W

23 maja 2026

Igor Štiks 
W
Przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić
Noir sur Blanc

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Nowa Szecherezada bałkańska

Koncept fabularny znany w kręgach twórców i odbiorców literatury sensacyjnej: nieuchwytny, atrakcyjny medialnie, legendarny terrorysta (albo zawodowy zabójca) – groźny i zarazem sympatyczny. A naprzeciw: zmęczony, nieustępliwy, obsesyjnie zmotywowany agent służb specjalnych. Anegdota w sam raz na warsztat Forsytha, Ludluma, le Carre’a, Clancy’ego, Seversky’ego, a nawet Kinga… I każdego innego z czołowej setki autorów światowego nurtu tej prozy. Czemu? Bo to dobry pomysł – obfitujący w setki wariantów poprowadzenia narracji, niosący nieograniczone wręcz możliwości kreacyjne postaci (nie tylko głównych antagonistów), niczym nie limitujący wyobraźni w konstruowaniu didaskaliów i dekoracji. Zresztą przypomnijcie sobie klasyczny „Dzień Szakala” Forsytha i wielką karierę tego tekstu. W gatunku sensacyjnego thrillera doprawdy nic lepszego nie wymyślono. Na szczęście próby dogonienia tamtego ideału trwają, autorzy się nie zniechęcają, dzięki czemu mamy co czytać z tego obficie i obiecująco plonującego gatunkowego poletka.

Ale co aż tak atrakcyjnego tkwi w tym fabularnym schemaciku, iż sequele przyrastają mu w postępie dyktowanym co najmniej przez ciąg Fibonacciego (pamiętacie: każda kolejna liczba ciągu jest sumą dwóch poprzednich…)? No cóż – da się w tym upchnąć mnóstwo atrakcyjnego literacko towaru prozatorskiego – ze szczególnym uwzględnieniem profilowania psychologicznego wiodących protagonistów. Właśnie to profilowanie, wykonane z zaangażowaniem, może zniwelować niedostatki strukturalne i deficyty fabularne samej intrygi. Niedoróbki samej akcji (w sensie skromnej frekwencji strzelanek, pościgów i mordobić) łatwo zastąpić głębią przeżyć, rozterek, zniechęceń i zwątpień uczestników opowiadania. Ale to akurat trzeba umieć… Nie jest to jednak umiejętność powszechna, przeto rezultaty pisarskie bywają opłakane, chociaż autorzy nie cierpią na brak pewności siebie – przeciwnie…

Dla potencjalnych czytelników – to udręka. Przekopywanie się przez zwały lektur ludlumo- czy forsythopodobnych, umieszczanych na rynku przez naciągaczy i hochsztaplerów jest zajęciem odmóżdżającym i szkodliwym dla zdrowia – fizycznego i psychicznego. Ale innej drogi nie ma – jeśli chce się wyselekcjonować naprawdę wartościowe propozycje. Nie żebym się użalał nad sobą – ale wszystko, co powyżej napisałem, jest tylko próbą usprawiedliwienia się z kłopotów, jakie mam z niejakim Igorem Štiksem. Ten stosunkowo młody (rocznik 1977) Bośniak z Sarajewa – często nagradzany pisarz, eseista, publicysta, badacz bałkańskich stosunków społecznych i politycznych (obecnie pracujący na uniwerku w Edynburgu, pomieszkujący z rodziną tamże oraz w Belgradzie) – napisał był kilka lat temu thriller polityczny o najprostszym z możliwych tytule: „W”. Możemy doń zerknąć dopiero teraz, bowiem teksty w językach bałkańskich (ten akurat tłumaczony z serbskiego) nie są priorytetem edytorsko-translatorskim – fachowców mało, a kolejka must have się wydłuża. Lecz cóż – wypada przyznać, iż wrażenia po lekturze „W” są dość osobliwe.

Na pierwszy rzut oka – klasyczna struktura thrillera z klasyczną aparaturą powieści sensacyjnej – charyzmatyczny przywódca, charyzmatyczne manifesty ideologiczne, charyzmatyczne bomby i natchnione salwy siedem, sześćdziesiąt dwa… Wszystko lewackie, czerwone jak się patrzy. Lotta Continua, Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse… Syndykaliści, anarchiści, komuniści, zapatyści, guevaryści, rozmaici separatyści (irlandzcy, baskijscy, czeczeńscy, katalońscy, kurdyjscy i setka innych). Štiks jako pisarz nader swobodnie czerpie z naukowego backgroundu Štiksa, który w swym najważniejszym wcieleniu publicznym jest naukowcem, historykiem dziejów najnowszych i badaczem współczesnych nurtów społecznych w post-wojennym terytorium byłej Jugosławii. Innymi słowy: Štiks zna się na tym, o czym pisze; ta swoboda ontologiczna sprawia, że autorska wiarygodność staje się pierwszorzędnym atutem tej prozy.

Ale to nie wszystko w kwestii prawdopodobieństwa fabularnego – Štiks zastosował jeszcze jeden zabieg formalny, nieczęsto pojawiający się w prozie sensacyjnej. Poprowadził mianowicie narrację w pierwszej osobie liczby pojedynczej. I to akurat się zdarza nagminnie, gdyż niektórzy autorzy narcystycznie czy megalomańsko lubią się „podheroizować”; jedni robią to na serio, drudzy zaś puszczają oko do czytelników. Ale Štiks poszedł dalej: swego pierwszoosobowego narratora wyposażył we własne imię i nazwisko (plus parę osobistych imponderabiliów) oraz doświadczenie życiowe. Może trochę podkoloryzował – może nie. W każdym razie ta autofikcja stwarza wrażenie autentyzmu całej fabuły – niezależnie od tego, jaki jest naprawdę udział zmyślenia i wyobraźni w całej tej historii. Idzie wszakże o to, jak wielki jest udział ego pisarza w tym stworzonym na potrzeby opowiadania alter ego pisarza. Innymi słowy: czy Igor Štiks z kart książki jest kimś innym niż Igor Štiks – autor?

W każdym razie ten niecodzienny zabieg kreacyjny trochę „dokumentalizuje” fikcję, odbierając jej część powagi (i urody) rzeczy wymyślonej. W takiej sytuacji narrator nie może być (i nie jest…) żadnym Supermanem. Jest facetem z okładki, bliższym swoim czytelnikom, niż mogłoby się wydawać. Gra z wymyślonej staje się autobiograficzna. Lecz o co w tej grze chodzi? No cóż – sama intryga sensacyjna wydaje się interesująca tudzież pomysłowa – oto młody pisarz i naukowiec (branża w pewnym sensie politologiczna), specjalista w dziedzinie ruchów oraz ideologii lewicowych Igor Štiks zostaje przywołany przez kancelarię adwokacką Supe & Supe z Szybenika (na dalmatyńskim wybrzeżu Chorwacji) do uporządkowania pozostałości po życiu niejakiego Waltera Stiklera, w tym wykonania jego testamentu i zagospodarowania materialnej schedy. Oraz wyprostowania ścieżek jego żywota – może nie tyle wobec całego świata (choć Igor miał na warsztacie książkę o Walterze), co wobec drugiej osoby, przywołanej przez kancelarię do załatwienia kwestii Stiklera (zgodnie zresztą z jego wolą) – niejakiej Tessy Simon, młodej damy, sprawiającej wrażenie, iż uczestniczy w głębokiej lewackiej konspiracji wywrotowej…

Igor wiedział, kim był Stikler, zresztą znał go osobiście – na tyle, na ile można znać kogoś, czyje życie składa się z samych tajemnic, a tajne policje dałyby wiele, by je wszystkie poznać. Ale nie to było najważniejsze – najważniejsze w tej historii było uczestnictwo niejakiego Vladimira – jeszcze bardziej tajemniczego osobnika. O ile bowiem Stikler – skądinąd sympatyczny uczony, filozof i politolog – prowadził na widoku niejako swą działalność naukową, eseistyczną i publicystyczną, zrazu będąc piewcą lewackiej ideologii, marksizmu i socjalizmu, a potem – po przeżyciu przełomu w bulwie (w rezultacie lektury dzieła Sołżenicyna) – najpierw sceptycznym krytykiem, a wreszcie przeciwnikiem wszelkiej lewicowości (czym dorobił się miana zdrajcy i wroga w kręgach nie tylko francuskich goszystów) – o tyle Vladimir był wojownikiem, terrorystą i przywódcą radykalnych bojówek, organizatorem zbrojnych ekscesów, zamachów i zabójstw. A więc z natury rzeczy osobnikiem głęboko zakonspirowanym.

Štiks – „przekonany” przez Tessę groźbą odstrzelenia łba – opowiada jej (w trybie wieczornych dobranocek, opatentowanym przez Szecherezadę) dzieje Waltera i Vladimira. Młoda dama ma silną wewnętrzną potrzebę poznania, albowiem żywi przekonanie, graniczące z pewnością, iż rzeczony Vladimir, heros lewackiego terroru i guru kilku pokoleń bojowników, mógł być jej… ojcem. To całkiem możliwe – wewnątrz konspirujących, ukrywających się, izolowanych komórek rewolucyjnych nader często (już to z pobudek ideologicznych, już to z powodu zwyczajnej fizycznej bliskości) dochodziło do aktów prokreacji, owocujących narodzinami rewolucyjnego potomstwa… Ale nie będziemy tu relacjonować, w jaki sposób Štiks-Szecherezada wywiązał się ze swej obietnicy. Książkę napisał, bo ją mamy przed sobą; teraz wystarczy tylko oddać się lekturze, co zalecam z pewnym takim entuzjazmem. Bo to fajny (jak na thriller polityczny) tekst jest – mimo pewnej takiej formalnej szorstkości i stylistycznej nieporadności (co zresztą może być celowym zabiegiem kreacyjnym). Wciąga!

Tomasz Sas
(23 05 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *