe połączenie się obojga w sensie ściśle geograficznym, związek Livii i Salva miał charakter telefoniczno-samolotowy, a ponadto pełen był eksplozji uczuciowych, na granicy definitywnego rozejścia się…
Tak się jednak złożyło, że w chwili emigracyjnego kryzysu w Vigacie pani Livia akurat gościła u swego partnera (kilkudniowy urlop – typowy dla ich związku). Z powodu nawału pracy w nadgodzinach komisarz nie poświęcał partnerce zbyt wiele czasu, co ona twórczo wykorzystała, dokonując skrupulatnej rewizji szaf w willi Montalbana. W rezultacie pani Livia doszła do wniosku, że Salvo musi w trybie nagłym uzupełnić braki garderoby – osobliwie w obszarze wizytowych garniturów, niezbędnych dla zaplanowanych (przez nią!) czynności recepcyjnych i oficjalnych. Zanim udała się na lotnisko w celu powrotu do Genui, wymusiła na komisarzu wizytę u swej znajomej, genialnej rzekomo lokalnej krawcowej w Vigacie. Montalbano z wielką niechęcią poddał się terrorowi pani Livii, bowiem uważał, że szycie garnituru na miarę wymaga bliskiej, a w zasadzie intymnej więzi z krawcem, zaś jego konserwatywne w swej istocie jestestwo tego rodzaju poufałości z krawcem-kobietą dopuścić nie może.
Ale życie pełne jest niespodzianek… Gdy komisarz dotarł wreszcie do zakładu pani Eleny Biasini, jego wątpliwości rozwiały się jak poranna mgiełka nad plażą w Marinelli. Przyjaciółka Livii okazała się bowiem być kobietą niezwykle piękną tudzież interesującą w każdym dopuszczalnym przez obyczajowy konwenans aspekcie. A intymnych pomiarów fragmentów gabarytu komisarza i tak dokonał Nicola – stary krojczy w firmie Eleny. Obszywanie Salva szło sprawnie – do końca została tylko ostatnia przymiarka. Ale pewnej dramatycznej, „uchodźczej” nocy w porcie Montalbano został wezwany na stały ląd, by podjąć czynności śledcze w obliczu wyjątkowo dramatycznej zbrodni: ktoś dwudziestoma dwoma ciosami zadanymi ciężkimi krawieckimi nożycami zabił piękną krawcową Elenę…
Niezadowolona klientka/klient? Odtrącony i nieusatysfakcjonowany kochanek? Zaskoczony włamywacz? Konkurent biznesowy? Zagrożony zwolnieniem pracownik? Zazdrosna, bo mniej szczęśliwa kobieta? Jakaś mściwa postać z niejasnej przeszłości krawcowej? Te i parę innych hipotez zwaliły się komisarzowi na łeb od pierwszej chwili dochodzenia, ale żadna z nich nie wyszła wyraźnie na prowadzenie. Bo nie mogła… Życie Eleny (na tyle, na ile dostępne było dla śledztwa po pierwszych, z natury rzeczy powierzchownych penetracjach) nie dostarczało dość wystarczająco silnych kryminogennych przesłanek. Ba, nawet jej ostatni związek o lekkim zabarwieniu erotycznym – z niejakim Diego Trupią, wydawcą – nie okazał się dostatecznie podejrzany.
(Przy okazji mała „zaczepka” w kierunku gromadki redagującej książkę… Wiem, że to w oryginale pojawia się nazwisko Trupia, które ani po włosku, ani po hiszpańsku – Trupia ma iberyjskie korzenie – nie ma żadnych kiepsko brzmiących konotacji. Ale po polsku ma – i to jakie! Rozumiem, że co do zasady nie można tłumaczyć ani przeinaczać nazwisk w prozie – więc Trupia powinien zostać Trupią – ale w tym akurat przypadku może trzeba było negocjować drobną korektę z właścicielem praw do edycji Camilleriego?)
Tak czy inaczej – od momentu, w którym teraz jesteśmy, czyli pierwszych czynności po odkryciu zabójstwa pięknej Eleny – żadnych szczegółów więcej zdradzać nie będziemy; umowa nadal obowiązuje. Dość napomknąć, że proces rozwiązywania intrygi i docierania do prawdy odbierze Montalbanowi nieco pewności siebie. Ale będziemy mu towarzyszyć, więc nic złego się nie stanie. Nieoczywistość samej zagadki zaś dodaje lekturze pewnej aury niespodzianki – w końcu zamieniającej się w mgłę, typową dla przedalpejskiej, północnowłoskiej prowincji Friuli, a konkretnie Udine, gdzie wszystko (albo prawie wszystko) się rozplątuje. A może bardziej gmatwa? Zależy od punktu widzenia… W każdym razie śledzenie meandrów śledztwa miłośnikom zagadek dostarcza pewnej (aczkolwiek w sumie niewielkiej) satysfakcji intelektualnej, natomiast zwolenników intryg kryminalnych doprowadza do pewnej takiej prostracji umysłowej (ale umiarkowanej), bowiem zamęt robi się nieznośny. Montalbano wprawdzie radzi sobie z zagadką niemal zadowalająco, lecz jest spóźniony (o jeden dzień) i niezgrabny jak słoń w składzie porcelany, który wywołanym hałasem płoszy sprawcę. Aż do tego stopnia, że wyjaśnieniem tajemnic musi zająć się… sam sprawca, zostawiając szczery list komisarzowi. Taki chwyt narracyjny jest objawem pewnej – no cóż, nie ukrywajmy – bezsilności fabularnej autora. Ale to, zważywszy uprzednie zasługi, jestem skłonny wybaczyć Camilleriemu (pośmiertnie). A poza tym, drogi komisarzu Montalbano, zawsze można skorzystać ze znanego ze swej skuteczności środka procesowego, czyli (wiemy, wiemy!) Europejskiego Nakazu Aresztowania…
Tomasz Sas
(18 07 2026)

Brak komentarzy