Andrzej Chwalba 
Maj 1926. Zamach, którego miało nie być
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5
…w zwycięstwach zaprawione szable
Dokumentalnie wiadomo wszystko. Kto, kiedy, gdzie i do kogo strzelał. Kto jaki rozkaz wydał, kto rozkazu nie wydał. Komu puściły nerwy, kto uniósł się honorem. Kto i co komu powiedział. Kto ofiary uszanował, kto przeprosił, kto z triumfem przesadził, kto się przyłączył, kto palnął sobie w łeb… Ale dlaczego? Motywy giną w chaosie, wrzasku, w polemicznych kawalkadach i szarżach, w subiektywnych – ba, narcystycznych zgoła – komentarzach i glosach. Znana od tysiącleci i gorzka co do swej istoty zasada, iż historię piszą zwycięzcy – i w tym przypadku dowiodła swej prawdziwej natury…
Ale to tkwiące w przestrzeni publicznej celne i przenikliwe „dlaczego” wbiło się cierniem w całą historię tzw. zamachu majowego. Nie tylko ofiary zasługiwały na wyjaśnienia, nie tylko zwycięzcy chcieli wiedzieć, w czym właściwie brali udział i na czyją rzecz, nie tylko postronnym obywatelom należało się tłumaczenie – takie najprostsze: co się właściwie stało. To przede wszystkim Historia domagała się Prawdy, zaś Prawo oczekiwało skutecznej egzekucji (nie w sensie szubienic oraz plutonów szkolonych do strzelania salwami) – czyli wymuszenia poszanowania dla konstytucyjnych norm życia państwowego. Myślicie, że sto lat po tamtych wydarzeniach dylematy moralne są rozwiązane, spory zakończone, satysfakcja wymierzona, a odpowiedzi udzielone? Chyba wciąż nie…
Czemu? Bo jesteśmy w Polsce. Nie tej z króla Ubu, czyli Nigdzie – ale w Polsce realnej, z krwi i kości. W Polsce, której od początku… są dwie. A dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. I to jest trwały, prawdziwy i w zasadzie niezmienny stan rzeczy – mimo podejmowanych idealistycznych prób w kierunku zaprowadzenia postulowanej (i rzekomo lepszej) jedności. Kiedy (liczymy czas tylko po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku) to pękło? Jakoś tak zaraz po wojnie bolszewickiej, a już w momencie wyboru i zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza rozłam na dwie Polski był w fazie imponująco wyrazistej pełni. Zresztą tamten konkretny, „regicydialny”, swoiście wyodrębniony z powszechnego biegu dziejów kolaps trwa do dziś; świeże kwiatki na powązkowskim grobie malarza Niewiadomskiego – „królobójcy” w każdą rocznicę jego rozstrzelania to nie jest miejska legenda.
Profesor Chwalba – zanim o samym zamachu (czy to właściwe słowo?) majowym szczegółowo napisał, podjął się pieczołowitej, systematycznej i chronologicznej rekonstrukcji całej tektoniki zdarzeń, które wypiętrzyły się w kulminacji, wyobrażonej w formie zamachu stanu z udziałem sił zbrojnych, prowadzących regulaminowe akcje militarne z użyciem regularnych jednostek piechoty, jazdy, artylerii i lotnictwa – po obu stronach (co w zasadzie kwalifikuje działania jako wojnę domową na ograniczoną skalę). Ale pełnoskalowy (przed wybuchem wojny domowej w Hiszpanii – największy taki w powojennej Europie) bunt wojskowy to jedna strona medalu. Dla historyka – materia na wielowymiarowe dzieło, idealny fundament sławy, chwały i materialnego sukcesu. Ale druga strona medalu, czyli drobiazgowe roztrząsanie, jak do tego doszło – zwłaszcza w kraju o ustroju umiarkowanie demokratycznym, parlamentarnym i praworządnym – też ma niemały walor prestiżowy.
Sukcesem Chwalby jest pełna szczegółów, a zarazem niewątpliwie panoramiczna rekonstrukcja politycznych i innych okoliczności (głównie osobistych idiosynkrazji czołowych aktorów wydarzeń, z pasją odnotowywanych przez autora) konfliktu – od zalążków do finału, wstrząsającego fundamentami młodego państwa. Profesor sięgnął głęboko, bo aż do konfliktów w legionach w 1914 roku. Moim zdaniem – słusznie i dostatecznie; oczywiście można było sięgać dalej w głąb historii i nawet utrzymać wynikające z takiej penetracji tezy, ale to byłaby przesada. Natomiast konflikty dowódców – na ogół mocno spersonalizowane, intryganckie, irracjonalne i niekoniecznie zależne od płynnej sytuacji politycznej – w komendach legionowych (podobnie jak zawiązane wtedy przyjaźnie i sojusze) nabrały cech trwałości i zdominowały sposób myślenia oraz działania wielu uczestników wydarzeń. Pamiętać trzeba przy tym wszystkim o europejskich, strategicznych imponderabiliach drugiej połowy 1914 roku. Mniemam, że nikt (chyba że miałby moce nadprzyrodzone) nie potrafiłby przewidzieć na początku Wielkiej Wojny – czym ona się skończy. Jeśli ktoś zajmował wyraźne pozycje polityczne, obierał określoną orientację lub opowiadał się po konkretnej stronie wielkiego konfliktu, to nie w rezultacie racjonalnego procesu intelektualnego, ale raczej pod wpływem intuicji. Jeśli zaś ktoś nie zajmował wtedy wyraźnych pozycji politycznych – już to powodowany ostrożnością, już to strachem albo głupotą – to też czynił to intuicyjnie, nie zaś „na rozum”.
W każdym razie zbudowane wtedy struktury i opcje politycznej przynależności utrwaliły się na tyle, by wywierać ciągły (niemal „liniowy”) wpływ na bieg wydarzeń, których kulminacją był zamach majowy 1926 roku. Tak przynajmniej twierdzi profesor Chwalba – i wydaje się, że to teza godna akceptacji. Spór legionowy to „ojciec” wszystkich polskich swarów, połajanek, polemik, naparzanek i bijatyk. Jeden spór – choć odsłon, kostiumów, masek i afiliacji miał wiele. A jego osią i zarazem najaktywniejszym uczestnikiem był On – zrazu socjalista, Sybirak, uchodźca, strzelec, Komendant, Naczelnik, Wódz, Marszałek. Józef Piłsudski znaczy… Figura życia publicznego swym kalibrem wyrastająca ponad wszystko i wszystkich. A raz nawet (albo i częściej – zależy co i jak liczyć…) ponad Polskę.
Profesor Chwalba nie starał się wprowadzić pierwiastków racjonalności natury ogólnej w tryby swego wywodu na temat tego sporu. W ogóle nie ma mowy o sytuacji gospodarczej kraju i jego obywateli, skłaniającej do interwencji; ten argument był pomijalny i nie przeszedłby weryfikacji w opinii publicznej. Przeciwnie: ekonomia w 1926 roku miała się już w miarę dobrze, a reforma walutowa, mimo kryzysowej sytuacji, powoli dawała efekty – zwalczono hiperinflację, a pozycja złotego, choć chwiejna poniekąd, nie odstraszała en masse inwestorów ani przedsiębiorców. Nie było też żadnego istotnego zagrożenia ani dla bezpieczeństwa państwa, ani całości granic – jeśli pominiemy tzw. wojnę celną z Niemcami. Polska powoli zyskiwała stosowną do posiadanych walorów pozycję istotnego gracza na europejskim forum życia publicznego (tylko Anglia tradycyjnie nas nie cierpiała, a Niemcy weimarskie były ostrożne, zaś radziecka Rosja pomalutku przywykała do polskiego sąsiedztwa…). Demokracja parlamentarna funkcjonowała zupełnie przyzwoicie (wbrew temu co głosili o niej autorytarni krytycy tego ustroju) – to znaczy wyniki wyborów były co do zasady akceptowane, a formowane rządy jakoś radziły sobie z wykonywaniem władzy państwowej; ba – niektóre z tych gabinetów (na przykład rządy Władysława Grabskiego) miały osiągnięcia doprawdy heroiczne, osobliwie na polu gospodarki. Administracja państwowa, wspierana w tym dziele przez Sejm i niemal wszystkie stronnictwa, skutecznie radziła sobie z przezwyciężaniem i wyrównywaniem różnic tudzież podziałów międzyzaborowych. Integracja szła nieźle – może poza palącą kwestią mniejszości narodowych. I tak dalej…
W sumie nie było się do czego przyczepić. Bo przecież nie do tego, że niektóre szczegółowe kwestie rozwiązywano na sposób socjalistyczny z ducha, ale korzystny dla ogółu obywateli. Ideologii było w tym tyle, co kot napłakał… O co więc poszło? Żeby od razu wojskowy bunt, rokosz ze wszystkimi krwawymi i pirotechnicznymi konsekwencjami?
Profesor Chwalba na początku umieścił śmierć prezydenta Narutowicza – to wtedy Piłsudski ostatecznie rozstał się z mitem nieskazitelnego narodu polskiego. Więcej: zaczął uważać Polaków za niegodnych wielkiej idei ojczyzny, za naród zdziczały, spodlony i zhańbiony zbrodnią. Mógł przeto mniemać, że użycie siły nie jest już kwestią honoru, nie jest dylematem moralnym, jeno żołnierskim obowiązkiem profesjonalnym. To przekonanie mu się na przyszłość przydało… Wtedy też zapewne doznał iluminacji w kwestii tzw. samotności Wodza. To figura symboliczna, która pojawia się w momencie, gdy Wódz nabiera pierwszych symptomów nieusuwalnego przekonania o swej własnej wyjątkowości. Zaczyna się od oczywistej konstatacji, że wrogowie to mierzwa i robactwo, konkurenci to mendy, zdrajcy i bandyci, a w najbliższym otoczeniu Wodza – sami idioci, złodzieje, szuje tudzież renegaci; a on musi takowych tolerować, bo innych nie ma… Ale Wódz czuwa w „gnieździe orła na skale” nic sobie nie robiąc z gromów wokół. Bo on sam wystarczy, by zagrożeniom sprostać, ojczyznę ocalić, sztandar dzierżyć wytrwale, honorowi czyniąc zadość. A wszystko i wszyscy dookoła niech się idą…
Syndrom samotnego Wodza dopadł Piłsudskiego chyba jeszcze przed rozstrzygnięciem wojny z bolszewikami, ale pełne konsekwencje objawiły się po śmieci Narutowicza. Szczegóły odnajdziecie u Chwalby, który starannie zrekonstruował ówczesne spory ustrojowe tudzież prestiżowo-historyczne z udziałem Piłsudskiego. Chodziło o miejsce armii w państwie, miejsce wodza w armii i państwie, o pryncypia cywilnej kontroli nad armią – przede wszystkim. Piłsudski nie radził sobie w imponderabiliach demokracji parlamentarnej, a przegrywając, powoli wycofywał się z życia publicznego (by honor zachować i nie dać się pognębić w oczach wojska i opinii publicznej). A do tego na spór ustrojowy nałożył się drugi konflikt, natury historyczno-publicystycznej – o to, kto właściwie wygrał niedawną wojnę z bolszewikami.
To już nie był spór doktrynalny, wymagający (dla podtrzymania wiarygodności) choćby minimum dyscypliny intelektualnej – przeciwnie. Adwersarze Marszałka, na ogół dowódcy wywodzący się z sztabowych tradycji C.K. armii austriackiej albo poddani cara Mikołaja II, z reguły kwestionowali kompetencje dowódcze „brygadiera” Piłsudskiego i wszelakie inne w dziedzinie militarnej (cywil, amator, rewolucyjny terrorysta, rabuś…) – przeciwstawiając je swoim nienagannym wojskowym życiorysom i osiągnięciom. A czynili to w licznych pismach polemicznych, puszczając wodze językowi i niewybrednej argumentacji. Piłsudski nie pozostawał im dłużny, podobnie jak jego zwolennicy z grupki generałów i oficerów legionowych. A językowo Marszałek wydawał się jeszcze sprawniejszy i bardziej „kwiecisty”. Dużo więcej swobody po obu stronach „dyskursu” mieli cywilni politycy-publicyści i dziennikarze, z czego skrzętnie korzystali. Na przykład nazwanie poczciwego i fachowego austriackiego generała Latinika – „Latrinikiem” to był językowy majstersztyk, choć może nazbyt skatologiczny. Ale publika uwielbiała takie chwyty; walka fair nikogo nie interesowała…
A zatem wiosną 1926 roku sytuacja wyglądała następująco: sytuacja gospodarcza wciąż chwiejna (bezrobocie akurat wtedy trochę rośnie), status wojska – rozgrzebany, potrzebnej kompleksowej ustawy o siłach zbrojnych nie ma, na czele armii faktycznie stał minister spraw wojskowych, generał broni (trzygwiazdkowy) Żeligowski, Piłsudski poza wojskiem i innymi strukturami państwa – mieszka w dworku Milusin (ofiarowanym przez żołnierzy) w podwarszawskim Sulejówku, gdzie trwają nieustanne narady prawdziwych i domniemanych spiskowców, napędzanych ideą – po pierwsze: zagwarantowania Marszałkowi pozycji w państwie, na którą naprawdę zasłużył (czego zresztą i on sam się spodziewał), po drugie zaś: ustanowienia w państwie ustroju, który położyłby kres rozpasaniu demokracji parlamentarnej. Po długich sporach, kontredansach parlamentarnych i próbach stworzenia gabinetów choćby ze śladową większością – po upadku rządu Grabskiego – wreszcie porozumiała się centroprawicowa Chjena (Chrześcijański Związek Jedności Narodowej) z ludowcami z „Piasta”. Oba stronnictwa miały doświadczenie rządowe, bezpieczną większość sejmową i… Wincentego Witosa jako premiera (notabene jedynego awaryjnego kandydata, który się zgodził…).
Dla Marszałka i jego zwolenników tego było już za wiele – dla nich Witos był demonem, twardym, reakcyjnym, zgoła faszystowskim dyktatorem – ale przede wszystkim realną przeszkodą, by zmiany załatwić pokojowo i legalnie. Więc ruszyli, co tłumaczyli sobie honorowym nakazem prewencyjnej obrony czci i pozycji Wodza. Oraz wzmożeniem instynktu państwowego. A poza tym gorącą żądzą pałali, by dowieść, co oznacza w praktyce złożona w ich imieniu 15 listopada 1925 roku na ręce Marszałka deklaracja generała Gustawa Orlicz-Dreszera, że prócz wdzięcznych serc niosą mu pewne, w zwycięstwach zaprawione szable. Jak zechcieli, tak zrobili – to znaczy: szabel nie użyli; nikt o zdrowych zmysłach i instynkcie samozachowawczym nie szarżuje konno z białą bronią po miejskich ulicach. O konsekwencjach w sensie czysto fizycznym – ani tym bardziej etycznym – nie pomyśleli. A przecież do swych karabinów, cekaemów i „prawosławnych” armat siedemdziesiątekpiątek 12 maja 1926 roku pobrali z magazynów ostrą amunicję. To oznacza, że mieli zamiar zabijać, albo przynajmniej godzili się z nieuniknionym towarzystwem śmierci. Z takimi zamiarami poszli do Warszawy. Ci, którzy stanęli im na drodze, w sumie też nie mieli ślepaków w ładownicach. Lista ofiar braterskich walk po obu stronach jest długa. Tak bywa, gdy przeciw rocie przysięgi na wierność państwu stają stronnicy jednego człowieka…
W imię czego? To dobre pytanie. Jeśli wykluczymy motywy i przyczyny ogólnej natury – ustrojowe, konstytucyjne, zagrożenia militarne czy ekscesy przeciw bezpieczeństwu – to co być by mogło dostatecznie usprawiedliwiającym powodem zamachu stanu w formie przewrotu wojskowego? Jeśli pozostaniemy na płaszczyźnie ogólnej natury ładu publicznego – odpowiedź brzmi: nic… Więc chyba należy iść parę kroków dalej, opuszczając „jasne błonia” doktryny państwowej i obiektywnych okoliczności sprawowania władzy. Ale te parę kroków dalej oznacza, iż przenosimy się w ciemne strefy osobniczej jaźni, gdzie przewodnikami mogą być raczej Machiavelli, Freud i Jung – niż Rousseau i de Tocqueville.
Wielu komentatorów ówczesnych i badaczy współczesnych zwracało uwagę (jeśli wręcz nie wysuwało ich na plan pierwszy) na osobnicze cechy charakteru Marszałka. Najczęściej powtarzają się epitety takie jak narcyzm, megalomania, przerost ambicji, nieprzewidywalność, karykaturalnie wręcz przerośnięta duma, uleganie kaprysom, a wobec ludzi – niewytłumaczalnym idiosynkrazjom. Ba, wielu podejrzewało wręcz jakieś psychiczne zaburzenia. Byłby więc zamach majowy dziełem człowieka niezrównoważonego, dotkniętego do żywego w swym poczuciu ważności i wielkości? Powodowanego niskimi motywami zemsty, odpłaty za rzekomo doznane krzywdy i ujmę na honorze? Niewiarygodne, ale możliwe. Zamach stanu z pobudek osobistych? Z trudem wierzę, ale biorę pod uwagę. Chwalba zapewne też.
Dlatego lektura „Maja 1926” jest dziś tak ważna. Ta historia trwa… Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiło ukazanie się w 1979 roku fundamentalnej dla kwestii Maja ’26 książki Andrzeja Garlickiego „Przewrót majowy” – pierwszej z trójksięgu profesora o kwestii Piłsudskiego w II Rzeczypospolitej; potem były „Od maja do Brześcia” (1981) i „Od Brześcia do maja” (1986; w tytule chodzi oczywiście o maj 1935 roku i śmierć Marszałka). A może to była druga praca z czworoksięgu, jeśli doliczyć do cyklu wcześniejsze o rok „U źródeł obozu belwederskiego” (1978). To był swego rodzaju przełom w ocenie dalekosiężnego znaczenia zamachu Piłsudskiego dla współczesnej historii Rzeczypospolitej. A teraz Chwalba wprowadza do obiegu pracę dyscyplinującą intelektualnie i emocjonalnie cały ten dylemat majowego zamachu. Tego nie wolno przeoczyć – aby zrozumieć…
Tomasz Sas
(14 05 2026)

Brak komentarzy