Richard Flanagan 
Pytanie numer siedem
Przełożył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5
Diabeł tasmański dobrze się ma…
Niepozorna i z tego pozoru nudna, ale bodajże najciekawsza z książek tegorocznego sezonu – do tego wymykająca się heroicznie wszelkim próbom zakwalifikowania gatunkowego. Skądinąd zupełnie niepotrzebnego, bo przecież wiadomo, że literatura jest albo dobra, albo zła; nieważne zaś, jak ją nazwiemy czy zdefiniujemy. O gatunek doprawdy mniejsza… Ale powiedzmy, że dla spokoju ducha i z potrzeby zapanowania uspokajającego ładu w naturze, postaramy się jakoś zaklasyfikować „Pytanie numer siedem”, by uniknąć dyskomfortu poznawczego i tego jaskółczego niepokoju, gdy stajemy przed nieznanym, nieokreślonym nośnikiem wielu więcej pytań niż odpowiedzi. Świat zdefiniowany bowiem wydaje się nam łatwiejszym i bardziej przyjaznym miejscem do życia, niż ten czyhający za węgłem świat nieregularny, zdekontrastowany, nieoswojony i niebezpieczny. Dlatego nie przyzwalamy panoszyć się żywiołom nienazwanym – dlatego ze wszystkich sił ciała i umysłu dążymy do zdefiniowanego porządku rzeczy, idei a nawet zjawisk transcendentalnych. Taki drobiazg, jak gatunkowe przyporządkowanie czytanej akurat książki, też nie umknie naszej wewnętrznej, głębokiej potrzebie porządku…
Toteż po namyśle (skądinąd niemożliwym do pominięcia) uznałem, że do dzieła Flanagana najlepiej pasuje nieco efemeryczna i rozmazana etykietka eseju autobiograficznego – formuły giętkiej i na tyle niezdyscyplinowanej, że pojemnej ponad wszelką dopuszczalną przyzwoitość. Zatem czymże jest esej autobiograficzny? Zacznijmy od tego, iż jest to dzieło, które można napisać tylko raz w życiu – w odróżnieniu od takich na przykład powieści, poezji czy dramatów. To ograniczenie wydaje się oczywiste, ale przecież wciąż mamy do czynienia z twórcami nieustannie poprawiającymi, doskonalącymi swoje autobiografie w kolejnych edycjach – rozszerzonych, przejrzanych i poprawionych (ba – niemalże przeżytych jeszcze raz) przez autorów, rozczarowanych niedostateczną ich zdaniem heroicznością zapisu cnót niemałych i przewag, które objawili światu w pierwszym wydaniu…
Spora populacja autorów wciąż piszących swe autobiografie od nowa to jednak dewiacja i patologia uczciwej eseistyki w tym gatunku. Choć zdarzają się w tym gąszczu egocentrycznej pisaniny prawdziwe perełki formy bądź intelektu, to jednak zdają się oddalać od nieregularności eseju i dążą ku porządkom i regułom fantasy-powieści – dzieła napisanego dzięki wyobraźni – powtarzalnego i zdyscyplinowanego. Prawdziwy natomiast esej autobiograficzny stawia przed czytelnikami barierę: przystosuj się albo spadaj…
Flanagan też to robi – prowadząc konsekwentną, ale dość ekscentryczną linię intelektualnego wywodu od dziejów swej rodziny, przez profetyzm pisarza Herberta George’a Wellsa, geniusz uczonego fizyka Leo Szilarda, regulaminowy gest bombardiera majora Thomasa Ferebee’go (tego, który w sensie najdosłowniej rzeczywistym 6 sierpnia 1945 roku o godzinie ósmej piętnaście wypiął z zaczepów w komorze bombowej superfortecy B-29 „Enola Gay” mechanizm znany pod kryptonimem Little Boy na japońskim miastem Hiroszima, otwierając nową epokę w dziejach człowieczej cywilizacji) – po swą własną przygodę ze śmiercią o mało co na tasmańskiej rzece Franklin. Linia wywodu jest wymagająca, bez taryfy ulgowej i zwolnienia warunkowego – a czytelnik ma prawo czuć się storturowany emocjonalnie (więc jeśli ktoś się tego boi, niech lepiej nie zaczyna lektury). Co więcej – ta splątana linia prowadzi przez tereny gęsto usiane wysokimi i ostrymi stożkami po wulkanicznych wręcz erupcjach erudycji autora – nieodrodnego absolwenta Oksfordu. Zaprawdę tedy powiadam wam: nie jest to lektura ani lekka, ani łatwa, ani przyjemna. Przeciwnie – czeka sporo trudu, ale satysfakcja gwarantowana. Zwrotów się nie przewiduje…
No cóż – tkwi w tej kwestii jeszcze dodatkowy dylemat poznawczy. Oto Flanagan jest w takim samym stopniu Oksfordczykiem, co Tasmańczykiem. Cóż to oznacza? W dzisiejszym świecie niby nic – globalna wioska jeszcze bardziej jest globalna, niż wtedy, gdy opisywał ją Marshall McLuhan (1962). A to dzięki wszechobecności tzw. Sieci, dzięki algorytmom i sztucznej inteligencji – w tym świecie piętno Oksfordu waży już znacznie mniej niż niegdyś. A Tasmania? Jeśli nie jest się tzw. diabłem tasmańskim (Sarcophilus harrisii – mięsożerny ssak-torbacz) albo wilkoworem tasmańskim (Thylacinus cynocephalus; ale ten oficjalnie podobno wyginął w roku 1936…) – to Tasmania jest miejscem całkiem zwyczajnym, skąd dokądkolwiek jest daleko albo bardzo daleko. I w zasadzie ta ostatnia okoliczność ją jakoś wyróżnia. Światowe media regularnie donoszą o Tasmanii tylko raz w roku (i tylko w działach sportowych) z okazji popularnych regat żeglarskich Sydney – Hobart (to poniekąd stolica naszej wyspy). A poza tym cisza i deszcz, deszcz i cisza. I to jest okoliczność łagodząca dla Flanagana (potomka irlandzkich osadników z epoki wielkiego głodu; ma w genach także dziedzictwo Aborygenów), który zresztą mieszka dziś z rodziną w Hobart, z dala od zgiełku świata – ale jak zechce, to ma cały ten zgiełk na koniuszku światłowodu.
Lecz spokojnie… Gdy Flanagan obmyślił swój esej autobiograficzny przynajmniej w zarysie ogólnym, było dla niego jasne, że zacznie od historii swego ojca, który akurat wtedy, gdy stała się Hiroszima, był od czterech lat jeńcem wojennym armii Cesarstwa Japonii i pracował niewolniczo w kopalni odległej o jakieś 130 kilometrów od Hiroszimy, nad tzw. Morzem Wewnętrznym (akwen między wyspami Honsiu, Kiusiu i Sikoku). Lepszego początku wedle recepty mistrza suspensu Hitchcocka nie sposób sobie wyobrazić. A co robi Flanagan? Sięga po zapomniany tomik absurdalnych humoresek Antoniego Czechowa (Antoszy Czechonte?) z 1882 roku – „Zadaczi sumasszedszego matiematika” (więc praktycznie debiut – Świerkocki twierdzi, że nikt tego tekstu na polski nie przetłumaczył; ja mu wierzę). Niby klasyka dziewiętnastowiecznej groteski; jakbym Rodocia czytał – pociąg ze stacji A wyjeżdża o trzeciej w nocy, by na stację B dotrzeć o jedenastej wieczorem; ale tuż przed odprawieniem przychodzi rozkaz, że ma dojechać do B o siódmej wieczorem… Kto jest bardziej wytrwały w miłości, mężczyzna czy kobieta? (Dokładnie tak mniej więcej – tekst przytaczam na odpowiedzialność Świerkockiego.) I to jest pytanie numer siedem, przechodzące płynnie od stylu studenckiej zgrywy (takiej nieco sophisticated…) w całkiem poważny dylemat egzystencjalny, który nigdy nie znajdzie ani zadowalającej, ani przesądzającej odpowiedzi.
Czechow też nie udzielił na nie takiej odpowiedzi – zresztą on nigdy na nic nie odpowiadał; wyspecjalizował się tylko w stawianiu pytań. Flanagan nie inaczej. Jego żywiołem jest droga, szukanie faktów po drodze, ale bez konieczności ustosunkowywania się. Literatura to sztuka tworzenia dylematów, lecz niekoniecznie natychmiastowego reagowania na nie. Niech wiszą w przestrzeni i przypominają, że kiedyś trzeba będzie się zdobyć na odpowiedź. Ale nie zaraz. I nie prozą… W tym „Pytaniu numer siedem” też za wiele odpowiedzi nie ma – w każdy razie tych z kategorii kategorycznych, przesądzających na wieki wieków. A przecież to jest rzecz o Hiroszimie! Między innymi…
Droga, jaką Flanagan prowadzi swą narrację (narrację w eseju?) zgoła reporterską ku eksplozji nad Hiroszimą (w sensie fizycznym to było uwolnienie energii procesu tzw. reakcji łańcuchowej, czyli niekontrolowanego rozszczepienia jąder uranu) okazała się być mocno pokręcona. Od Herberta George’a Wellsa – wielkiego pisarza (dziś powiedzielibyśmy, że jego ulubiony gatunek to science fiction), autora „Wojny światów”, „Wehikułu czasu”, Wyspy doktora Moreau”, „Niewidzialnego człowieka”. Onże Wells w 1914 roku (tuż przed Wielką Wojną) wydał powieść „Świat wyzwolony” – kiepską, ale kluczową dla naszej sprawy, albowiem to właśnie w tym tekście autor profetycznie przewidział, że w procesie rozpadu atomów uwolni się nadwyżka energii, no i skonstruowaną dzięki temu odkryciu broń nazwał bombą atomową. Od genialnego węgierskiego fizyka Leo Szilarda, który znał tekst Wellsa, a podczas gorącej kąpieli przemyślał sposób rozszczepienia atomów i był orędownikiem badań nad bronią nowego typu – dopóki nie przekonał się, że Niemcy jej nie mają. Aż do majora Ferebee, który tylko zwolnił zaczepy, utrzymujące Little Boya w komorze bombowej B-29…
No i chcąc nie chcąc – do Richarda Flanagana, który zaczął się jako pisarz, gdy miał dwadzieścia jeden lat i prowadził grupę turystów na spływ kajakowy górską, bystrą rzeką Franklin na Tasmanii. Tak się złożyło, że utknął na amen w kamienistym nurcie jednej z licznych tamtejszych katarakt; akcja ratunkowa trwała wiele godzin, a Flanagan omal nie utonął. Jego pierwsza powieść, „Śmierć przewodnika rzecznego” (1994), jest właśnie o tym wypadku. Nic zatem dziwnego, że w eseju autobiograficznym nie mogło zabraknąć tego momentu formacyjnego… Sukces wydawniczy był pokaźny, nic więc dziwnego, że bezimienną dotąd kataraktę na rzece Franklin nazwano (oficjalnie, na mapach) Flanagan’s Rapid, czyli Bystrze Flanagana. Może lepiej zabrzmiałoby: Wodogrzmoty Flanagana? Nie wiem – tak tylko mówię…
Flanagan sporządza dla czytelników intelektualną mapę wędrówki szlakiem swoich zdziwień, przekonań, wątpliwości, pytań i rozczarowań, pamięci i ucieczek od pamięci. Epatując szczerością, jak na esej autobiograficzny przystało, powoli wtapia się w tło i mimetycznie znika w deszczowym lesie Tasmanii – jak wspomniany już Thylacinus cynocephalus. Oczywiście nie całkiem – zostaje po nim złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń; jakby znał naszego Baczyńskiego. No i masa pytań, które nie doczekały się odpowiedzi. Macie teraz szansę spróbować choćby przyłączyć się do Richarda Flanagana…
Tomasz Sas
(17 10 2026)

Brak komentarzy