Empuzjon

7 czerwca 2022
Empuzjon
Olga Tokarczuk
horror
Wydawnictwo Literackie
1 06 2022
395

Olga Tokarczuk


Empuzjon
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Czarodziejski Dół

To jest pomysł – osobliwy, ale godzien oczekiwań (albo i nadziei zgoła…), jakie czytający świat ulokował w spodziewanej postnoblowskiej aktywności artystycznej laureatki. Tłumy kibiców nie wiadomo skąd wyrojonych (nie tylko życzliwych) ze znawstwem gapią się jej na ręce, grzebią w papierach, zadają dociekliwe pytania, coraz swobodniej (ma się rozumieć – anonimowo) hejtują – i wstecznie, i na zapas… A biedna (no, może niezupełnie) noblistka między podróżami, promocjami, wykładami, wywiadami usiłuje wykroić czas na pisanie, bo przecież musi (choć teoretycznie nic nie musi) czymś publiczność zaskoczyć, by dowieść, że Nobel to nie kredyt emerytalny.

Pomysł, który w tym celu zmaterializowała – jako się rzekło: osobliwy i odrobinę nawet jakby łobuzerski, prowokacyjny, przewrotny – co do istoty jest jednak literaturą w stanie czystym, w tym osobnym stanie skupienia materii. Zarazem twardym jak skała i nieuchwytnym, płynnym, przeciekającym przez palce, rozłażącym się jak mgła. Bezwonnym i bezgłośnym – ale zarazem przesyconym na przykład jesiennoleśnym zapachem gór i na przykład akustyką wszechobecnej choroby. Koncept użyty przez Tokarczuk nie jest prozatorskim zamachem na wielką powieść, nie dźwiga monumentalnej etykiety. Ot, mały przyczynek, może osobisty, lżejszego kalibru aneks do wielkiej dysputy o powinnościach, o przyjemnościach, o fenomenie płci, o trudzie egzystencji, o słabościach natury ludzkiej. I to wszystko w postaci wyspekulowanego dialogu – nie całkiem wprost – ale jednak polemicznego, konfrontacyjnego, zaczepnego, demaskatorskiego. I to z nie byle kim ani czym, ale z samą „Czarodziejską górą” Tomasza Manna. Zamysł zuchwały, ale przecież dozwolony – tak długo, jak nie idzie tylko o proste zwalenie monumentu z piedestału. A nawet gdyby o tamto szło – to co, nie można? Ależ można! Tylko trzeba mieć coś niecoś do powiedzenia. A Tokarczuk ma. I to ile!

„Czarodziejska góra” – nic nie mówię, powieść wielka; mieści się bezspornie na mojej prywatnej liście pięciu najważniejszych europejskich dzieł prozatorskich XX stulecia. (Które to pozostałe cztery? Ależ proszę bardzo (kolejność przypadkowa): „Ulisses”, „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, „Mistrz i Małgorzata”, „Imię róży” – z poważaniem; zawsze gotów do dysputy. TS). Dzieła Manna raczej nie da się zdefiniować jedną formułą – ma aż nadto uniwersalnych znaczeń i odniesień, ale dla naszych potrzeb załóżmy prowizorycznie, że osią (powiedzmy raczej: jedną z osi) „Czarodziejskiej góry” jest sui generis spór – fundamentalny i egzystencjalny, w ogólniejszym sensie światopoglądowy, ale nie tylko teoretyczny. Może nie całkiem mefistofeliczny, ale zapewne zaratustriański – spór o duszę. I to nie jest spór między posiadaczem duszy, który jej broni (lub wystawia na hazard) a potencją transcendentalną. Nie – w tym sporze dusza jest przedmiotem gry intelektualnej między reprezentantami dwóch porządków (a każdy na swój sposób jest atrakcyjny…) działających z zamiarem zdominowania, podporządkowania sobie rzeczonej niewinnej, nie obciążonej jeszcze ukształtowanym poglądem na świat, duszyczki. Zresztą wystarczy rzucić dwa nazwiska: Naphta i Settembrini – Pierwszy to konserwatywny katolik, jezuita, żarliwy fundamentalista, drugi – liberalny racjonalista, wolnomyśliciel (ko wie, czy nie mason; ale tego nigdy nie wiadomo na pewno…) i orędownik postępu we wszelkich możliwych takowego aspektach. Wydawałoby się, że terminalna sytuacja egzystencjalna sanatorium przeciwgruźliczego powinna mocno zheblować ostre szpice takiej dysputy – ale nie w „Berghofie” w Davos. Obaj adwersarze ostry wiodą spór o zasady i imponderabilia, nader często balansując na ekstremalnych krawędziach terytorium dopuszczalnego dialogu. A młody Hans Castorp tkwi na osi tego sporu, nie odnajdując wektora dla siebie…

Pani Olga Tokarczuk z pełną dezynwolturą skorzystała z powieściowej struktury Manna, układając fabułę swego „Empuzjonu”. Notabene – piękne starogreckie słowo ten empuzjon, wprost z poetyki arystofanejskiej – jakby wywiedziony z sympozjonu, ale tyczący się raczej zgromadzenia potworów, duchów zła – jakby taki starogrecki sabacik czarownic… Jeśli to miał być krytyczny dialog z „Czarodziejską górą”, to posadowienie fabuły w Görbersdorfie (współczesna nazwa: Sokołowsko…) wydawałoby się naturalne. Ostatecznie sanatoryjne Davos zostało założone na wzór i podobieństwo sudeckich zakładów terapii przyrodoleczniczej i klimatycznej ufundowanych przez niejakiego doktora Brehmera. Gdzieżby zatem miała się toczyć akcja opowieści w zamyśle dialogujących z tekstem Manna, jak nie w Görbersdorfie? Zwłaszcza że autorka gatunkowo zdefiniowała swój tekst jako horror przyrodoleczniczy… A jak horror – to w Sudetach oczywiście, w samym sercu krainy Rübezahla i jego podwładnych. Kto był w nieodległym Międzygórzu, ten wie, że tamtejsza kolekcja gnomów i trolli to zgromadzenie autochtonów, a nie importowanych potworków z galaktyki braci Grimm w heskim Westerwaldzie.

Olga Tokarczuk nie miała chyba zamiaru przywalenia „Czarodziejskiej górze”. To, jeśli dobrze odczytałem jej intencje, próba opowiedzenia historii równoległej, w sanatoryjnych dekoracjach, ale ze swoimi osobistymi didaskaliami (horror – to zobowiązuje; trzeba koniecznie postraszyć…). Rzecz wszelako nie w tym, by odnajdywać podobieństwa i różnice, takowe analizować i podejmować próby krytycznego, komparatystycznego uporządkowania obu równoległych fabuł. Ani nie w tym, by twórczo wykorzystać gotowy schemat opowiadania i wcisnąć weń własne treści… Pokusa oczywiście istnieje, bowiem społeczność sanatoryjna – o tyleż przypadkowa, o ile przymusowa zarazem – jest idealnym środowiskiem i równocześnie tworzywem skomplikowanych intryg i interakcji, wypreparowanych ze styczności ze światem, ale potencjalnie połączonych więzami lub mniemaniami z przeszłości. Za to bez przyszłości… Znakomite środowisko literackiego knucia. Podobnie jak gromada uczestników rejsu transoceanicznego, goście w odciętym przez lawinę schronisku, jak pasażerowie wagonu sypialnego pociągu odciętego w tunelu przez trzęsienie ziemi… Uzdrowisko jest mikrokosmosem. Prozatorskim preparatem. Szalką Petriego, na której ręka i myśl autora wysiała emocje, lęki, nałogi, uprzedzenia, mity i urojenia, a one sobie teraz rosną na pożywce z mieszaniny nadziei z dyscypliną. Herr Tomasz Mann – jak się wydaje – wyeksploatował ten pomysł do imentu, odbierając wszelkie szanse naśladowcom, epigonom, krytykom czy małodusznym poprawiaczom. Pani Olga Tokarczuk zagrała zatem va banque, na bezczelnego, nie kryjąc się ze swymi zamiarami przeprowadzenia krótkiego, acz treściwego dialogu krytycznego, może nawet do pewnego stopnia ironicznego, dekonstrukcyjnego albo zgoła demaskatorskiego.

Więc skoro Mann swą scenę ustawia w Davos, to ona – w Görbersdorfie, która to mieścina ma większe prawo zaistnienia, bo prawo pierworództwa. Gdy Mann na swą scenę wprowadza Hansa Castorpa, dwudziestotrzyletniego prawie dyplomowanego inżyniera okrętownictwa z Hamburga, to ona – rówieśnego Mieczysława Wojnicza, też niemal skończonego inżyniera (tyle że wodno-kanalizacyjnego) ze Lwowa. Mann rysuje scenografię w postaci gigantycznego górskiego sanatorium „Berghof”, którego pałac płynie przez alpejską dolinę jak transatlantyk dryfujący przez gliniankę. Za to pani Olga wsadza swych bohaterów do kameralnego pensjonatu dla panów (by lepiej nad nimi panować?). Mann zaludnia swoje uniwersum osobliwymi postaciami – i Tokarczuk nie pozostaje w tyle, kreując niezgorsze panoptikum, w niczym mannowskiemu nie ustępujące, a może zgoła lepsze, bo bardziej zwarte (w sensie dramatycznym, jako decorum…). Hans Castorp ma swoją Kławdię Chauchat – to i Wojnicz dostał damę w wielkich kapeluszach, dziwnym trafem też Rosjankę…

I tak się toczy ta gra podobieństw. Bazo przyjemna gra literacka dla tych, którzy „Czarodziejską górę” czytali i pamiętają. Jeśli nie – czas najwyższy nadrobić… W każdy razie percepcja „Empuzjonu” bez „czarodziejskogórskich” afiliacji nie będzie pełna i satysfakcjonująca. Ale możliwa, wciąż możliwa. Ma bowiem „Empuzjon” swoje partykularne zalety. Jedną z nich jest ten specyficzny klimat horroru, którego proza Manna programowo nie sięga. O ile bowiem „czarodziejska góra” sanatoryjnego Berghofu w Davos jest z woli autora praktycznie eksterytorialna, o tyle w Görbersdorfie dochodzi do silnej osmozy między formalnie obcym ciałem, jakim jest to uzdrowisko, a górskim pejzażem z jego dzikim, żyjącym wedle magicznych rytuałów i przesądów sudeckim ludem. Ów stan osmotyczny mocno wspiera niezawodna w takich wypadkach swojska nalewka schwärmerei – wieloziołowa niewątpliwie, lecz z nutą czegoś trudno uchwytnego, niezwykłego. Ustalono później, w toku fabuły, ponad wszelką wątpliwość, że podstawą tej niezwykłej nuty był wywar z niepozornych grzybków, zwanych kołpaczkami (wtedy jeszcze nie wiedziano, że to psylocybina, silny środek halucynogenny, wywołujący wizje i majaczenia…). Zresztą nazwa tej nalewki – schwärmerei – oznacza marzenie, fascynację, czar… Ten ostatni synonim po niemiecku brzmi zauber, a przecież Mannowska „Czarodziejska góra” to w języku oryginału „der Zauberberg”

Zaprawdę – wyszukiwaniem wspólnych węzłów oraz interferencji można się bawić długo i, co równie ważne – twórczo, ale nie chcę nikomu odbierać przyjemności robionej na własny rachunek, samodzielnie prowadzonej tej fascynującej zabawy literackiej. Natomiast rodzi się pytanie, czy w tym „Empuzjonie” jest coś więcej, niż igraszki wielce intelektualne, przypominające w gruncie rzeczy łaskotanie tygrysa. Otóż jest. Ale co? Jeśli dobrze się zastanowić – to oprócz wielce satysfakcjonującej umysłowo formy literackiej – ważnym sensem „Empuzjonu” jest feministyczny z ducha, antymizoginistyczny manifest ideowy. Wedle zamysłu autorki uczestnicy dialogowych sporów w jej intrydze przemawiają (przeciw kobietom – ma się rozumieć…) za pośrednictwem gotowych formułek, cytatów lubo też parafraz realnie sformułowanych tez filozofów, pisarzy, artystów i innych liderów myśli. Od antyku (Platon, Owidiusz między innymi) po Fryderyka Nietzschego… Ta namiętna antyżeńska filipika zostaje wywrócona na nice przez przemianę głównego bohatera. Innymi słowy: cycki Tejrezjasza… I to akurat niech was cieszy, bracia i siostry – siostry zwłaszcza. A radość z lektury nowej powieści Tokarczuk sięgnie szczytu, gdy zorientujecie się, kto też jest narratorem (oczywiście czułym – wedle obowiązującej terminologii…) w tej fabule. Bardzo przyjemnej lektury życzę, choć z prośbą o zachowanie ostrożności…

Tomasz Sas
(7 06 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *