Moa Berglöf, Joakim Zander 
Sztab
Przełożył Maciej Muszalski
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2026
Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5
Dobrze, dobrze być cysorzem, choć to świnia
i krwiopijca…
Szwedzkie tradycje równoległego „tajnego państwa” żywotne są zarówno w rzeczywistości, jak i w literaturze. Kulminacja zainteresowania opinii publicznej tą podwójną naturą demokracji w królestwie nadeszła oczywiście w dobie zabójstwa (strzał w plecy na ulicy, gdy wychodził z kina; sprawcy ani motywu nigdy nie ustalono…) socjaldemokratycznego premiera Olofa Palmego w 1986 roku. Ale w literaturze po dziś dzień wątki wyprowadzane albo wprost lub bardzo pośrednio z tamtego zdarzenia są obecne i eksploatowane. Bo też i w Szwecji chyba nigdy (w sensie, że współcześnie) nie wydarzyło się nic równie dramatycznego. Żyją tedy sobie Szwedzi w przekonaniu, że ich nieskazitelna, mitologicznie wręcz niepokalana historia publiczna raz przynajmniej doznała wielce traumatycznego despektu, od którego się nie uwolnią – więc może lepiej sytuację oswoić?
Literatura ma tu sporo do zrobienia – jest poręcznym narzędziem manipulacji narracją, a niektórzy autorzy są (lub byli) doprawdy mistrzami w kreowaniu i opowiadaniu historii z pogranicza szarej strefy. Taki na przykład nieodżałowany Stieg Larsson, autor serii „Millennium” – sława tej sensacyjnej trylogii stała się doprawdy wszechświatowa, a w samej Szwecji pełni rolę sui generis fabularnego kamienia probierczego jakości thrillerów sensacyjno-politycznych (których zresztą w Szwecji pełno – zaraz po kryminałach w stylu noir…). A poza tym jest czymś w rodzaju biblii tajnego świata – choć to sama najszczersza fikcja, co drugi Szwed mniema, że coś w tym musi być bliskiego rzeczywistości. Sprawdzałem, chociaż na niewielkiej próbie… Zresztą dylemat „tajnego państwa” jest jednym z najważniejszych wątków „Millennium” – ojcem jednej z dwojga głównych bohaterów serii, czyli hakerki Lisbeth Salander, jest niejaki Alexander Zalachenko (Zalaszenko?) – ruski agent, który zwiał do Szwecji, a tamtejsza Säkerhetspolisen (czyli SÄPO – policja bezpieczeństwa i kontrwywiad w jednym) długie lata karmiła się jego wiedzą i umiejętnościami. Ba, do obsługi Zalachenki (i podobnych przypadków) utworzono nawet specjalną, supertajną komórkę wewnątrz i tak skądinąd supertajnych służb.
Więc Szwedzi, zważywszy na popularność i czytelnicze zasięgi „Millennium”, są już w pewnym sensie oswojeni z myślą, iż z tym „tajnym państwem” jest coś na rzeczy. Zresztą upewniają ich w tym mniemaniu inni popularni autorzy literatury sensacyjnej – taki Arne Dahl na przykład. Jest ich więcej… Ale pani Berglöf z panem Zanderem poszli dalej – po prostu weszli do samego jądra ciemności, czyli do centrum rządu: do kancelarii premiera, do tajnych sztabów doradców, na narady i knowania zakulisowych szarych eminencji. Nie żeby akurat tak było naprawdę, jak relacjonują, ale na pewno żeby było prawdopodobnie. W każdym razie miało być groźnie. I jest.
W tym celu autor z autorką kreują (nie żeby zaraz na wzór i podobieństwo swoje…) parę głównych bohaterów. Ona jest dziennikarką polityczną, ale w swej redakcji jakby odsuniętą na boczny tor – oficjalnie z powodu konieczności wyleczenia wypalenia zawodowego, nieoficjalnie – z powodu nieposkromionej upierdliwości. On jest działaczem ekologicznym, analitykiem i komentatorem (początkującym lecz popularnym) w telewizji. Julia i Alfred są w partnerskim związku, mają dwoje dzieci i dom w Tallkrogen (gdyby ktoś chciał wiedzieć dokładnie – to osiedle willowe na południu Sztokholmu), w miarę ustabilizowaną sytuację zawodowo-finansową. Ale pewnego razu Alfred odebrał telefon z prośbą o spotkanie – nie z bylekąd, lecz z Rosenbad, czyli siedziby rządu Królestwa Szwecji, a konkretnie z kancelarii premiera. Po kwadransie wyszedł z rządowego pałacu już jako rzecznik prasowy szefa całego tego manszaftu, czyli niejakiego Christiana Bratta. Julia zaś od razu skapowała, że to może chodzić o jej aktywność w śledzeniu nieoficjalnych aspektów działalności członków rządu na służbowych wyjazdach do Brukseli. Innymi słowy – chodzi zapewne o to, by takim eleganckim argumentem korupcyjnym skłonić ją, by zamknęła dziób lub przynajmniej mieć ją na smyczy…
No i Julia wraz z Alfredem przekonują się, że przeczucie nie myliło doświadczonej i zapewne trochę wystraszonej dziennikarki. Szczegóły intrygi oczywiście zostawmy w spokoju – wszak mamy umowę o niespojlerowaniu, choćby bardzo się nam chciało. Nie zdradzając zatem niczego, co mogłoby narrację pozbawić koniecznego suspensu, skonstatujmy, że nie realistyczne, namacalne szczegóły afery, ale obnażone mechanizmy uprawiania polityki (tak jak mniej więcej jest z bismarckowską fabrykacją kiełbasy…) są tu naprawdę interesujące. I nie budzą wstrętu…
Alfred już od pierwszych minut rzecznikowania w Rosenbad wpada w gniazdo pobudzonych szerszeni; kancelaria premiera nie jest bowiem niczym innym. Trwa tam nieustanna przepychanka i brutalne próby przemieszczania się wszystkich po szczebelkach hierarchii. Drabinka jest mniej więcej ustabilizowana – jak w każdej szanującej się i nakierowanej na sprawność działania biurokratycznej maszynce. Każdy w niej ma (i zna) swoje miejsce, uprawnienia i zakres regulaminowych prerogatyw. Ale każdy jest ambitny ponad wszelkie wyobrażenie i głęboko przekonany, iż posiada kompetencje zawodowe tudzież intelektualne, predestynujące w sposób oczywisty do robienia czegoś, na co naprawdę zasługuje. Stąd intrygi, zabójcze plotki i oszczerstwa z siłą jadu kobry. Stąd podchody, donosy, deprecjonujące aluzje, zasadzki i akty dywersji – osobliwie komputerowej. Sieć w kancelarii z natury rzeczy i ze względu na szybkość i pewność obiegu informacji jest stosunkowo łatwo dostępna dla grona uprawnionych i zaufanych (bardziej lub mniej); toteż łatwo dokonać małej hakerskiej agresji i na przykład wpisać siebie (zamiast konkurenta do ucha premiera lub ministra) na listę zaproszonych na nieformalnego grilla i saunę w zakamuflowanej rezydencji w lesie nad jeziorem. Dodajmy do tego jeszcze cały nader obszerny departament behawioralno-seksualny (bez podziału na płcie). Oczywiście z naturalnych powodów panie (czasem pieszczotliwie zwane sukami) mają tu większe możliwości ekspresji, ale panowie starają się im nie ustępować prymatu, zaś każdy (bez względu na płeć) kręci też na boku własny interesik… A jeszcze te pijacko-erotyczne ekscesy w Brukseli (niby że daleko od domu, więc bezpiecznie) z akcentami niemalże (albo malże) zbrodniczymi!.
No i tak mniej więcej wygląda tudzież funkcjonuje sztab premiera (czyli de facto organ zarządzający państwem, trzymający władzę) wedle Berglöf i Zandera. Ciekawie-nieciekawie – zależy, z której strony na to spojrzeć i z jakim napięciem moralnym. Naturalnie, warto zdać sobie sprawę, iż w rzeczywistości prawdopodobnie takie zapętlenia intryg występują rzadko, a to co w „Sztabie” ujawniają jego autorzy, to fikcyjna kreacja, pogmatwana tak dla podniesienia temperatury narracji. Realnie szwedzki rząd (każdy, niezależnie od konfiguracji wyborczej, bo niby czemu sprawa miałaby dotyczyć tylko partii Moderaterna?) aż tak „gorący” i zdeprawowany nie jest. Chyba. Z mniejszym, ale wciąż akceptowalnym prawdopodobieństwem założyć można, iż jest dokładnie tak, jak piszą Berglöf i Zander (albo i gorzej…). Bo czemu nie?
No właśnie… Tu tkwi haczyk, który po lekturze zaczyna czytelnika uwierać. Na ile fikcja przybliża się do rzeczywistości? To dobre ćwiczenie umysłowe dla wszystkich skrępowanych więzami poprawności i tych, którzy świat poznają powierzchownie. Oczywiście nie namawiam do konstruowania od razu jakichś fantazyjnych teorii spiskowych, ale tylko do obserwacji wolnej od uprzedzeń. Świat możliwy do wykreowania w thrillerze politycznym zapewne odbiega od parametrów świata realnego, ale cóż nam to szkodzi, by uważniej się temu realnemu przyglądać? Oczywiście warto mieć przy sobie na stałe narzędzia zdatne do odróżniania fikcji od prawdy i bez nich nie zaczynać lektury – ale nie używać ich nazbyt intensywnie, by nie zakłócać dobrej zabawy, popadając w kłótliwe kwerulanctwo i besserwisserstwo. Tako rzecze Zaratustra…
Tomasz Sas
(24 10 2026)
P.S. Tytuł tej rekomendacji to cytat z ballady niezrównanego i niezapomnianego Tadeusza Chyły „Cysorz to ma klawe życie”. Wydał mi się idealny do podsumowania ludowego mniemania o trudach sprawowania władzy… TS

Brak komentarzy