Donna Leon 
Kto sieje wiatr
Przełożyła Małgorzata Kaczarowska
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026
Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 4/5
Ostatnie słowo należy do psa…
Gwałtowna (a więc prawdopodobnie zbrodnicza) śmierć „obcego” w obrębie weneckiej laguny zawsze budzi niepokój wśród weneckiego establishmentu polityczno-socjalnego. Czemu? To proste. Ze względu na swoje interesy i powiązania wspomniany establishment nade wszystko ceni sobie dyskrecję i święty spokój. I ciszę… A tymczasem zbrodnia (z udziałem „obcego” w roli ofiary) na bank przyciągnie uwagę mediów, a za nią – zainteresowanie wyższych (czytaj: stołecznych) czynników politycznych i policyjnych. Po co nam to? Toteż gdy przypadek gwałtownej śmierci dotyczy zarobkowego imigranta z Dalekiego Wschodu, politycznego uciekiniera z Bliskiego Wschodu czy zwykłego vu cumpre – sprzedawcę podróbek z Afryki, lokalna policja – jeśli nie uda się sprawy zamieść pod dywan – stara się mieć kwity i raporty z czynności w największym porządku, na wypadek niezdrowego, ale prawdopodobnego zainteresowania „siły wyższej” czyli mediów i polityków…
Tak, przynajmniej według opinii Donny Leon (moim zdaniem nie odbiegającej zanadto od prawdy), wygląda sytuacja polityczna wokół gwałtownych zgonów (ze śladami udziału osób trzecich) obcokrajowców, nawet gdy są nic nieznaczącymi emigrantami z dalekiej Azji czy Afryki. Na szczęście tym razem Donna Leon nie przyłożyła należytej uwagi prozatorskiej do biegu i atrakcyjności samej intrygi kryminalnej, więc wprzódy nakarmiła nas poważną, zamulającą uwagę porcją wenecko-policyjnych rutynowych głupstw, dostosowanych do pory jesienno-zimowej (był początek listopada…). Więc uczestniczymy w delikatnym rozplątywaniu możliwej (ale nic nie wybucha, na szczęście) afery gejowskiej wśród funkcjonariuszy, zajmujemy się analizą poczynań niejakiego Rubiniego – złodzieja, pasera dzieł sztuki i kombinatora (w prewencyjnym sensie potencjalnego zagrożenia przestępczego), towarzyszymy komisarzowi Brunettiemu w bolesnym procederze usuwania książek z domowych zbiorów do antykwariatu (w czymś, czego nigdy nie potrafiłbym zaakceptować, toteż mój księgozbiór dobije niebawem do pięciu tysięcy…). A nawet dokonujemy familijnej degustacji (dojrzewający szesnaście miesięcy okazał się najlepszy) serów typu pecorino nadesłanych Brunettiemu z Sardynii przez przyjaciela, byłego policjanta…
Dopiero dokładnie na setnej stronie w kanale dostrzeżono pływające zwłoki… Brunetti pospieszył na miejsce, choć noc była cholernie zimna (jak na Wenecję). I dobrze, bo po wyłowieniu kadawera ustalił, że zna delikwenta, chociaż nie z nazwiska i innych szczegółów identyfikacyjnych. Ale to był ten sam przybysz ze Sri Lanki, choć trybalnie (w sensie Tamil czy Syngalez…) komisarz nie potrafił go przyporządkować, który kilka dni wcześniej otworzył mu furtę na dziedziniec nieodległego od miejsca zdarzenia Palazzo Zaffo dei Leoni. Akurat tam teść komisarza (skądinąd wenecki hrabia) posłał Guida z delikatną misją – by dowiedział się, czy przypadkiem palazzo nie zostało przez właściciela – niejakiego Renato Molina, profesora historii (i kolegę Paoli – żony komisarza, też wykładającej na uniwersytecie Ca’ Foscari) wystawione na sprzedaż. Nie zostało… Ta rozwlekle zrelacjonowana przez Donnę Leon wenecka historia przynajmniej posłużyła za punkt zaczepienia śledztwa w sprawie nieboszczyka (bez wątpienia zamordowanego; stwierdzono liczne rany kłute) porzuconego w kanale.
Lecz jeśli myślicie, że wyłowienie zwłok Cejlończyka z mętnej wody Canale Grande przy Ponte Panada stanowiło punkt zwrotny narracji, która odtąd ruszyła z kopyta jak Rumaki Lizypa (które i tak de facto stoją zastygłe w fazie zrywania się do galopu z ciężkim rydwanem w zaprzęgu…) na frontonie Bazyliki świętego Marka – jesteście w błędzie. Nie ma pośpiechu w Wenecji. Gdyby nagle, jakimś zrządzeniem sił nadprzyrodzonych (wszystko jedno – niebiańskich czy piekielnych) coś (może wypadałoby napisać: COŚ) pochłonęło wszystkich turystów z całą tą ich obsługującą infrastrukturą (zaś osobliwie boleśnie wyżyłoby się na oceanicznych krążownikach hotelowych) – zobaczylibyśmy miasteczko niespełna pięćdziesięciotysięczne, niekorzystnie położone na środku śmierdzącej kałuży, ciche (bo praktycznie opustoszałe), nostalgicznie zatopione (nomen omen) w rozpamiętywaniu szalonej, heroicznej przeszłości Serenissimy, przeżarte aż do paraliżu kompleksem wyższości, oddające bałwochwalczą cześć mamonie i zbudowanej przez nią hierarchii społecznej, skorumpowane do ostatniego zaułka, placyku, mostka i kanaliku.
Gdy uświadomimy sobie, czym w istocie jest Wenecja, zrozumiemy dokładnie, dlaczego Donna Leon wciąż zakazuje tłumaczenia swych powieści na język włoski (ona sama pisze i wydaje po angielsku). Nasza autorka bowiem bywa do bólu szczera, czego rodowici Włosi (niezależnie od opcji politycznej) mogliby nie zrozumieć i nie tolerować. Z fatalnymi skutkami dla przyjaźni italiańsko-amerykańskiej. I dla samej Donny Leon takoż… I tak zresztą prewencyjnie już opuściła Wenecję i wyprowadziła się do Szwajcarii.
Więc śledztwo w sprawie zabójstwa pana Inesha Kavindy (tak się nazywał przybysz ze Sri Lanki) ruszyło tempem weneckim, czyli niezbyt szybko, aczkolwiek nieustępliwie (ale to już była cecha nie tyleż wenecka, co osobista przypadłość charakteru Brunettiego). Komisarza do działania nieco zdopingowały trzy osobliwe okoliczności, ujawnione w toku wstępnych czynności śledczych. Pierwsza to znalezienie w kieszonce ubrania nieboszczyka… kawałka ludzkiej bez wątpienia kości – a konkretnie fragmentu palca u ręki.
Druga to dziwaczny zestaw książek w biblioteczce w domku (tak – bowiem mieszkał on w domku wciśniętym w kąt ogrodu należącego do palazzo) Inesha. Oprócz bowiem literatury buddyjskiej, wyraźnie konfesyjnej, w języku syngaleskim, na półkach stały włoskie kryminały w stylu giallo, trochę angielskich książek natury polityczno-historycznej oraz sporo tekstów włoskich o „epoce ołowiu”, czyli o terroryzmie lat 60., 70. i 80. – w pełnym politycznym spektrum, czyli od radykalnie lewicowych Czerwonych Brygad po neofaszystowskie ugrupowania Zbrojnych Komórek Rewolucyjnych (odpowiedzialnych za krwawy zamach na dworcu w Bolonii w 1980 roku); Inesh miał nawet sporą kolekcję autentycznych ulotek i manifestów z tamtej epoki. Osobliwe zainteresowania, osobliwe lektury – jak na buddystę z odległej Sri Lanki.
No i trzecia okoliczność pobudzająca zainteresowanie sprawą – to stan wspomnianego już ogrodu. To była prawdziwa dżungla, od lat nietknięta ręką ani narzędziem ogrodnika, zarośnięta ponad wszelką miarę, dramatycznie kontrastująca z wypielęgnowanym ogrodem przyklasztornym sióstr benedyktynek po sąsiedzku. Czemu? To była zagadka w sam raz dla lekko przymulonego jesiennymi okolicznościami przyrody komisarza Guida…
Oczywiście na tym poprzestaniemy i w szczegóły śledztwa zagłębiać się nie będziemy. Mamy umowę, że nie zdradzamy – choć prawdę mówiąc, tu nie za bardzo byłoby cokolwiek ujawniać czy spojlerować. W każdym razie pozwolimy sobie tylko stwierdzić, że w toku narracji zagadki znalazły rozwiązanie. Tyle że w weneckim stylu – to znaczy mało satysfakcjonującym dla każdej ze stron konfliktu, stylu ambiwalentnym ze wszech miar, niejednoznacznym jak wenecka aura jesienno-zimowa. Zatem prawie wszystko zostało dowiedzione – z tego, czego można było dowieść, nie obrażając ani logiki, ani włoskiego prawa.
Z lektury fabułki wymyślonej prze Donnę Leon znów niezbicie wynika, że najgorzej na tej całej sprawie wyszła Wenecja – a ściślej: jej kawałek, nazywany Palazzo Zaffo dei Leoni. Przyciśnięty problemami jego właściciel zdecydował się dziedzictwo sprzedać, więc szybko ujawniło się londyńskie konsorcjum hotelarskie (przeciw któremu w istocie lobbował teść Brunettiego, hrabia Falier). Ale w sprawę dziarsko wkroczyła Soprintendenza di Belle Arti (taki ichni konserwator zabytków mniej więcej…) i dwukrotnie odrzuciła plany renowacji obiektu składane przez angielskich hotelarzy. W rezultacie palazzo stoi (ledwie, ledwie) opuszczone i niesprzedawalne. No bo taka jest Serenissima – osobna, dumna i nieprzekupna (porozumiewawczy grymas przy tym ostatnim słowie powinien być szczególnie wyrazisty)…
Tomasz Sas
(25 04 2026)

Brak komentarzy