Michał A. Piegzik
Bitwa na Morzu Koralowym
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5
Banzai, banzai, banzai!?
Buntaicho za sterami kambaku… Chutai kanko szuka CV… MO Kido Butai wysyła meldunki kiboteki kansoku, a 5. Koku Sentai nie chce być dłużej mekake no ko… Bez specjalnego słownika lektura dzieła doktora Piegzika, profesora z Yokohamy, nie jest możliwa. Zagęszczenie japońskiej terminologii wymaga nieustannego konfrontowania tekstu z zestawieniami skrótów, nazw i definicji taktycznych Nippon Kaigun (zgadujecie, co to jest?). Na szczęście autor zamieszcza stosowne słowniczki i objaśnienia na początku i na końcu opasłego tomiska „Bitwy…” – co i tak sprawia fizyczny ból w trakcie lektury i wygląda nieco – hm, minoderyjnie. Doktor Piegzik szafuje bowiem swą znajomością języka nihongo bez umiarkowania i ponad potrzebę (jakby nigdy nie słyszał o Ockhamie i jego brzytwie). Nawet założenie (skądinąd zasadne i chwalebne), iż w swej monografii doktor Piegzik prezentuje głównie japoński punkt widzenia i wytworzone przez tamtejsze sztaby dokumenty, raporty oraz relacje uczestników, słabo usprawiedliwia językowe rozpasanie autora. I nie jest dowodem jakiegoś wtajemniczenia rzekomo wyższego rzędu, jeno przykładem dziarskiego… nieliczenia się z obciążeniami i przyzwyczajeniami czytelnika.
Ale pominąwszy ten japoński zgrzyt językowy, zauważyć należy, iż mamy do czynienia z doskonałą monografią bitwy morskiej – kompletną, kompetentną i dokładną. Ilustrowaną niezbędnymi mapami, tabelami i przypisami. Ale dlaczego akurat ta bitwa – skądinąd solennie opisana w literaturze – i naukowej, i popularnej – obu walczących stron (i nie tylko)? Starcie flot japońskiej i amerykańskiej (z niewielkim udziałem wojennej marynarki australijskiej) na Morzu Koralowym – sporym akwenie na południe od Nowej Gwinei, Archipelagu Bismarcka i Wysp Salomona, na wschód od północno-wschodniej „ćwiartki” wybrzeży Australii (między Cieśniną Torresa a Brisbane), na zachód od wysp Fidżi, na północ od Morza Tasmana – miało bowiem wszelkie objawy i parametry operacyjne tzw. bitwy walnej, decydującej o powodzeniu ofensywy jednej ze stron starcia. A konkretnie Japonii, której zamiarem strategicznym było przecięcie linii komunikacyjnych między USA a Australią i zabezpieczenie południowej flanki japońskich zdobyczy terytorialnych (Filipiny, Malaje, tzw. Indie Holenderskie). Celem bliższym tej ofensywy było zajęcie Port Moresby na Nowej Gwinei (siłami desantu morskiego). Baza ta miała już w zasięgu lotniczym kawał samej Australii i morskich szlaków podejściowych; gdyby tak jeszcze desant na Samoa lub Fidżi…
Oczywiste zatem staje się, że Amerykanie (i reszta czynnych jeszcze w walce aliantów) nie mogli do tego dopuścić. Ale jak? Po Pearl Harbor, pod przymusem okoliczności i skutków tego ataku – a dodatkowo pod wrażeniem błyskawicznej anihilacji przez japońskie lotnictwo brytyjskich pancerników „Prince of Wales” i „Repulse” 10 grudnia (ledwo trzy dni po Pearl…) 1941 roku pod Kuantan na Malajach – musiała nastąpić głęboka i, powiedzmy to wyraźnie, intelektualna (choć w przypadku większości ówczesnej kadry admiralskiej to słowo było sui generis lekką nadinterpretacją) rewizja doktryny użycia sił i środków będących w dyspozycji marynarki wojennej. A dodatkowo na zmianę mało było czasu, kruca bomba, mało czasu…
Na szczęście Pearl rozstrzygnęło stary i mocno zapętlony spór (choć nie wszyscy jego uczestnicy gotowi byli przyjąć do wiadomości racjonalny rezultat japońskiego bombardowania) doktrynalny w łonie amerykańskiej admiralicji między admirałami pancernikowymi a lotniskowcowymi, czyli dysputę o wyższości lufy wielkiego kalibru nad samolotem przenoszącym jedną bombę albo torpedę – i na odwrót. Pancernikowcy nagle nie mieli już swoich armat, a walczyć należało tym, co zostało. A zostały lotniskowce i do tego faktu trzeba było dostosować doktrynę i regulaminy operacyjne floty. Koncepcji wycofania się z pacyficznych akwenów, przeczekania i odbudowy eskadr pancernych nikt poważny nie wziął pod uwagę. Pancerniki (wszak nie wszystkie poszły na dno na Hawajach) oczywiście nadal chwalebnie służyły na morzu (nawet zbudowano nowe), ale doktryna wielkiej pancernej pięści, salwami czterystumilimetrowej artylerii głównej topiącej wszystko co na drodze, odeszła do historii. Wizja walnej bitwy pancerników gdzieś na środku oceanu, idących naprzeciw siebie, w nienagannych szykach torowych i okładających się salwami artylerii głównej, tkwiła już tylko w umysłach najtwardszych konserwatystów wśród nosicieli złotych gwiazdek i szerokich pasków.
Wizję tę – dobrze prezentującą się wyłącznie na marynistycznych malowidłach – zastąpiła wizja walnego starcia lotniskowców: też na środku oceanu, też wszystkimi siłami – aż do zatopienia floty przeciwnika. Różnicę robiły parametry techniczne i potencjał taktyczny przenoszonego na pokładach uzbrojenia – lufa była tak dobra jak zasięg wystrzelonego z niej pocisku; czyli maksymalnie jakieś 25 mil morskich. Największe używane w tej wojnie działa – czyli czterystasześćdziesiątki z pancerników „Yamato” i „Musashi” – miały teoretyczny zasięg 42 tysiące metrów; ale i tak o skuteczności strzelania przesądzał zasięg „wzroku” dalmierzy, dalocelowników i innych przyrządów optycznych. Z natury rzeczy nie sięgały one poza linię horyzontu; jeśli zatem próbowano strzelać dalej, to na wyczucie, łut szczęścia i jeśli można było nie oszczędzać amunicji. Właśnie – amunicji… Pocisk do czterystasześćdziesiątki ważył mniej więcej półtorej tony, więc salwa artylerii głównej takiego „Yamato” (miał dziewięć dział 460 mm) to 13,5 tony. Teoretycznie działo powinno strzelać raz na 1,5 – 2 minuty, ale naprawdę z różnych powodów (głównym była konieczność korekty celowania) szybkostrzelność można było przez jakiś czas utrzymać na poziomie bliższym pięciu minutom na strzał. Tyle mógł największy pancernik na świecie…
A jak ta moc wyglądała w porównaniu z lotniskowcem? Przeciętny okręt tego typu zabierał na pokład (w pierwszej fazie wojny) jakieś 60 do 80 samolotów różnych typów, ale nas interesują dwa rodzaje, będące bezpośrednim ekwiwalentem salwy pancernika, czyli bombowce nurkujące i bombowce torpedowe. Trzeci powszechnie stacjonujący na pokładach samolot, czyli myśliwiec (po stronie japońskiej Mitsubishi Zero, po amerykańskiej Grumman Wildcat F4F) ciężkiej broni nie przenosił, ale miał pośredni wpływ na „wagę salwy” lotniskowca, jeżeli w trakcie walk powietrznych w obronie okrętów lub podczas eskortowania ekspedycji bombowych udało mu się zmniejszyć „wagę salwy” samolotów przeciwnika (w trybie zestrzelenia oczywiście). Zasada działa w obie strony…
Więc jaki był ten samolotowy ekwiwalent salwy artyleryjskiej? Typowy pokładowy bombowiec nurkujący (po stronie japońskiej kambaku Aichi D3A, w kodzie alianckim nazywany Val – po stronie amerykańskiej Douglas SBD Dauntless) standardowo zabierał jedną podwieszaną bombę przeciwpancerną o wadze mniej więcej ćwierć tony i dodatkowo mniejsze ładunki zapalające; choć Dauntless mógł unieść tysiącfuntówkę (czyli niemal pół tony), Natomiast typowy pokładowy bombowiec torpedowy – japoński kanko Nakajima B5N,w kodzie alianckim Kate – przenosił standardową torpedę Typ 91 z głowicą bojową (zależnie od typu)o masie od 200 do ponad 400 kilogramów ładunku. Amerykański odpowiednik – przestarzały już na początku wojny Douglas TBD Devastator miał torpedę Mark 13 o podobnych parametrach. Oba te samoloty mogły zamiast torped przenosić około 800 kilogramów bomb. W pierwszej fazie wojny lotniskowce miały na pokładach dwie eskadry bombowe i jedną torpedową minimum, czyli jakieś 50 może 55 samolotów, przenoszących broń porównywalną z pociskami artyleryjskimi.
W sumie więc – jeśli policzyć umowną „wagę salwy” – przeciętny pancernik nie różnił się dużo (w sensie nie był gorszy – a jeśli już, to niewiele) od przeciętnego lotniskowca. Różnica o decydującym znaczeniu ujawniła się przy porównaniu zasięgów każdej z broni. Grupa powietrzna przeciętnego lotniskowca (obu walczących stron) mogła operować w promieniu 200 – 350 mil od macierzystego okrętu – przy zachowaniu zapasu paliwa na dolot, manewry podczas walki i powrót. I ta okoliczność decydowała w zasadzie o taktycznej, operacyjnej (a w końcu i strategicznej) przewadze lotniskowca nad innymi typami uzbrojenia pływającego – może wyjąwszy flotę podwodną, której zalety i przewagi operacyjne podobnej były kategorii.
W sumie zatem wizja walnego starcia lotniskowców wydawała się i konieczna, i ponętna. Zresztą i tak nie było wyboru… Na Morzu Koralowym, pół roku po ataku na Pearl (który był spektaklem boleśnie jednostronnym), obie strony zwietrzyły okazję do przeprowadzenia porządnej bitwy, dającej wreszcie możliwość zweryfikowania założeń doktrynalnych wojny morsko-powietrznej. Japończycy planowali poszerzyć swą „strefę dobrobytu” (czytaj: rabunku surowców i innych dóbr, niezbędnych do prowadzenia wojny i utrzymania kraju) i w tym celu wdrożyli operację MO, czyli zajęcia Port Moresby na Nowej Gwinei, skąd mieli zamiar panować nad szlakami morskimi do Australii. Amerykanie musieli im w tym przeszkodzić. W tym celu Japończycy sformowali morski zespół inwazyjno-desantowy, a na jego narażonym na atak skrzydle operować miała grupa lotniskowcowa MO Kido Butai z dwoma okrętami „Shokaku” i „Zuikaku” – przenoszącymi łącznie 119 samolotów bombowych, torpedowych i myśliwców (mniej więcej po jednej trzeciej…). W składzie floty MO był też lekki lotniskowiec „Shoho”, przenoszący 22 samoloty (głównie myśliwce). US Navy też wystawiła zespół dwóch okrętów: „Lexington” i „Yorktown”, który miał przeszkodzić w operacji MO. Oba lotniskowce miały na pokładach 133 samoloty podstawowych typów.
Sytuacja w maju 1942 roku była operacyjnie czysta: dwa na dwa – a siły mniej więcej równe. Idealna okazja do sprawdzenia, o co w tym wszystkim chodzi – nie na mapach i sztabowych arkuszach kalkulacyjnych, ale w praktyce, na wodzie. Szczegóły ordre de bataille oraz rzeczywistego przebiegu zdarzeń oczywiście pominiemy – możecie zdać się tej mierze na doktora Piegzika, którego precyzja, przejrzystość wywodu i szacunek dla szczegółów godne są podziwu i głębokiego szacunku. Jeśli spuścimy zasłonę milczenia na jego predylekcję do japońskiej terminologii wojenno-sztabowej i manierę zamieszczania setek japońskich nazwisk – od admirałów po szeregowców marynarki… W sumie dokonanie Piegzika stawia go w równym szeregu z mistrzami wojenno-morskiej batalistyki popularnej i nie tylko (jak na przykład klasyk gatunku Craig Symonds).
Warto jednak zauważyć, iż niechcący z lektury Piegzika wyłania się podstawowy dylemat tamtej wojenki lotniskowców. W sposób najprostszy dałoby się zagadnienie sformułować tak: gdzie oni, do cholery jasnej, są? Otóż to… Przeciwnika trzeba było najpierw znaleźć – kto pierwszy dokładniej potrafił to zrobić, ten wygrywał. Dlatego połowa taktyczno-operacyjnych rozważań Piegzika to właśnie opisy mechanizmów, rutynowych tricków i improwizowanych (czasem zgoła natchnionych) pomysłów lokalizowania ugrupowań wroga oraz rozpoznawania ich składu bojowego, kursu i zamiarów. No i sygnalizacji odkryć… Tak bywa – komfort walki „bez widoczności wroga”, na dużą odległość – musiał być okupiony dyskomfortem niezwykle trudnych, dotkniętych zbyt dużym, trudnym do zaakceptowania udziałem tzw. ślepego losu, poszukiwań przed bitwą.
Kłopoty lokalizacyjne (i wynikające z nich błędne decyzje) sprawiły, że pierwsze w dziejach wojen morskich starcie lotniskowców zakończyło się wynikiem remisowym, aczkolwiek ze wskazaniem; przy czym Japończycy uważali, że tzw. wskazanie dotyczy ich, zaś Amerykanie odwrotnie. Ale nie o wynik starcia tu chodzi – tylko o to, kto szybciej wyciągnął wnioski. I tu Amerykanie okazali się lepsi. Stoczona miesiąc później druga bitwa lotniskowców – koło atolu Midway – skończyła się wynikiem 4:1. US Navy zatopiła Japończykom lotniskowce „Kaga”, „Akagi”, „Hiryu” i „Soryu”, tracąc tylko „Yorktowna”. W ten sposób druga bitwa lotniskowców w dziejach stała się zarazem ostatnią taką bitwą (w sensie ścisłym; rozgrywane później wielkie starcia z udziałem lotniskowców – m.in. bitwa na Morzu Filipińskim koło Marianów, bitwa w Zatoce Leyte – w sensie operacyjnym były bitwami mieszanymi). Czemu? Po prostu jednej ze stron „tylko” zabrakło lotniskowców…
Tomasz Sas
(10 06 2026)

Brak komentarzy