Zła pora roku

8 kwietnia 2018

Antonio Manzini
Zła pora roku
Przełożył Paweł Bravo
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2018

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Pies w clarksach tropi mafię w śniegu i błocie

Dobra wiadomość: szurnięty dyscyplinarnie z rzymskiej policji, skazany na banicję w podalpejskiej Dolinie Aosty vicequestore Rocco Schiavone przetrwał górską zimę, chociaż uparcie biegał po śniegu w kapciach typu clarks, zużywając jedenaście par… Te clarksy, buty par excellence wiosenno-letnie, co tu gadać: dość szmaciane i niezbyt odporne na wodę, to objaw trawiącej wicekwestora nerwicy natręctw – ubzdurał on sobie, że sapogi w sam raz na Rzym chronią go przed psychiczną akceptacją banicji; gdyby przyodział zimowo-śniegowe górskie buciory, masowo używane w terenie przez autochtonów z Aosty, oznaczałoby to kapitulację, zadomowienie, przyzwyczajenie do krzywdy. A clarksy w roztopach to dla dumnego, twardego rzymianina symbol nieugiętej niepodległości, cichego buntu, niezgody na upokorzenie…
Mimo tej niedogodności perypatetycznej (zaprawdę, nie próbujcie po mokrym śniegu hasać w clarksach…) Schiavone daje sobie radę w skrajnie nieżyczliwym środowisku podalpejskiej prowincji. Ma sukcesy śledcze (tudzież towarzyskie, dokładniej: damsko-męskie)), co budzi powściągliwy, ale jednak niekłamany szacunek zwierzchników i podwładnych. Ten typ tak ma… Lubią go, niezależnie od miejsca akcji. Manzini wykreował sympatyczną postać, od pierwszego kontaktu budzącą zaufanie. Na pozór upierdliwy sztywniak, wymagający służbista, potrafi bez oporu i wyrzutów sumienia ze sporą dezynwolturą nagle potraktować prawo i regulaminy; lubi skręcić coś na boku – a to jointa z maryśką, a to bezpańskie parę tysięcy euro… Ale wszystko w granicach normy. Poza tym ma intuicję, dobre pomysły, mocny chwyt – co pozwala mu lawirować między barierami z wdziękiem romantycznego rozbójnika… Na zesłaniu Rocco trochę gorzknieje, trochę dziczeje, ale węchu nie traci. No i wciąż ma dobre serduszko, które chroni go przed popadnięciem w nieuleczalny formalizm – schorzenie umysłu do wyższych stopniem urzędników policyjnych przyczepiające się po piętnastu latach służby, jeszcze przed czterdziestką… Ludzie bliscy Schiavonemu nie mają pojęcia o jeszcze jednym problemie vicequestore. Otóż podtrzymuje on bliską, emocjonalną więź z… duchem zmarłej przed kilkoma laty żony. Więź transcendentalną, lecz tak bliską w imaginacji Rocca, że niemal cielesną. Marina towarzyszy mu nieustannie, przywoływana przez tęsknotę – aż skarży się, że maż nie pozwala jej odejść. Duch Mariny pełni funkcję kontrolera-moderatora, subtelnie wpływając na decyzje i postępowanie Rocca. Ten wątek to jedna z piękniejszych historii miłosnych w rozrywkowej literaturze kryminalnej. Manzini zrobiłby karierę jako romansopisarz…
Ale na razie tkwi w kryminalnej brei… W nocy na śliskiej górskiej drodze giną w wypadku, w furgonetce ze skradzionymi blachami, miejscowy menel i pewien przybysz z Rumunii. Niby to sprawa dla drogówki, ale jej niewyrywni funkcjonariusze wykorzystują pretekst skradzionych blach, co robi z „dzwona” sprawę kryminalną, która wedle właściwości trafia do Rocca. Równocześnie przyjaciółka przyjaciółki wicekwestora kieruje doń swego kochanka, którego córeczka Giovanna,skądinąd prześliczna licealistka, mocno niepokoi się losem swojej szkolnej koleżanki; razem spędziły upojną noc w dyskotece, a potem Chiara zniknęła…
Jak i dlaczego obie sprawy się zazębiły – przemilczymy. Mamy umowę, że potencjalnym czytelnikom nie będę odbierał przyjemności samodzielnego brnięcia przez intrygę. Dość powiedzieć, że w alpejskiej dolinie zaczęła mieszać, i to na wielu arenach życia publicznego oraz miejscowej gospodarki jednocześnie, kalabryjska ‚ndrangheta. Porwania, wymuszenia, szantaże, lichwa, dilerka, paserstwo… To wszystko Rocco i jego ludzie muszą ogarnąć i pozamiatać. Do tego jeszcze wicekwestora Schiavone krwawo dopada na razie nierozpoznany cień z przeszłości. Robi się nieprzyjemnie, ale dla wiernych czytelników Manziniego to dobra wiadomość – zwiastuje bowiem, że nasz ulubiony ciąg dalszy niechybnie nastąpi. Okoliczności zaś wskazują na to, że będzie gwałtowny i brutalny… A przecież swoje może też dołożyć wydymana ‚ndrangheta w Aoście, która nie lubi przegrywać, a z honorem – inaczej niż jej sycylijska starsza mafijna siostra – niewiele ma wspólnego, zgoła nic. To po prostu sprzysiężenie okrutnych, bezlitosnych bandytów bez zasad, wiejskich kalabryjskich zbójów bez moralnych hamulców, bez kodeksu. Może nie być ciekawie. Więc o ile jesień, zimę i wiosnę nasz wicekwestor Schiavone ledwo przetrwał na wygnaniu do górskiej pustelni, o tyle nadchodzące lato będzie… jeszcze gorsze.
A sam Manzini może następnym razem mniej uwagi poświęci zawiłościom intrygi kryminalnej, a więcej samym Włochom – swym głównym bohaterom, których portretuje wnikliwie, ciepło, ale bez złudzeń. Ale to tylko hipoteza czytelnicza – nie musi się sprawdzić… Na wszelki wypadek cieszmy się lekturą „Złej pory roku”, bo krótko trwa – góra trzy, może cztery godziny intensywnego czytania z przerwą na herbatę. I czekajmy, czym nas niebawem znów zaskoczy Manzini…
Tomasz Sas
(8 04 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *