Droga krwi

5 czerwca 2026

Marek Krajewski 
Droga krwi
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Umowa promocyjna

Mistrz wreszcie w formie! Odnalazł – jak się wydaje – właściwą ścieżkę i odpowiedni kierunek dla swej prozy. Niekwestionowany z niego lider kryminału rekonstrukcyjnego (a może lepiej nazwać: historycznego), klasyk gatunku, mistrz horroru i psychiatrycznego thrillera, wybitny twórca fenomenalnie zmajstrowanych postaci głównych bohaterów swych narracji – a przy tym pisarz zdumiewająco pracowity – od debiutu w 1999 roku wydał drukiem ponad trzydzieści pozycji, które można zaliczyć do pełnoprawnych dzieł w gatunku kryminalno-sensacyjnym. Kolekcja książek Krajewskiego (sam posiadam bodajże wszystkie) to zaiste must have każdego poważnego miłośnika i badacza tego typu literatury oraz wszystkich, których teksty takie cieszą i bawią. Ale nie roszczących sobie pretensji do naukowego niemalże znawstwa…

Wielkość Krajewskiego nie polega tylko na samej umiejętności prowokowania, rozniecania dobrej zabawy literackiej – ani na mistrzowskiej, drobiazgowej i wiarygodnej rekonstrukcji historycznej. Wielkość Krajewskiego to zdolność kreowania kompletnych, pełnokrwistych bohaterów pierwszego planu narracyjnego (ale nie tylko; zdarzają mu się epizody wykoncypowane i wykonane ze starannością godną protagonistów pierwszorzędnych). Znakomita większość autorów powieści kryminalnych i thrillerów sensacyjnych polega na nośnym, dającym wielkie możliwości interpretacyjne pomyśle „seryjnego” (ale nie zabójcy). Chodzi o bohatera, o „podmiot liryczny” fabularnych historii, których opowiadanie planowali. Wyposażenie ich w jednego głównego bohatera było twórczym zabiegiem tyleż intelektualnym, co rynkowym. A z czytelniczego punktu widzenia niezwykle skutecznym… Po pierwsze – umożliwiającym identyfikację, utożsamienie się z bohaterem. Po drugie – wzmagającym chęć zakupu „ciągu dalszego” z nowymi przygodami idola. Czyż to nie jest idealna konfiguracja sprzyjająca literackiemu sukcesowi?

Od czasów szkockiego lekarza i pisarza sir Arthura Conan Doyle’a (1859-1930) – „ojca” genialnego detektywa Sherlocka Holmesa i nie mniej znakomitego doktora Watsona, koncept „seryjnego” bohatera, będącego zwornikiem cyklu kryminalno-detektywistycznych opowieści fabularnych rozpowszechnił się w świecie literatury i znalazł tysiące kontynuatorów (Doyle nie opatentował swego genialnego pomysłu). Nazwiska można mnożyć bez końca – Agatha Christie (Herkules Poirot, miss Jane Marple), Raymond Chandler (detektyw Philip Marlowe), Georges Simenon (komisarz Jules Maigret) – to tylko troje mistrzów o największych zasięgach czytelniczych, liczonych w dziesiątkach milionów nakładów książek, adaptacji filmowych i telewizyjnych. A za nimi maszerują legiony mniej lub bardziej fortunnych użytkowników konceptu „seryjnego” bohatera. Czemu ich tak wielu?

No cóż – w tym miejscu zderzyły się dwie nader rozpowszechnione cechy gatunku ludzkiego. Jedną z nich jest lenistwo – stan ducha (niekiedy zwany grzechem) na niechęci do wysiłku polegający, zwłaszcza do wysiłku powtarzalnego; gdy zrobiliśmy coś raz, a dobrze, wolimy rezultat eksploatować niż wysiłek powtarzać. Drugim „zderzaczem” jest… cnota oszczędności. Raz dobrze napisany pivotalny seryjny bohater oszczędza dużo pracy w każdym kolejnym podejściu – wystarczy dorzucić garść nowych szczegółów biograficznych, trochę poszerzyć spektrum charakterologiczne… A większość wysiłku skoncentrować na intrydze. I to fabule wyjdzie na dobre. Wystarczy tylko zadbać, by szkicowanie portretu podmiotu lirycznego nie przesłoniło opowiadania – a historia literatury kryminalnej zna takie przypadki, gdy bohater ważniejszy staje się niż akcja sama w sobie.

Marek Krajewski też wstąpił do grona kontynuatorów idei konstrukcyjnej sir Arthura, ale nie jest w tej brygadzie szeregowcem – przeciwnie: pozycję zajmuje oficerską – a jeśli nie dowódczą, to z własnego wyboru, nie zaś braku kwalifikacji. Jego dwaj bohaterowie: funkcjonariusz wrocławskiej policji kryminalnej Eberhard Mock i komisarz lwowskiej policji Edward Popielski – to najlepiej napisane, pieczołowicie i precyzyjnie wykreowane figury literackie ostatnich kilku dekad w naszej krajowej literaturze kryminalnej. Oczywiście z tym kategorycznym mniemaniem wielu znawców może się nie zgodzić (na przykład zwolennicy komisarz Klementyny Kopp czy komisarza Jakuba Mortki) – ale zawsze zgłaszam gotowość do poważnej dysputy. Na razie wszakże pozostańmy przy Krajewskim. Oba jego policyjne konstrukty – figury postawione na pierwszym planie nieustającej walki dobra ze złem – nie należą do kreacji sympatycznych, budzących zaufanie czytelników czy nawet chęć utożsamienia się z nimi. Przeciwnie: jest w nich obu coś takiego, co każe trzymać ostrożny dystans emocjonalny, nie spoufalać się za bardzo, nie rozgrzeszać, nie tolerować, nie usprawiedliwiać. W zasadzie dominuje schemat „to straszne sukinsyny, ale gotowiśmy przemilczeć, bo to nasze sukinsyny”.

Mimo to sukces literacki Krajewskiego, który z takich kreatur wykrzesał maksimum czytelniczej akceptacji, wielki jest i niepodważalny. Nawet pewne oznaki „zmęczenia materiału” ujawniające się ostatnio nie osłabiają pozycji Mocka i Popielskiego w kręgu „seryjnych” bohaterów literatury kryminalnej. Ale Krajewski postanowił, że obu odeśle do rezerwy (miejmy nadzieję, że nie na stałe) i skoncentruje się na wykreowaniu trzeciego – czyli Herberta Anwaldta – i to w całkiem nowych dekoracjach… Czemu? No cóż – dyscyplina narracyjna, wprost wynikająca z surowych ograniczeń temporalnych cyklu rekonstrukcyjnego, w celu podtrzymania prawdopodobieństwa samego opowiadania, narzuca pewne ograniczenia w kwestii wymyślania sytuacji fabularnych, Innymi słowy: nawet gdy nie trzymamy się chronologii i swobodnie skaczemy po kalendarzu, nie możemy upchnąć zbyt wielkiej liczby akcji i zdarzeń kryminalnych, w które chcemy uwikłać naszego bohatera. W tej sytuacji, gdy Mock wyczerpał już niemal całkowicie limit interesujących zbrodni, które mogłyby trafić na jego biurko w czasie służby (ale bez obaw: Krajewski ma jeszcze wobec Mocka pewną rezerwę fabularną; w kwestii Popielskiego już tego zapasu prawie nie ma…), dobrze jest pomyśleć o zmianie.

Dlatego Anwaldt. Dlatego Waldenburg – Wałbrzych znaczy… To się nazywa płodozmian. Nowy protagonista w nowych dekoracjach. Herbert Anwaldt – berliński sierota i młody medyk z Tybingi, doktorant psychiatrii na tamtejszym sławnym uniwersytecie – już się pojawiał incydentalnie w prozie u Krajewskiego, a w niedawnym „Głosie z piekła” w całkiem już sporej, bo właściwie głównej roli. Autor zapewne zdawał sobie sprawę z potencjału fabularnego, tkwiącego w postaci młodego psychiatry obdarzonego przy okazji tzw. ciekawością kryminologiczną. No i dał mu się rozwinąć. A Wałbrzych, przepraszam: Waldenburg? To już klasyczny układ promocyjny – wałbrzyszanie zanęcili Krajewskiego darmowym spankiem, wiktem i opierunkiem w zamian za udział miasta w literaturze wysokich lotów. Deal się powiódł; Krajewski potrafi… Cóż to dla niego za problem – cofnąć zegar prozy o sto lat. W ten sposób medyk Anwaldt trafił na staż do szpitala górniczego w rzeczonym Waldenburgu. Chłopak wyczerpał do dna środki z anonimowego funduszu powierniczego, ustanowionego na jego edukację przez anonimowego darczyńcę, więc nie mógł czekać na posadę w branży psychiatrycznej. Odpowiedział na ofertę stażu (z darmowym mieszkaniem) na szpitalnym oddziale chorób przenoszonych drogą płciową, odświeżył swą wiedzę dermatologiczno-wenerologiczną i zameldował się u pani doktor Friedy Bernhaus, ordynatorki rzeczonego oddziału, znajdując w niej osóbkę apetyczną i seksowną – w typie amerykańskiej aktorki, gwiazdy kina niemego Lillian Gish…

To bardzo dobry, obiecujący mnóstwo ekscytujących komplikacji początek. A ciąg dalszy (do samego końca) znakomity, wprost nawiązujący do najlepszych „mocków”. To wielki powrót Krajewskiego z najlepszych lat. Szczegółów oczywiście nie zdradzam – dość powiedzieć, że intryga w swej rozpiętości intelektualnej gromadzi wątki przemytnicze, wywiadowcze (Reichswehra była zainteresowana skrytym omijaniem postanowień traktatu wersalskiego), wątki demoniczne (tak ulubione przez Krajewskiego), awantury z półświatka, policyjne i penitencjarne knowania, tudzież liczne ekscesy, kwalifikowane przez zdrowy trzon opinii publicznej jako głęboko niemoralne, wręcz obsceniczne i obrzydliwe. Młody doktor Anwaldt wpadł w ten świat zbrodni „po kokardę”, co dobrze wróży jego przyszłym osiągnięciom w roli figury protagonisty prozy Krajewskiego, który już zapowiedział nadchodzącą literacką karierę swego świeżo uruchomionego bohatera.

Wydaje się tylko, że sam mistrz Krajewski będzie musiał jeszcze trochę popracować nad ekspresyjnością i metaforyką języka swego na niwie erotycznej w zakresie stosunków międzypłciowych. Cóż bowiem znaczy fraza: „gęstniało powietrze między pośladkami kobiety a brzuchem mężczyzny” (str. 106)? Nie dość, że wątpliwe to estetycznie, to jeszcze chyba niezgodne z regułami fizyki (tzw. próżnia Toricellego) – otóż w rezultacie szybkich i dłużej trwających ruchów frykcyjnych powietrze między ruchomymi elementami anatomii w układzie a tergo raczej nie gęstnieje, lecz jest wypychane, aż do stanu próżni, a dynamika wspomnianych ruchów powoduje stan zassania, któremu towarzyszą uboczne efekty akustyczne o miłej dla ucha melodyce. Niech pan sprawdzi albo sobie przypomni – panie Marku…

Tomasz Sas
(05 06 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *