Literatura od podszewki. Teorie pisania

8 października 2026

Michał Rusinek 
Literatura od podszewki. Teorie pisania
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Milion małp uczy się pisać…

Czy można nauczyć się pisać prozę? Albo poezję czy może dramat? I to przychodząc z ulicy – na tak zwanym surowym korzeniu? Nie można – jestem o tym (najgłębiej jak się da) przekonany. Wydaje się jednak, iż przeczą temu przekonaniu tysiące rozsianych po całym globie szkół kreatywnego pisania (na ogół na poziomie uniwersyteckim), które pracowicie, z komercyjnymi sukcesami, we wszystkich językach i kulturach wtłaczają w mózgi niezliczonych pokoleń adeptów rzekome umiejętności takiej werbalizacji myśli, tworzenia słów, zdań, akapitów i dłuższych form wypowiedzi – upodobnionych do funkcjonujących tu i owdzie wzorców kulturowych – ogólnie, zbiorczo zwanych literaturą. Innymi słowy: istnieje rozbudowana gałąź szkolnictwa powszechnie dostępnego (chociaż najczęściej płatnego – i to wysoko), nauczająca tworzenia wyrobów literaturopodobnych, dopasowujących się w miarę bezkonfliktowo do zbioru już istniejących tekstów definiowanych jako proza, poezja lub dramat sceniczny. Skoro to działa już czas jakiś z powodzeniem, to wygląda na to, że działa również skutecznie – znaczy: można przyjąć, iż nauka twórczego pisania (elegancko mawiają: kreatywnego) daje rezultaty oczekiwane przez nauczycieli i uczniów. Zapewne – ale czy przez czytelników? Wątpię.

Jestem bowiem (najgłębiej jak się da) przekonany, iż nieodzownym składnikiem umiejętności pisania literatury, elementem niedefiniowalnym i niemierzalnym, ale sine qua non – jest talent, iskra boża. Czyli to coś, co wędruje w genach zapewne – nie wiadomo kędy i dlaczego akurat tak. Innymi słowy: umocowana emocjonalnie tudzież intelektualnie wrodzona zdolność do tworzenia, kreacji nowych treści, wsparta umiejętnością werbalizacji (lub innej manifestacji) tychże. Bez tego składnika nauczanie pisania (malowania czy wszelkiej muzyki chociażby) jest pozbawione sensu. Chyba że chodzi tylko o umiejętności odtwórcze, dźwiękonaśladowcze… Bo talentu nauczyć się nie można!

W niektórych kręgach popularna jest spekulacja umysłowa, zwana „milionem małp”. W skrócie polega ona na założeniu, iż sadzamy milion małp przed milionem klawiatur typu qwerty i każemy im stukać w klawisze. Po jakimś czasie (raczej dłuższym niż krótszym) z tej „maszyny” jakoby spłynie na przykład sonet Szekspira i to od razu przetłumaczony na suahili albo urdu – powiedzmy, że osiemnasty „Shall I compare thee to a Summers day?” (Czy mam przyrównać cię do dnia letniego?) To oczywiście tylko efektowna kombinacja pseudointelektualna – a w rzeczywistości gówno prawda. Mówiąc łagodniej: niczym nieuprawniona spekulacja, zwłaszcza nieuprawniona doświadczeniem. Wywiedziona tylko z wulgarnej statystyki i prawa wielkich liczb – żeby było efektownie, niekoniecznie zaś prawdziwie…

Czemu tak mniemam? Po pierwsze dlatego, że na całym świecie nie ma miliona małp, gotowych uczestniczyć w tym eksperymencie. Po drugie – nie ma na tym świecie nikogo, kto wziąłby na siebie ciężar utrzymania takiej gromady małpiszonów nie wiadomo na jak długo, gdyby jednak udało się ją zebrać. Po trzecie: założenie intelektualne tego eksperymentu jest fałszywe. Oczywiście jest możliwe, chociaż w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, iż z jednej z klawiatur spłynie oczekiwane „Shall I compare…”. Ale czego to dowiedzie? Ano tylko tego, że ta akurat konkretna małpa jest Szekspirem – że była nim przedtem i będzie potem. Pozostałe 999 999 małp nawet nie zbliży się do podobnego wyniku. Nigdy. Do końca świata. Czemu? Bo „Shall I compare…” nie jest i raczej nie będzie produktem końcowym wielokrotnego przypadkowego stukania w klawisze. Literatura, choć rachunki wielkich liczb upewniają, że to możliwe, nigdy nie będzie sumą bezmyślnych przypadków, akurat układającą się w ciąg „Shall I compare…” czy jakikolwiek inny („Ogary poszły w las” albo „Nam pizda – mówi Szczur” – może być?) na mocy możliwości matematycznego prawdopodobieństwa. Literatura jest produktem intelektu, może nawet emocji czy uczuć – ale nigdy stochastycznego chaosu. Podobnie zatem jak nigdy nie uporządkują się cząsteczkowe, przypadkowe ruchy Browna, tak i milion małp nie wydali z siebie „Shall I compare…”.

Wszelako wydaje się, że jest ratunek dla małp. Jeśli w ogóle milion małp przy milionie klawiatur takiego ratunku potrzebuje… Ale jeśli potrzebuje, to ratunkiem tym jest komunikacja. Eksperyment miliona małp ufundowano na założeniu, iż małpy są jednakowe – jak klony jednego genomu; ale drugim założeniem fundacyjnym jest osobność małp. Osobność ich działania i wzajemna izolacja. Gdyby jednak znieść tę barierę? No cóż – nie oszukujmy się: większość małp natychmiast oddałaby się rozpustnym bachanaliom, z dużym udziałem spontanicznej prokreacji. Lecz można chyba założyć, że jakaś część tego bandar-logu (pamiętacie Kiplinga?) wrednych gibbonów mogłaby zacząć rozmawiać, wymieniać doświadczenia, oceniać postępy robót, analizować perspektywy, eliminować ślepe zaułki, wybierać obiecujące pomysły. Innymi słowy: uczyć się i doświadczać progresu. Kolektywnie.

Nie zbliżyłoby to małpiszonów ani na krok do „Shall I compare…”, ale jakiś ferment umysłowy niewątpliwie powstałby. Jaki? Nie sposób przewidzieć – niewątpliwie jednak mogłaby się w nim pojawić ochota nauczenia się twórczego pisania jako jedna z frakcji tego fermentu. W tym miejscu i czasie wśród miliona małp mógłby też pojawić się Rusinek – w roli nauczyciela. Praktycznego pisania w szczególności i teorii pisania w ogólności. Po co? Gdyż lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć. Taka niby subtelna różnica: z jednej strony umieć pisać, a z drugiej wiedzieć, jak się to robi. To ideał… Ale w istocie ważne warianty są dwa. Znaczy albo umieć i nie wiedzieć (czyli nie mieć świadomości technik i narzędzi) – albo wiedzieć jak, ale praktycznie nie umieć.

Michał Rusinek, badacz literatury wielce zasłużony (a przy tym krytyk, felietonista, pisarz, tłumacz, nauczyciel akademicki, krakowski erudyta i w ogóle postać o wielkim znaczeniu w tzw. życiu kulturalnym Rzeczypospolitej; przyznaję w tym miejscu, iż szanuję go wielce, podziwem darzę i rad jestem, że istnieje), w swej „Teorii pisania” podjął trud uporządkowania wiedzy o tworzeniu literatury, by służyć podręcznym wsparciem wszystkim, którzy zechcą od teraz parać się słowem jako narzędziem swej już to ekspresji, już to przewag intelektualnych, już to narcyzmu nieposkromionego albo iście grafomańskiej pasji (a może chorobliwej skłonności) do zaczerniania papieru rządkami liter. Zaiste – prawie nowy z niego Chmielowski (Benedykt, ksiądz), bo to przecież „mądrym dla memoryału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki”.

Dla eksplikacji swych tez naukowych obrał Rusinek osobliwą (ale niespecjalnie zaskakującą – ba: w zasadzie przewidywalną) metaforę rękodzielniczą – a konkretnie krawiecką. Szycie to pisanie? No cóż – metafora jak metafora; niewysmakowana, ale może być. Aczkolwiek nie ze wszystkim do końca – lecz o tym potem.

Pisarze – zdaniem Rusinka – winni być jak krawcy; nie tylko potrafiący wyprodukować wytworny ciuch, ale wiedzący, jak to zostało uszyte. Tak na oko, bez potrzeby prucia i zaglądania pod podszewkę. Zawodowy pisarz zatem umie (albo powinien umieć) – obejrzawszy dzieło innego pisarza – powiedzieć, jak ono zostało zrobione, z czego poskładane, jakimi ściegami pozszywane. Rusinek zatem przygotował podręcznik szycia (a może raczej konfekcjonowania) literatury, by czytelnik wiedział z góry wszystko o pisaniu, gdy tylko zechce sam je uprawiać. Po co? Po nic – żeby wiedział i miał świadomość, co mianowicie robi. Pisać się od tego nie nauczy. A zwłaszcza dobrze pisać. Do tego potrzebne są składniki niewyuczalne – wspomniany już talent (nie wiadomo dokładnie, czymże on jest) oraz wyobraźnia. Ta wyobraźnia, którą miał na myśli fundator najważniejszej francuskiej nagrody literackiej Edmond de Goncourt, pisząc w testamencie po prostu, że laur przyznaje się za „le meilleur ouvrage d’imagination en prose”… Tak po prostu: za najlepsze dzieło wyobraźni napisane prozą. Wyobraźnia też jest niedefiniowalna w takim samym stopniu co talent, chociaż talent ma inną naturę: jest kapitałem, potencjałem twórczym, zaś sama wyobraźnia – tylko zapłonem aktu tworzenia.

Po co komu w tej sytuacji wiedza, iż „Shall I compare…” bliskie jest (chociaż nieidentyczne) starożytnej figurze stylistycznej, znanej jako paraklausithyron? Po nic nikomu, krom samego Rusinka… A literatura cała jest niejednoznacznością i wszelkiej klasyfikacji się ostatecznie wymyka, choć od wieków czynione próby narzucenia jej teoretycznego okowu i jakiegoś możliwego do zaakceptowania porządku przybrały ostatnio na sile, zaś rezultaty tych usiłowań stają się coraz bardziej masywne. Zwłaszcza zaś wagi i mocy nabiera przekonanie, iż uprawianie pisarstwa w tym sensie bardziej artystycznym jest powszechnie dostępne ludziom jako tako obytym ze słowem – wystarczy tylko się odważyć. Wystarczy tylko zdjąć z literatury piętno elitarności. Reszta przyjdzie sama…

No nie wiem… Lecz może coś w tym jest – zwłaszcza teraz, gdy bez skrępowania, poczucia obciachu, bez wyrzutów sumienia czy zwykłego wstydu można wesprzeć się „pomocnym rozumkiem” algorytmów sztucznej inteligencji. Podobno takowa już pisze powieści, na które dają się nabierać niektórzy wydawcy. Inni wcale nie nabierają się, tylko z rozmysłem i dla łatwiejszego zarobku rzucają na rynek produkty zmielone przez komputery w wielkich centrach kompilowania danych. I gdzie tu miejsce dla rzemieślniczego krawiectwa, tak zgrabnie przywołanego przez Rusinka?

Zresztą nasz autor, konstruując rękodzielniczą metaforę pisarstwa, zapomniał o najważniejszym aspekcie szycia ręcznego (a od połowy XIX wieku, dzięki wynalazkowi Isaaca Merritta Singera – także maszynowego) – a mianowicie o misterium miary. Od zarania dziejów bowiem, gdy tylko w rezultacie postępów przędzalnictwa i tkactwa pojawiły się tkaniny (i dzianiny) zdatne do okrywania i ogrzewania (a potem nawet zdobienia) gołych członków i całych połaci ludzkiego ciała, zastępy rzemieślników parających się usługami odziewania miały w zwyczaju – zanim przystępowały do pokrojenia i zszycia tkaniny – przeprowadzanie dokładnych pomiarów osobniczych, indywidualnych każdego klienta. Nikt przecież lub prawie nikt nie szył ani na skład, ani dla kupca na handel, ani na zmarnowanie; kogo byłoby na to stać? Więc czynność pobierania miary (skądinąd nader intymna; wyobraźcie sobie te debaty nad przystosowaniem prawej czy lewej nogawki w celu zamaskowania ułożenia pewnych istotnych części anatomii – o tajnikach pomiarów ciała kobiecego już nawet nie wspomnę!) była – i jest nadal, tyle że w zaniku, bo kto dziś szyje na miarę; zapewne prawie nikt – kwintesencją więzi między krawcem a klientem, a jej symbolem było mydełko krawieckie.

W literaturze to niemożliwe – nikt przecież nie pisał dla jednego czytelnika – na jego miarę, dla jego potrzeb. Bywało na ogół przeciwnie. Dlatego wszelkie metafory krawieckie w pisarstwie są ryzykowne i obarczone ryzykiem nieporozumienia – chyba że w miejsce krawiectwa wejdzie azjatycki megaprzemysł masowej konfekcji. Wtedy doprawdy można mówić o sztuce pisania w sposób uprawniony – jako o szyciu. Ale czy to jest literatura? Bez miejsca dla talentu i wyobraźni? Masowa ponad wszelkie przypuszczenie? A nie choć trochę elitarna?

Bądźmy wszelako wyrozumiali dla Rusinka. Wykonał dobrą robotę, a lektura przyjemna jest i pożyteczna – osobliwie zważywszy na kunsztowną formę edytorską dzieła – obiecującą dobrą zabawę…

Tomasz Sas
(08 10 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *