Jerzy Illg 
Zjazd do zajezdni
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5
Przypadki i gadki pokątnego fabrykanta książek
Każdego jako tako obytego ze słowem i technologią pisania raz w życiu (raczej u schyłku niż na początku) nawiedza chęć przemożna spreparowania – pod hasłem: „może teraz ja!” – księgi egzystencjalnej, summy eksperiencyjnej, listy chwały i przewag intelektualnych, towarzyskich bądź emocjonalnych. Z aktywnego żywota odejść bez skomplementowania samego siebie – to poważny błąd. Fundamentalny zgoła. Dlatego wszyscy piszą: dyrektory, redaktory, tłumacze, drukarze, maszynistki, korektorki, gońcy i ciecie (ci ostatni mają osobliwie wiele do powiedzenia – co spełniałoby się ustawicznie, gdyby nie przyrodzony wstyd autorów i obawy przed posądzeniem o współudział). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie wszyscy wydają – i dobrze bardzo. Ale dyrektor i prezes? Jego buch solennym jest dziełem – o wadze zbliżonej do kilograma i mocy zdolnej wykręcać dłonie w nadgarstkach podczas lektury.
Co do zawartości – wypowiem się szczegółowo w tak zwanym ciągu dalszym. Na wstępie wszakże zaznaczyć należy, iż z uwagi choćby na sam indeks nazwisk, które znalazły się w obrocie, dzieło ma wymiar pomnikowy. Tak, jakbyśmy odczytywali epitafia w jakiejś monstrualnej alei zasłużonych Krainy Wiecznych Łowów, kompletowanej przez pół wieku wśród liderów światowej i krajowej literatury… A Illg wśród nich bywał, z nimi łowił i się przyjaźnił. Wielki dostał przywilej i dobrze z niego skorzystał. Nie żeby raz a dobrze – skorzystał dwa razy, komponując niniejszą księgę z tekstów już raz wydrukowanych (wprawdzie ulotnie, bo na ogół w gazetach oraz czasopismach) i opłaconych. Ale rozmnażanie honorariów to przecież cnota nad cnotami… Tego procederu akurat żadną miarą nie potępiam – przeciwnie: rozumiem i aprobuję – sine ira, braciaszku, sine ira…
Wszelako pisząc i wydając sprawozdanie ze swego życia Jerzy Illg nie umiał (a może nie chciał) wyzbyć się pewnej takiej galicyjskiej skrzętności, organizującej mu życie od naukowego zarania, na Śląskim Uniwersytecie spędzonego. Sam przyznał, że dziesięć lat tego życia zabrało mu zgłębianie zakrętów żywota i twórczości młodopolskiego poety i dramatopisarza Tadeusza Micińskiego, zapomnianego dziś ze szczętem (ostatnio chyba tylko Klata z sukcesem wystawił „Termopile polskie” w ubiegłym roku w Narodowym). Osobiście lubię Micińskiego, bo nie dość, że darem wnikliwej obserwacji był obdarzon i wielkie profetyczne zdolności miał, to jeszcze urodził się w Łodzi (1873). Wprawdzie ta ostatnia okoliczność żadnego nie miała związku z jego, Micińskiego, dziełem – wpływu takowej na ową twórczość nie odnotowano – ale zawsze to coś. W każdym razie skromna acz gustowna tablica pamiątkowa przy Piotrkowskiej 29 wciąż chyba wisi (dawno tamtędy nie przechodziłem)… Tak czy inaczej, skrzętny Illg opublikował swe rozproszone w niskonakładowych specjalistycznych czasopismach szkice o Micińskim na wieczną rzeczy pamiątkę w postaci zwartej – a czemu miałyby się zmarnować – zapomniane równie dokumentnie jak ich „podmiot liryczny”?
No i dobrze… A teraz zbadajmy, czy autor Illg wziął sobie do serca i zastosował się twórczo a krytycznie do uwagi poczynionej niegdyś przez swego idola (czyli samego Micińskiego), A brzmi ona tak: „U źródeł duszy polskiej na szczytach pobudowano gadatliwe młyny.” No właśnie – te młyny gadatliwe na szczytach… Czy wam to czegoś nie przypomina? Cóż – przypomina… Powściągliwość pióra – acz niekwestionowana – nie należy bowiem do zbioru cnót kardynalnych wyznawanych przez Illga (podobnie jak wielu jego kolegów, przyjaciół i współtowarzyszy). Lecz nic to – gadatliwość (jeśli bywa umiarkowana) ma niezaprzeczalne walory dokumentalne i zapewne trochę memuarystyczne. Więc akurat w tym gatunku prozy, zaprezentowanym przez Illga w „Zjeździe do zajezdni”, przeciw gadatliwości nic nie mam – ani przeciw dygresyjności, ani przeciw wycieczkom osobistym, ani przeciw prywacie szeroko rozumianej, ani przeciw aluzjom, niedyskrecjom i zakamuflowanym żarcikom. Przeciwnie: podczas lektury zabawa tym większa, im więcej czytelnikowi uda się rozplątać takich gier towarzyskich oraz sygnałów-szyfrów literackich…
Ale towarem tego rodzaju Illg gospodaruje nad wyraz oszczędnie. Czasem tylko wypuści na widok publiczny jakiś nieco smakowitszy kąsek anegdoty czy małej niedyskrecji. Co do zasady jednak jest po galicyjsku akuratny, sztywny co nieco i solidnie solenny. Może dlatego, że księgi tej nie pisał jednym ciągiem, jeno sklejał konstruktywnie, jak archeolog lepi pobite gary – i to z kawałków, które dla innych celów powstawały przez lat ponad czterdzieści i pięć. Pojawiające się tu i ówdzie nieregularności w tej narracji i skoki temperatury przypisać zapewne należy zaimportowanemu przez Illga (z urodzenia Schlesiera) galicyjskiemu poczuciu humoru – ironicznemu lecz zarazem dobrodusznemu, erudycyjnemu i jednocześnie przaśnemu jak onuce Szeli (gdyby miał je opisać Witkacy). Ale w sumie – trochę to sztywne jest, a niekiedy pokrętnie zbacza w stronę – no cóż – oratoryjno-funeralną. Wydaje się jednak, iż w tej mierze dostatecznym usprawiedliwieniem dla Illga jest jego profesja fabrykanta książek i wynikający z niej obowiązek dbałości o wizerunek, łatwo skądinąd przecież przekładalny na mamonę.
Zresztą z natury rzeczy nie mógł Illg być zanadto rozdokazywany; przecież lista bohaterów „Zjazdu do zajezdni” sama z siebie już wygląda jak ewidencja gości honorowych bankietu na Olimpie: Czesław Miłosz, Seamus Heaney, Tomas Venclova, Josif Brodski, Stanisław Barańczak, Janosch, Kazimierz Kutz, Norman Davies, Wiesław Myśliwski, Milan Kundera, Andriej Tarkowski… Gwiazdozbiór iście zjawiskowy – a i to dalece nie wszyscy ze spisu treści. Sztuka w sztukę – pomniki kultury światowej, drogowskazy cywilizacji (samych noblistów ze czterech – plus wspominana obficie, ale bez „własnego” szkicu Szymborska, innych laureatów nie licząc). Chwała Illgowi, że tej zsumowanej potęgi się nie uląkł i co tam potrafił – zapisał.
Co do istoty swej wspomnienia Illga nie mają natury krytycznoliterackiej ani zdyscyplinowanej biografistyki. Są natomiast czułości pełne oraz przyjacielskiej uważności, nawigującej w stronę osobliwego miłosnego pobratymstwa – w tym sensie duchowym, który kultywowany bywa na obrzeżach i w centrach (ale znacznie rzadziej!) europejskiej wspólnoty intelektualnej. Bywa, że z udziałem istotnego czynnika spirytualnego (mam tu na myśli rozmaite pochodne i wariacje płynu o chemicznej strukturze atomowej C₂H₅OH) – ale w zasadzie to i bez niego… Literatura bowiem (zaś osobliwie poezja) poręcznym bywa i wielce skutecznym narzędziem robienia i oswajania wspólnoty. Więc gada Illg i gada, ale niech mu ta przyrodzona właściwość młynów duszy polskiej będzie odpuszczona – wielkie bowiem korzyści poznawcze z niej płyną. By się przekonać, należy przestudiować gawędy autora „Zjazdu do zajezdni” o Miłoszu i Brodskim zwłaszcza – doprawdy interesujące, poszerzające wiedzę o tych geniuszach poezji nie od strony analizy wiersza (choć ułamki, odpryski tej procedury intelektualnej Illg w swych elukubracjach pomieszcza), ale od strony płaszczyzny poznawczej, zwanej życiem. Różnym: codziennym, reprezentacyjnym, twórczym, rodzinnym… Żaden zawodowy biografista nie wyłapie tego, co czasem udaje się Illgowi. Chwała mu za to i wdzięczność…
A poza tym w miarę częste obcowanie z wielkimi na gruncie zawodowo-towarzyskim wyostrza zmysł obserwacji, czego Illg daje dowody nader przekonujące (w celach oczywiście dokumentacyjno-pamiątkowych) – jak choćby anegdotka o wmówieniu poetce Julii Hartwig, że spotkany na ulicy Wiślnej poeta, krytyk i uczony Marian Stala (który lubił się ubierać niekonwencjonalnie) to znany i niebezpieczny krakowski wariat. Mam wszakże wrażenie, iż z Illga nie dałoby się zrobić wiarygodnego świadka epoki, bo jego manifestowana czułość wykluczałaby (w trybie autocenzury) bardziej realistyczne opisanie szczegółów rozmaitych zdarzeń, czy chociażby tylko ich zdawkowe odnotowanie. To raczej wykluczone – nawet w przypadku przyjaciół, gdy margines luzu nieco większy bywa. Ale nie w tym rzecz – ważne, by lektura sprawiała i przyjemność, i lekkie uczucie niedosytu przynosiła. A gadatliwość? Da się znieść – tym łatwiej, że autor panuje nad materią. Na szczęście Illg nie podlega wiecznotrwałej Boyowskiej recepturze „Wstaje rzędem człek niektóry, kogo tam zaswędzi ozór, i wygłasza srogie bzdury w uroczysty dmąc je pozór.” Aktualne do dziś i na zawsze – ale nie dotyczy to Illga. Ten ci bowiem posiadł i opanował w stopniu zadowalającym sztukę gadatliwości powściągliwej. Gadatliwość powściągliwa to bezczelny oksymoron – powiecie. Niby tak, ale Illg zrobił z tego nowy gatunek narzędzia prozatorskiego, nową formułę ekspresji słowa. I to doprawdy godne pochwały jest ze wszech miar.
A poza tym, zupełnie na marginesie niniejszej rekomendacji, też uważam „Piątą porę roku” Kazimierza Kutza za książkę arcydzielną – jak dotąd najlepszą z napisanych po polsku w XXI wieku. Dałem temu przekonaniu wyraz słowem drukowanym, co autor pokwitował sympatyczną dedykacją- podziękowaniem w swej książce, podsuniętej mu do podpisania na spotkaniu w Filmówce… Na drugim zaś marginesie: nie zliczę – gdy musiałem wyrazić wdzięczność listownie za coś, co jeszcze nie nastąpiło, ale ku większej skuteczności prośby, wypadało z góry podziękować – ile razy użyłem (podobnie jak Illg) genialnej frazy Staszka Barańczaka „Thank you from the mountain!” (Niektórym wypadało dodać objaśnienie – o co mianowicie chodzi – ale przeważnie łapali frazę za frak bezbłędnie i z uśmiechem.)
Tomasz Sas
(21 08 2026)
P. S. Małe napomknienie o Micińskim i poświęconej mu tablicy skłoniło mnie jednak do podjęcia trudu (niewielkiego – na razie tramwaje jeszcze kursują…) sprawdzenia, czy rzeczywiście tablica wciąż wisi. I wisi – dowód obok (fot. autora).
Ale w kwestii prawdy historycznej – to inscenizacja i mistyfikacja. W 1873 roku – w czasie narodzin Tadeusza Micińskiego – dom, w którego ścianach tkwi wspomniana tablica, zapewne nie istniał nawet w planach; powstał bowiem w 1903 roku – jako trzypiętrowa, okazała (i urodziwa – w stylu łódzkiej pseudosecesji) kamienica rogowa, więc z dwoma reprezentacyjnymi frontonami (Piotrkowska róg Cegielnianej; bo tak nazywana ulica biegła wtedy po obu stronach głównej arterii miasta), zaprojektowana przez inżyniera architekta Gustawa Landaua-Gutentegera, zbudowana przez Izraela Olszera jako siedziba domu bankowego Wilhelma Landaua. Natomiast rodzice przyszłego poety mogli mieszkać na tej posesji (w starym drewniaku, czyli poprzedniej zabudowie), ale to nie jest takie pewne. Ojciec Tadeusza – Rudolf Miciński – był wtedy koncesjonowanym geometrą, zaś mama Wanda… No cóż – dziś byśmy ją nazwali deweloperem; była bowiem właścicielką kilku posesji w bliskim sąsiedztwie przy Piotrkowskiej, ale przesadziła z kredytami na inwestycje modernizacyjno-upiększające i około 1885 roku zlicytowano majątek pani Wandy za długi. Micińscy wynieśli się do Warszawy, gdzie poeta odbył stosowną edukację, która jego talenty wydobyła i ukształtowała…
(W przypisie tym wykorzystałem naukowe ustalenia łódzkiej archiwistki Anny Rynkowskiej w fenomenalnej i fundamentalnej monografii „Ulica Piotrkowska”, edytowanej nakładem Wydawnictwa Łódzkiego w 1970 roku.) TS.

Brak komentarzy