Naga prawda

26 maja 2022

Ryszard Ćwirlej 


Naga prawda
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA,
Warszawa 2022

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Gońcie się wszyscy… w Szamotułach

Dacie wiarę? Ten patentowany bęcwał i skurwiel, kretyn, dziwkarz i pijak Teoś Olkiewicz – uosobienie cnót wszelakich stanu osobowego Milicji Obywatelskiej, legenda poznańskiej dochodzeniówki (jaka formacja, takie legendy…) – wciąż żyje. Tyle że od jakiegoś czasu bawi na emeryturze w… Toskanii, wódeczki nie pije (wyrok lekarskiego konsylium), dupczyć też już nie za bardzo może. Ale pozwalają mu umiarkowanie popijać winko – zresztą co innego można robić w Toskanii, gdy jest się wielkopolskim pyrem, przypadkiem bogatym, ale wciąż głupim jak but i niewrażliwym na okoliczności przyrody tudzież dorobek tysięcy lat cywilizacji śródziemnomorskiej? Taki los na emeryturze zafundował mu Ćwirlej – widocznie lubi swego bohatera (i wiele mu zawdzięcza). Mniejsza wszakże z Teosiem. Bohaterami „Nagiej prawdy” są kontynuatorzy policyjnej chwały poznańskiej dochodzeniówki w drugim pokoleniu – z podkomisarz Anetą Nowak na czele.

Ta twardzielka z prawniczym dyplomem po staremu zasuwa szamotulskimi ścieżkami na ścigaczu suzuki strasząc miejscowe wampiry i innych popaprańców swą rudą czupryną ponadnormatywnej wielkości. Dróżki są szamotulskie, bo zmówieni mizogini z wojewódzkiej szurnęli ją do powiatu, by tam psuła krew kolegom i przełożonym. W takim Poznaniu upierdliwa pani komisarz jest jak wrzód na dupie, co wtrąca się do wielkiej polityki, którą (nieprawdaż?) tam robimy. A w takich, dajmy na to, Szamotułach jest co najwyżej broszką przy policyjnym mundurze, ocieplającą wizerunek naszej surowej, męskiej służby – czyż nie? A poza nią stary-nowy skład drugiego pokolenia poznańskich szkiełów, w tym syn Teofila – starszy aspirant Przemysław Drążkowski (który po tatusiu przejął na własność z dobrodziejstwem inwentarza pijalnię trunków „Świat Wódek”), ale w policji tyrał po staremu. Jest też między innymi aspirant Turek – ten, co zgrywał kowboja, ale poprzednio Ćwirlej uzbrajał go w jakiś gigantyczny i zupełnie nieregulaminowy rewolwer typu magnum, a teraz dał mu do kabury bębenkowiec gward .38 Special – rewolwer polskiej konstrukcji, który usiłowano wprowadzić na uzbrojenie policji w latach 90., ale się nie przyjął (bo, mówiąc nawiasem, kiepski był dość, choć zrobiony w Łodzi…). No i jest inspektor Mariusz Blaszkowski, co to zaczynał robotę jeszcze z Teosiem i legendarnym Marcinkowskim, jako młody pistolet z Piły (tymczasowo w ZOMO)…

Ćwirlej wykreował sobie taki fajny mikrokosmos bohaterów, z którym żal byłoby się rozstawać, bo ładnie i rozwojowo jest napisany. Podnoszę zatem supozycję, że to nie koniec. I dobrze – polskiej literaturze kryminalnej nie dostaje wglądu w życie codzienne normalnych, typowych policjantów i w ich egzystencjalne problemy. Jeżeli się pojawiają takie dylematy, to na skraju patologii: ciężki alkoholizm, przemoc w rodzinie, nieuczciwość śledcza, zabijanie, łapownictwo, zabór mienia… Nic w granicach polskiej normy, nic w granicach grupowego przyzwolenia – same zwyrodniałe ekscesy. A u Ćwirleja kontrolowana łagodność -jakiś niezobowiązujący skok bok, lekko nadmiarowe picie i tycie, problemy wychowawcze, umiarkowane niedostatki materialne, lecz nie skłaniające wprost do korupcji. Ale w sumie nic wielkiego…

Samą panią komisarz Nowak dręczą typowe dylematy życia towarzyskiego i uczuciowego, czyli (z braku czasu) niemożność znalezienia odpowiedzialnego partnera i założenia podstawowej komórki społecznej. Do tego stopnia, że sprawy bierze w ręce mamusia rzeczonej komisarz, zniewolona wizją dramatyczną staropanieństwa córeczki; z pomocą przyjaciółeczek wprędce znajduje i usiłuje naraić obiecującego kandydata o imieniu Adrian – perspektywicznego biznesmena w branży okiennej, na oko nawet ładnego. Ale z bliska ówże okazuje się cymbałem, prymitywnym głupkiem i chamem o buraczanej osobowości (a już w kwestii seksu – kompletna porażka: nieczuły egoista…). Wiele zatem wskazuje, iż pani podkomisarz poszuka stabilizacji uczuciowej w gronie kolegów ze służby, choć ryzyko zna…

Intryga kryminalna wykoncypowana tym razem przez Ćwirleja – mimo pewnych osobliwości intelektualnych – w zasadzie trzyma się kupy i prawdopodobieństwa. Najpierw dyrektor wydziału gospodarki nieruchomościami w Poznaniu budzi się nad ranem w towarzystwie martwej dziewczyny z poderżniętym gardłem. Za chwilę ktoś mu telefonicznie oferuje pomoc w „posprzątaniu” krwawego bałaganu, niedwuznacznie sugerując, że niebawem poprosi o odwzajemnienie przysługi. Pan dyrektor, idąc za radą kumpla – adwokata, wynajmuje prywatnego detektywa, by ustalił, o co w tym wszystkim biega… Jakoś tak chwilę później z jeziora koło Szamotuł wydobyto fabię z trzema trupami – zastrzelonymi kobietą i mężczyzną oraz dzieckiem. O tej samej mniej więcej porze poznańscy kryminalni zaczynają biedzić się nad sprawą pokawałkowanych zwłok młodej kobiety, znalezionych w kruszarni gruzu. A wspomniany aspirant Przemek Drążkowski ma do tego na głowie prywatne śledztwo: zaginęła kelnerka z jego baru „Świat Wódek”, zabierając ze sobą gotówkę z podręcznej kasy awaryjnej. Do tego zaczyna się pandemia: gadają już o lockdownie, a ten i ów skarży się na jakiś atak grypy czy inny mocny katar… Uaktywniają się płaskoziemcy, sceptyczni tropiciele globalnych spisków i sekciarze – osobliwie strona nagaprawda.pl. Innymi słowy – mocno zakręcona awantura.

Oczywiście o szczegółach i postępach donosić nie będziemy – mamy umowę i ona nadal obowiązuje. Godzi się wszelako powiedzieć, że stopień komplikacji, jak na możliwości fabularne prozy Ćwirleja dotychczas objawione, znaczny jest i pewien postęp intelektualny znamionuje. Słowo „postęp” dotyczy również, a może nawet w większym stopniu niż równy, przyrostu mocy intelektualnych funkcjonariuszy policji – co szczególnie wyraziście objawia się w wieloaspektowej pracy zespołowej. Funkcjonują – i to wcale nie na marginesie, ale na czele – oficerowie i aspiranci, biegli w nowych technikach pozyskiwania informacji i w łączności; dla wielu komputery nie mają tajemnic – surfują po sieci z wprawą hakerów, inni z werwą sterują dronami. Ale wciąż rdzeniem służby są funkcjonariusze robiący skuteczny użytek z umiejętności logicznego myślenia, analizy faktów, odległych nawet skojarzeń tudzież intuicyjnych iluminacji; działają wytrwali tropiciele śladów i badacze archiwaliów, hobbyści rzadkich specjalności i pasjonaci w dziedzinach ludzkich aktywności – wymyślonych przez cywilizację i kulturę, nader odległych od policyjnej rutyny. Ale nadal nie brak zawodowców w starym stylu, potrafiących jednym precyzyjnie wymierzonym ruchem dłoni zwiniętej w pięść wydatnie przyspieszyć jakże pożądaną przemianę zatrzymanego w podejrzanego. Machina funkcjonuje u Ćwirleja harmonijnie i sama pozbywa się niedostosowanych (lub ich pedagogicznie, przykładem własnym, przerabia w anioły). No po prostu pięknie… Może nawet trochę za pięknie.

Każdy, kto zna, choćby incydentalnie (w trybie jednorazowego kontaktu osobistego), istotę rzeczywistości policyjnej na szczeblu gminnego posterunku czy dzielnicowego komisariatu, wie doskonale, że nijak nie ma się ona do opisów literackich. I to jest fakt. Ale przecież mieć się nie musi, zwłaszcza w stosunku jeden do jednego. Literatura jest wolna od pęt rzeczywistości, a jej domeną nad wszystkie inne ważną jest fikcja. W sensie bardziej ścisłym: prawo do fikcji – w opozycji do obowiązku relacjonowania rzeczywistego stanu spraw. Takiego obowiązku nie ma i nikt go literaturze narzucić nie może. Natomiast harce obok, a nawet wbrew prawdzie – ależ proszę bardzo! Gdyby polska literatura kryminalna (a w gruncie rzeczy jej gałąź tzw. policyjna), chciała dochować wierności postulatowi realizmu opisu, wprędce przestałaby nosić miano kryminalnej – stałaby się mimowolną choć okrutną, persyflażową satyrą obnażającą niemoc intelektualną i wszelaką inną (poza brutalną siłą) aparatu ścigania nieporządku, występku i zbrodni. Wykrycie sprawcy przeciętnego przestępstwa przy użyciu sił (w tym ludzkich) i środków na poziomie podstawowym – powiedzmy: komisariackim – jest w naszych warunkach równie nierealne, co powtórka wyprawy na Księżyc. Złapać złodzieja samochodów niełatwo; łatwiej spałować kilka demonstrujących kobiet. Na szczęście literatura ma swe prawo do fikcji fabularnej – a Ćwirlej potrafi z tego prawa korzystać umiarkowanie, bez ostentacji i dezynwoltury. Przeto całość się czyta nie bez takiej sobie przyjemności. Aczkolwiek z moszczącą się gdzieś w tyle głowy świadomością, że to tylko bajka – jaka mogłaby się ziścić, gdyby policją dowodzili policjanci (prawdziwi). No, ale jest jak jest – literatura słabo styka się z życiem. I dobrze. Tak jest chyba lepiej dla obu wysokich umawiających się stron. Wszak idzie o to, by jak najdłużej dało się jedno odróżnić od drugiego…

Dlatego, gdy wszystkie nici intrygi „Nagiej prawdy” przetną się znienacka w lesie w okolicy Szamotuł, dobrze jest wiedzieć, że to tylko pieczołowicie i z pewną taką fantazją skonstruowana bajka fabularna – mimo pozorów podobieństwa do rzeczywistości. Nie dajcie się tedy zaskoczyć. A Ćwirlej doskonałym (coraz doskonalszym) bajkopisarzem jest.

Tomasz Sas
(26 05 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *