Szczepan Twardoch 
Przemienienie
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026
Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 3/5
Zatwardzenie czy rozwolnienie?
Kanibalizacji ciąg dalszy… Czyli znów łobuzerski koncept Twardocha: wydanie drugie u nowego wydawcy – przejrzane i poprawione przez autora. Jak przejrzane i na ile poprawione – nie wiadomo. Bo i komu chciałoby się brać obie edycje równolegle na warsztat i porównywać? Dobrze mniemacie – nikomu. Zresztą – po co? By przyłapać autora na szalbierstwie? Wolne żarty. To przecież zabieg całkowicie dozwolony, pod każdym względem: etycznym, prawnym, estetycznym, intelektualnym tudzież ekonomicznym. Dopóki autor prokuruje to sam – własnoręcznie na swój rachunek i pod własnym sztandarem. Twardochowi nieobce są relacje i pomysły biznesowe, więc robi to z wdziękiem i bez cienia konfuzji.
Ale pytanie – z jakim skutkiem – mamy prawo postawić zawsze. Z Twardocha jest niezgorszy zdolniacha, więc można się było spodziewać, że po „remoncie” jego „Przemienienie” wyzbędzie się piwnicznej patyny okazjonalnego, tuzinkowego i prowincjonalnego komercyjnego druku sensacyjnego na modny temat sprzed prawie dwudziestu lat – ale dziś nieco zwietrzałego i pretensjonalnego. Począwszy od tytułu… Przemienienie (transfiguratio) w liturgii chrześcijan to ważny akt ziemskiej misji Jezusa, który ludziom (a konkretnie trzem swoim uczniom: Piotrowi, Jakubowi i Janowi) – do tej pory mniemającym, iż On to człowiek, choć wyposażony w moce proroka i świętego męża – ukazał się (na górze Tabor) w postaci boskiej, w nieziemskiej chwale. Cokolwiek o tym myślicie – to istotny akt, konstytuujący chrześcijańskie wyznanie wiary. Użycie Transfiguracji do zdefiniowania banalnego skądinąd (aczkolwiek dokonanego dzięki ujawnieniu zbrodni…) odejścia pewnego esbeka ze służby wydaje się nadużyciem intelektualnym – hucpiarskim i nieco afektowanym. Może nawet zuchwałym. Mniejsza wszakże z tym – na Twardocha nie ma sposobu; gdy sobie wbije coś do głowy – tak musi być. W uprawianiu literatury to akurat dobra cecha charakteru.
Ale czy arogancja też jest dobra? Osobiście powątpiewam, ale mogę ją zaakceptować – zwłaszcza gdy towarzyszy jej wyobraźnia, poniekąd usprawiedliwiająca inne wybryki ludzkiej natury. Zaś Twardoch wyobraźnię ma – w dobrym gatunku i quantum satis. A może nawet ociupinkę w nadmiarze… Pytanie zatem brzmi – jaki z niej robi użytek? No cóż, bywa różnie. Przed laty, gdy pisał „Przemienienie”, na użytek wykoncypowanej wtedy powieściowej intrygi zbudował (trochę korzystając z rozmaitej konduity źródeł) całe universum bezpieczeństwa, czyli krainę esbecji pod życzliwym, ale skądinąd surowym patronatem samego Feliksa Edmundowicza.
Więc powstał Gmach Urzędu (przez miejscowych poufale zwany Pentagonem) – labirynt pięter, korytarzy i biurowych pokoi w szaro-beżowo-pleśniowej tonacji, śmierdzących papierosowym dymem, kwaśnym kapuścianym zajzajerem ze stołówki, starym potem i strachem, z nutą wszechobecnego kurzu oraz skisłej woni kiepskiego papieru z teczek i segregatorów. Pokoje zastawione były ławicami tandetnych biurek (gdyby ich fabrykantem był jakiś prywaciarz – byłby milionerem; ale nie – te niezbyt wygodne „okręty z suchego przestworu oceanu”, sklecone byle jak z wybrakowanej płyty stolarskiej, powstawały w warsztacikach tzw. przemysłu terenowego) oraz szańcami blaszanych szaf „pancernych”. Archipelagi biurowej infrastruktury zaludniali „towarzysze z bezpieczeństwa” (pamiętacie wiersz Andrzeja Mandaliana?) płci obojga i trzech pokoleń: od „leśnych” weteranów moczarowskiej partyzantki, od „wysuniętych” (względem piąchy zdatnej do bezśladowego przypierdolenia w pysk wroga klasowego) przedstawicieli przodującej siły narodu (klasy robotniczej znaczy) – po młodziaków z dyplomami – cynicznych karierowiczów z socjopatycznymi skłonnościami.
Twardoch na swój użytek wykreował dokładnie Wydział IV pionu SB w katowickim Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych; wedle obowiązującej w całym kraju jednolitej struktury urzędów bezpieczeństwa „czwórki” zajmowały się zwalczaniem (a przynajmniej neutralizacją) wpływów i pozycji kościoła rzymskokatolickiego w państwie i społeczeństwie. W takich to dekoracjach i w takim towarzystwie bezpieczniackich macherów i drugoplanowych statystów zamierzył bowiem rozegrać swoją fabularną intrygę o transfiguracji mentalnej pewnego esbeka. W tym celu – między biurka zajmowane przez towarzyszkę Srakę, kapitana Klewkę czy tam porucznika Kwaśnego – zaflancował swojego głównego bohatera, podmiot liryczny całej intrygi – niejakiego Antka Szarzyńskiego (zbieżność nazwiska z pewnym renesansowym poetą zapewne przypadkowa, acz nie do końca…). Onże podporucznik Szarzyński, absolwent resortowej alma mater w Legionowie, zjawił się jako rara avis w homogenicznym skądinąd tłumie lokatorów katowickiego pentagonu: młody, przystojny (oczywiście włos nieregulaminowo długi), w dżinsach z Pewexu, popalający camele (albo marlboro, gdy tych pierwszych brakło na rynku równoległym), zasłuchany w muzyce Patti Smith, ale przede wszystkim ujeżdżający czerwoną sportową Alfę Romeo GTV6… Innymi słowy: zapewne tak Twardoch wyobrażałby sobie siebie samego, gdyby (dla celów fabularnych) poszedł na służbę do Firmy…
Ad usum fabulae Twardoch wykreował też intrygę bezpieczniacko-eklezjastyczną (o zasięgu globalnym, a jakże!) – wysoce nieprawdopodobną skądinąd – no, wprost nie do pomyślenia. Oto miał jakoby istnieć (a może nadal istnieje?) spisek konserwatywnych, antysoborowych (chodzi oczywiście o Vaticanum secundum) hierarchów (różnych stopni) kościoła rzymskokatolickiego i równie konserwatywnych, ortodoksyjnych marksistowskich generałów KGB (z udziałem polskich „wodzów” esbecji) – pod sztandarem, na którym wyhaftować należałoby zbiorcze hasło tego osobliwego sprzysiężenia: „Precz z postępem!”. Autor Twardoch zaangażował w ten spisek nawet… śląskiego malarza-prymitywistę, samouka Teofila Ociepkę, który był też znanym okultystą i propagatorem wiedzy tajemnej – to już doprawdy przesada.
Antek został wprowadzony w kręgi tzw. Struktury przez swego mentora – pułkownika SB Mojżesza Holzmanna (aryjskie nazwisko – Mirosław Drzewiecki); złożył przysięgę, dostał nieregulaminową i nierejestrowaną spluwę (sowieckiego Stieczkina, jakby się kto pytał) i w ten sposób został członkiem zbrojnego ramienia spisku antyreformatorskich, antyliberalnych frakcji bezpieki i kościoła. Pięknie wymyślone! Ale autor chyba zapomniał (bo nie podejrzewam, iż jej w ogóle nie znał i nadal nie zna) o wszechmocnej i zawsze obowiązującej regule brzytwy Ockhama. Nie mnożyć bytów ponad potrzebę – ot co, drogi panie Twardochu…
No, ale parę lat temu, gdy pierwotna wersja „Przemienienia” powstawała i trafiła na rynek, Twardoch nie był jeszcze taki mądry jak dziś. Ale gdyby nawet był, wątpię, czy zechciałby skorzystać. Demoniczna wersja dziejów bezpieczniackiego janczara, który przeżywa przełom w bulwie i zwraca ostrze swego dokładnie wyszkolonego zabójczego jestestwa przeciw swojemu guru, dodatkowo odpowiedzialnemu za tragiczny los rodziny chłopaka – po prostu lepiej się sprzedaje. Ale o szczegółach więcej rozprawiać nie będziemy – niech czytelnicy też mają swoje chwile zaskakujących odkryć i przełomowych zwrotów akcji. Ale z góry ostrzegam, że w tej lekturze niewiele ich będzie, albowiem struktura intrygi „Przemienienia” prosta jest jak konstrukcja cepa, a finezji w niej tyle, co w puszce szprotek. Skądinąd podobne tematycznie filmowe „Psy” Pasikowskiego, zestawione z wyrobami Twardocha, jawią się jako piramida zdroworozsądkowej, wiarygodnej kreacji fabularnej. A scenariusz tego filmu to wielka literatura – gdy zestawimy tamten tekst z prozatorskimi wypocinami Twardocha.
Stosunkowo najciekawszym elementem „Przemienienia” jest… posłowie autorstwa doktora historii Sebastiana Rosenbauma – funkcjonariusza osobliwej formacji państwowej policji historycznej, dla niepoznaki nazywanej Instytutem Pamięci Narodowej. Zacny ten mąż uczony próbuje osadzić prozę Twardocha w stosownych dla niej kontekstach, próbuje to i owo wyjaśnić, a tamto i owamto zaczernić. Jeśli zechcecie – może warto lekturę tej książki rozpocząć od końca? Może uda się zdjąć z tekstu maskę koniunkturalnej prozy sensacyjnej… Autorowi by na tym zależało.
Tomasz Sas
16 04 2026)

Brak komentarzy