Bitwa o Midway

31 maja 2022
Bitwa o Midway. Najważniejsza bitwa morska XX wieku
Craig L. Symonds
naukowa monografia hstoryczna
Wydawnictwo Znak Horyzont
26 05 2022
512

Craig L. Symonds 


Bitwa o Midway
Przełożył Fabian Tryl
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 2/5

Nieudana poprawka

Kidō Butai, Kidō Butai… Brzmi łagodnie – jak jakiś egzotyczny kwiat albo nazwa potrawy typu miseczka ryżu na słodko z sojowym mleczkiem. Takie to już są osobliwości języka japońskiego… Z samego brzmienia słów – poza nielicznymi wyjątkami – nie sposób niczego wywnioskować o ich ładunku emocjonalnym. Ale dajmy pokój lingwistycznym splątaniom – tym bardziej, że nie mają jakiegokolwiek znaczenia, poza zabawą (pamiętacie „Barwy ochronne” Zanussiego?). W japońskiej rzeczywistości epoki II wojny światowej, a zwłaszcza militarnej, nazwa Kidō Butai oznaczała wszystko, co najlepszego Dowództwo Połączonej Floty Cesarstwa Nipponu mogło wystawić do boju przeciw każdemu przeciwnikowi, którego łaskawie, kierując się wolą bogów i najwyższym rozumem, wskazałby cesarz. Dokładnie oznacza to „siła mobilna”, choć istotę rzeczy samej lepiej oddaje tłumaczenie „siła uderzeniowa”. Co to było? Zgodnie z doktryną wojenną floty (skądinąd dość świeżej daty), doktryną spersonalizowaną przez admirała Isoroku Yamamoto (dowódcę floty od 1 września 1939 roku…), ale wymyśloną głównie przez genialny „strategiczny mózg” cesarskiej marynarki wojennej – komandora Minoru Gendo – było to zgrupowanie sześciu największych lotniskowców floty, przenoszących łącznie na pokładach ponad czterysta samolotów bombowych, torpedowych i myśliwskich.

W owym czasie – czyli w latach trzydziestych XX wieku flota japońska – podobnie jak konkurencyjne (i porównywalne z nią) floty amerykańska i brytyjska (bo zaprzyjaźnione z japońską marynarki niemiecka i włoska miały jednak inne programy i priorytety) – trawiona była od wewnątrz (czyli strukturalnie i koncepcyjnie) pewnym sporem intelektualno-strategiczno-personalnym między admirałami „pancernikowymi” a admirałami „lotniskowcowymi”. To tak w największym skrócie… Innymi słowy: chodziło o to, jak mierzyć (a potem wykorzystywać) siłę ognia jednostek pływających – wielkością kalibrów i liczbą luf artylerii głównej tudzież masą jej salwy, czy też liczbą i zasięgiem torped tudzież bomb lotniczych przenoszonych przez samoloty pokładowe. Spór na gruncie teoretycznym – na papierze z wyliczeniami i na mapach – miał wiele interesujących dylematów, nie zawsze rozstrzyganych przy udziale praw logiki czy matematyki. W wielu flotach świata, zwłaszcza tych z wielowiekowymi tradycjami, przywiązanie do reguł i uświęconych hierarchii paraliżowało proces decyzyjny w sytuacjach nietypowych, wykraczających poza rutynę. Ba, wręcz zabronione było stawianie pytań, nie wspominając już o składaniu raportów z nowymi pomysłami na piśmie. No i ta pogarda dla faktów – im więcej pasków na rękawach, tym większa…

Mnie na przykład o zdumienie i zaraz potem o głęboką refleksję nad osobliwościami pokrętnej natury ludzkiego umysłu zawsze przyprawiała konieczność zrozumienia, że w najkorzystniejszych okolicznościach prowadzenia ognia zasięg artylerii głównej najpotężniejszych pancerników oscylował w granicach 20 – no, najwyżej (i raczej teoretycznie…) 25 mil morskich, czyli mniej więcej w granicach widoczności po horyzont (maksymalnie w idealnych warunkach 28 mil…), a zwykły samolot przesuwał tę granicę kilkakrotnie – wraz z identyczną, jeśli nie większą siłą ognia. I choć przekalkulowano to na papierze i dowiedziono na manewrach, pancernikowi admirałowie uparcie trzymali się mniemania, że lufa (najlepiej kalibru około 460 milimetrów) jest lepsza od samolotu bombowego czy torpedowego, przenoszącego półtonowy ładunek wybuchowy o 300 kilometrów dalej. Intelekt ludzki doprawdy bywa zadziwiający…

No, ale wobec niemożności definitywnego rozstrzygnięcia i przesądzenia sporu w marynarce cesarskiej Japonii zapanowała boska (i delikatna) równowaga. Siły pancerne były oczkiem w głowach i dumą admirałów (superpancerniki „Yamato”, „Musashi” i „Shinano” – ten trzeci w budowie), choć roli nie odegrały żadnej, poza generowaniem kosztów. Ale frakcja postępowych admirałów lotniskowcowych wywalczyła, że dwa kadłuby po circa 40 tysięcy ton, szykowane dla pancerników (co zakwestionowano w traktacie waszyngtońskim) przebudowano na lotniskowce, po mniej więcej 90 samolotów różnych typów każdy. Dzięki tej decyzji zasoby marynarki powiększyły się o okręty „Kaga” i „Akagi”. Poza nimi flota zbudowała jeszcze cztery duże okręty tego typu – dwa całkiem nowe, zaprojektowane jako lotniskowce „Shōkaku” i „Zuikaku” (po mniej więcej 32 tys. ton i po 72 samoloty) i dwa na adaptowanych kadłubach: „Sōryū” oraz „Hiryū” (oba po mniej więcej 20 tys. ton i 60 samolotów).

W tych okolicznościach admirał Yamamoto miał do dyspozycji sześć całkiem sporych okrętów, z których sformował – dzięki sugestiom komandora Gendy – jeden zespół uderzeniowy; kilka mniejszych lotniskowców ze względów technicznych (po prostu były zbyt powolne) nie nadawało się do wspólnej służby. Kidō Butai rozpoczęła wojnę Japonii z USA i zadała natychmiastowy, spektakularny oraz bolesny (technicznie i prestiżowo) cios marynarce Stanów Zjednoczonych, niszcząc trzon Floty Pacyfiku w bazie Pearl Harbor na Hawajach. Dowódca Kidō Butai, wiceadmirał Chūichi Nagumo, okrył się sławą, czego propaganda wojenna Nipponu nie omieszkała skwapliwie wykorzystać, ale zwycięski, zabójczy atak miał rozległe konsekwencje, których Japończycy zapewne woleliby uniknąć…

Po pierwsze – z czego Yamamoto zdawał sobie boleśnie sprawę, ale nie zdołał przekonać nikogo w rządzie ani w dowództwie armii – wyrządzone w ataku straty materialne i militarne były doprawdy drugo-, a noże nawet trzeciorzędne wobec wywołania zjawiska długotrwałego i powszechnego… wkurwienia społeczeństwa amerykańskiego, co niesłychanie wzmogło jego zdolności mobilizacyjne. Po drugie – wielkie zwycięstwo w Perłowej Zatoce, w postaci posłania na dno (płytko skądinąd) trzonu sił pancernych amerykańskiej floty, wymusiło na sztabowcach marynarki błyskawiczną i trochę improwizowaną zmianę koncepcji strategicznych użycia okrętów – po prostu musieli walczyć tym, co im zostało. A zostały… lotniskowce, więc to do nich trzeba było dopasować plany wojenne na morzu. Tak się bowiem złożyło, że samoloty Nagumo nie zbombardowały żadnego lotniskowca w Pearl, bo… ich tam nie było (akurat wyszły z portu). Po akcji napaleni entuzjaści zarzucali Nagumo, że nie uruchomił drugiej fali nalotu, by dobić bazę w Pearl, ale Yamamoto, choć nie miał wysokiego mniemania o rycerskich cnotach i skłonności swego podwładnego do bitewnego hazardu, tym razem gotów był mu wybaczyć nadmierną powściągliwość. Właśnie przez te lotniskowce, których nie było. Wprawdzie Kidō Butai mogła na nie zapolować, ale równie dobrze to Amerykanie mogli zaskoczyć Kidō Butai ze spuszczonymi portkami – w trakcie tankowania albo przezbrajania eskadr na przykład…

A gdyby któryś z admirałów pancernikowych po Pearl jeszcze podskakiwał, to wystarczyło podrzucić mu na biurko krótki (bo i sama akcja trwała krótko) raport z pewnego wydarzenia na Malajach – 10 grudnia 1941 roku, ledwie trzy dni po Pearl… Wprawdzie dotyczyło ono głównie Royal Navy – trzeciej (i nieznacznie tylko zaangażowanej) strony konfliktu pacyficznego, ale było za to niezwykle wymowne, zgoła podręcznikowe. Oto zespół dwóch wielkich okrętów królewskiej floty – nowy pancernik HMS „Prince of Wales” (rocznik 1939), opromieniony morską chwałą po udziale w akcji zatopienia „Bismarcka” na Atlantyku, oraz krążownik liniowy HMS „Repulse” (w służbie od 1916 roku) – teoretycznie miał zapobiec desantowi japońskiej armii na Malajach. Ale w pobliżu portu Kuantan japońskie lotnictwo bombowo-torpedowe startujące z baz w Indochinach, dopadło słabo broniony z powietrza zespół – w ciągu niespełna półtorej godziny oba wielkie okręty poszły na dno, bowiem środkami własnymi i lichej eskorty nie potrafiły się obronić. I to w zasadzie był spektakularny koniec pancerników w planowaniu i przeprowadzaniu operacji morskich. Te, które zostały w służbie, spadły do roli silnej eskorty zespołów lotniskowców (po wzmocnieniu ich artylerii przeciwlotniczej, nawet kosztem zdjęcia artylerii głównej…). Aha, używano ich też w roli pływających baterii artyleryjskiego wsparcia operacji desantowych.

Admirał Yamamoto i jego sztabowcy, choć formalnie odnieśli wielkie sukcesy, czuli jednak pewien niedosyt, a nawet coś w rodzaju wątpliwości i lekkiego mrowienia na plecach. To przez te lotniskowce, których nie było w Pearl. Zdecydowano zatem o konieczności niezwłocznego poszukiwania okazji do… poprawki rezultatów pierwszego starcia. Póki japońska przewaga na morzu i w powietrzu (tak się przynajmniej zdawało cesarskim admirałom) jest wyraźna i pomału rosnąca. I o tym właśnie traktuje fundamentalna, wyczerpująca temat, wszechstronna praca Craiga L. Symondsa – „Bitwa o Midway”. To wielce satysfakcjonująca lektura…

Autor, chwalony już bez umiaru w tym blogu z okazji wydania monumentalnej „II wojny światowej na morzu”, tym razem wspiął się na wyżyny precyzji dokumentalnej, z mistrzostwem rasowego opowiadacza oscylując między relacjonowaniem rozstrzygających sztabowych gier wojennych z udziałem setki admirałów, a przeżyciami zestrzelonego pilota (w randze podporucznika), dwa dni kolebiącego się na środku oceanu w tracącej powoli powietrze ratunkowej tratewce typu dinghy. Symonds z mistrzowską wprawą potrafi przejść od ogółu do szczegółu i z powrotem, jednako przykuwając uwagę czytelnika i bezkolizyjnie łącząc perspektywy wąskie oraz szerokie. Ten styl narracji, wykoncypowany i z sukcesem wypróbowany przed laty przez Corneliusa Ryana w „Najdłuższym dniu” (1959) – epopei o lądowaniu w Normandii, zdominował monumentalną literaturę batalistyczną. Lecz cóż – nie jest to łatwa formuła opowiadania. Nie dość, że trzeba się przekopać przez tysiące map i stron dokumentów sztabowych, to jeszcze brnąć wypada przez niemniej obfity urobek pamiętnikarski, przez relacje osobiste uczestników wydarzeń na różnych szczeblach, a do tego wszystko to trzeba skorelować, poustawiać w jakim takim porządku, dopasować (na ogół robią się z takiej narracji największe puzzle świata) i przede wszystkim zweryfikować, zweryfikować, zweryfikować… Symonds posiadł wszystkie niezbędne umiejętności – i jako profesor historii, i jako oficer rezerwy (w stopniu kapitana) marynarki – chociaż, jak się wydaje, na morzu nigdy nie służył; pływał co najwyżej incydentalnie, gościnnie…). No i zrobił z tych umiejętności użytek!

Oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru streszczać relacji Symondsa – czytajcie sami, bo jest co czytać! Szczegół goni szczegół, rozważania strategiczne i operacyjne skomponowane są z setkami okruszkowych, często jedno- lub półzdaniowych relacji uczestników. Nie sposób się oderwać od lektury. Dopiero przy wnioskach warto zwolnić, zatrzymać się wręcz, nawet trochę zawrócić i pospekulować. Do tej bowiem pory w zasadzie w opisach i analizach (czasem nawet bardzo poważnych, robionych całkiem serio – bez taniej publicystyki i propagandy) dominował pierwiastek transcendentalny, przypisujący amerykańskie zwycięstwo… ingerencji sił nadprzyrodzonych, ingerencji wręcz nazywanej cudem. Symonds cudowność Midway odrzuca, argumentując, że to po prostu kilku amerykańskich admirałów (Nimitz, Fletcher, Spruance) i wyższych oficerów (głównie wywiadu i lotnictwa pokładowego), wykazało się profesjonalizmem najwyższej próby, dobrym przygotowaniem, inteligencją ponad potrzeby służby, umiejętnością szybkiej reakcji na zmienne warunki, zdolnością improwizacji, skalkulowanego ryzyka oraz – last but not least – umiejętnością słuchania mądrych podwładnych (wraz z umiejętnością odróżniania bez sentymentów – mądrych od głupich), Czyli tym wszystkim, czego marynarka wymaga od swego oficera (niezależnie od stopnia). Szczęśliwie się złożyło, że akurat ta garstka podejmowała kluczowe decyzje (albo potrafiła się im przeciwstawić). Czyli nic cudownego – po prostu dobrzy ludzie…

Oczywiście trzeba przyjąć racjonalne założenie, że w tym starciu to nie przypadek odegrał zasadniczą rolę. Ale… W cudowności mechanizmów wojny tkwi być może coś romantycznego, nieoczekiwanego… No bo jak to? Słabsi jednak wygrywają? Coś w tym musi być cudownego. Ale może – analizując wojnę – trzeba po prostu robić bardziej pogłębione analizy; liczyć nie tylko lufy, samoloty, ludzi, wagę salwy burtowej czy grubość pancerza. Chyba jednak trzeba pomierzyć (choć to trudne, zgoła niemożliwe) inne imponderabilia towarzyszące walczącym stronom. Ale dlaczego bitwa o mały atol zagubiony dokładnie na środku oceanu (nazwa Midway to oznacza…) była aż tak przełomowa? Odpowiedź jest prosta. Jedna z walczących stron miała duże możliwości odtworzenia zasobów, sił i zdolności bojowych, druga – nie miała ich prawie wcale. Po stracie czterech lotniskowców (trzech w ciągu kilkunastu minut walki, czwartego jeszcze tego samego dnia, przed zachodem słońca) Japonia nie miała czym ich zastąpić. Amerykanie przeciwnie – ich możliwości replikacji sił były w zasadzie nieograniczone. Stocznie, fabryki samolotów, szkoły pilotażu pracowały jak taśmy w fabryce Forda w Dearborn. O wyniku wojny na morzu przesądziły różnice potencjałów gospodarczych. Ofiara krwi, zuchwałość, odwaga i dyscyplina to nie wszystko – ważne, czy z pochylni stoczniowych statki i okręty spadają jak kiełbaski do kotła. Tamta wojna nie była ani rycerzem na białym koniu, ani marynarzem za sterem szarżującego z torpedami okrętu – była robotnikiem (płci obojga zresztą) ze spawarką czy nitownicą w stoczni, hutnikiem walcującym pancerne blachy. Warto i wypada o tym pamiętać.

Tomasz Sas
(31 05 2022)

PS. Wyraziłem kiedyś przekonanie, że któryś z zespołów redagujących wydawnictwa Znak upora się w dającej się przewidzieć przyszłości z zawiłościami tytulatury i nazw stopni wojskowych w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych. Może tak się stanie – ale jeszcze nie tym razem. Tym razem wciąż mamy chaos w używaniu rang i tłumaczeniu ich nazw na polski. Z lektury „Bitwy o Midway” odniosłem wrażenie, że w tej wojnie w ogóle nie uczestniczyli kapitanowie, czyli oficerowie najwyżsi rangą w grupie oficerów młodszych – oficerowie podstawowi w łańcuchu dowodzenia, pełniący funkcje dowódców pododdziałów – a w lotnictwie pokładowym marynarki – dowódców eskadr, zastępców dowódców dywizjonów, jeśli taką funkcję przewidywała tabela etatów, a czasem zgoła dowódców dywizjonów; a poza tym w marynarce kapitanowie bywali dowódcami mniejszych okrętów, aż do klasy niszczycieli włącznie. A tu u Symondsa pustka – w ogóle nie ma kapitanów w tej marynarce. To znaczy oczywiście są, tylko zostali źle przetłumaczeni i źle przyswojeni. Otóż w US Navy były w owym czasie (są i teraz) trzy stopnie oficerów młodszych: ensign (podporucznik – dosłownie oficer sygnałowy; tradycja zawleczona jeszcze z epoki żaglowców), lieutenant junior grade (porucznik) i lieutenant (znaczy kapitan, choć w tłumaczeniu dosłownym, mechanicznym – oczywiście lieutenant to porucznik…). Więc wszędzie tam u Symondsa, gdzie pojawia się ranga porucznika, może też chodzić o kapitana; trzeba zatem kontekst zbadać. W obrębie stopni oficerów starszych też (na nasze…) niezły bałagan. Najniższy to lieutenant commander, czyli komandor podporucznik, potem idzie commander – komandor porucznik i na końcu captain – czyli komandor tzw. pełny. Ale aż się prosi, by angielskie słówko „captain” tłumaczyć jako kapitan. Rozumiem, ale to niedobrze… A poza tym w marynarce wojennej słowo to ma tylko jedno znaczenie: jest nazwą stopnia wojskowego. Nie można go użyć jako zamiennika słowa dowódca. Kapitan w znaczeniu dowódca jednostki pływającej jest tylko dopuszczalny w marynarce handlowej. We flocie wojennej dowódca okrętu to dowódca okrętu. Tylko. Czyli po angielsku commanding officer albo officer-in-charge; czasem zwyczajowo, skrótowo, kolokwialnie – skipper. Żywię nadzieję, że ktoś to kiedyś opanuje – nie tylko w Znaku; w innych wydawnictwach też… I jeszcze jedno przy okazji – stosowana w Japonii reguła zapisu japońskich nazwisk każe umieszczać najpierw miano rodowe, a potem imię indywidualne. U nas odwrotnie. I co do zasady – można stosować w praktyce nasz zapis wobec japońskich nazwisk – czyli imię/nazwisko. W monumentalnych drukach tego typu, jak „Bitwa o Midway” warto byłoby się postarać o ujednolicenie – można tak, można odwrotnie, ale zawsze tak samo i wobec wszystkich. Bo teraz taki na przykład komandor Genda raz jest Genda Minoru, innym razem Minoru Genda. Można pomyśleć, że to dwaj różni faceci… TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *