Plac Senacki 6 PM

12 czerwca 2022

Vincent V. Severski 


Plac Senacki 6 PM
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2022

Rekomendacja: 4/5
Ocena okładki: 3/5

Pracowite Boże Narodzenie w Helsinkach

Od lat lubię Severskiego – z paru powodów rozmaitych, wśród których niezbyt ważny, ale niezupełnie bez znaczenia jest ten, że w trybie pewnej szeroko zakrojonej aproksymacji buźki mamy do siebie nawzajem podobne; jakoś tak… Ale lubię przede wszystkim dlatego, że jest dobrze poinformowanym profesjonalistą, po wtóre – że jest do tego piekielnie utalentowany literacko (bowiem zakładam, że nie zatrudnia ghostwritera), a po trzecie – że z talentów swoich robi dobry użytek – tak się przynajmniej na pierwszy rzut oka wydaje… No i skromny jest, raczej mało transparentny tudzież umiarkowanie cyniczny. Ma wszelkie kwalifikacje, by go lubić jako pisarza, choć był (a może wciąż jest)… oficerem wywiadu (podobno w stopniu pułkownika). Ale to przecież talentowi nie szkodzi.

Oczywiście – prawdziwemu talentowi nic nie szkodzi – nawet wysoki stopień wojskowy. Przeciwnie – to raczej zaleta, a w każdym razie certyfikat powściągliwości. Optymalne parametry i okoliczności przyrody w cichej służbie pozwalają nieomylnie odcedzić (czasem robi to sama Matka Natura…) „münchhausenów” i „scenarzystów”, którzy – po uwolnieniu się z okowów tajemnicy – zasilają swymi niepospolitymi osobowościami targowisko literatury cierpliwie (ale z trudem) znoszącej chwalipięctwo. Toteż gdy na rynku pojawi się umiejący opowiadać zawodowiec nieskory do konfabulacji, literatura wpada w zachwyt, czerwony dywan ściele i nakładami mami. Tak było z Severskim zapewne – gdy ktoś ma: a) coś do powiedzenia i b) do tego tknięty został iskrą bożą – to się mu robi miejsce. Zresztą nie on pierwszy – to znaczy w literaturze krajowej raczej pierwszy (i lepszy…), ale na świecie to dość typowa i owocna ścieżka metamorfozy – dość wspomnieć takie popularne nazwiska jak Ian Fleming czy John le Carre.

Severski pisze o tym, na czym się zna, więc jego gatunek to thriller szpiegowski. Osiem tytułów (jest i dziewiąty, ale to nie fabuła, tylko dokumentalna biografia bohaterskiej agentki) i ponad pół miliona nakładów. To dowód, że jego przemiana miała sens. Zwłaszcza debiutancka tetralogia „Nie-” („-legalni” „-wierni”, „-śmiertelni”, „-pokorni”) zrobiła duże wrażenie na czytelnikach i krytyce swym bezkompromisowym wejściem w komercyjne szranki. Bo to satysfakcjonujące lektury… Wiadomo skądinąd, że literackie intrygi szpiegowskie z natury rzeczy nie są (bo i tak być nie mogą) prostymi odwzorowaniami rzeczywistych zdarzeń – w stosunku jeden do jednego. Bywa zatem, że są poklejone z kilku kawałków, wyjętych z akcji, z których każda z osobna była nudnym rutynowym przedsięwzięciem. Ale każda z nich miała w sobie jakąś iskierkę – gwałtowną strzelaninę, zasadzkę, samochodową pogoń, tropienie w ponurych zaułkach metropolii, ekscytujący dialog w barze, randkę z piękną agentką strony przeciwnej, snajperskie zamówienie na celny strzał, uprowadzenie, przesłuchanie z podtapianiem – i temuż podobne ekscesy. Rzecz cała w przeniesieniu tych „ozdobników” do prozy polega na wiarygodnym użyciu nagromadzonych w doświadczeniu szpiega elementów dobrego, emocjonującego opowiadania. To musi nie tylko wyglądać jak prawdziwe – w końcu to kwestia wyćwiczonej (i okiełznanej) wyobraźni. Czytelnik musi poczuć i dać się przekonać, że autor osobiście ma z tym wszystkim coś wspólnego. Że sam to przeżył, a w razie czego może na osobności okazać stosowne blizny na ciele lub opowiedzieć rany na duszy… Severski oferuje taki układ z czytelnikiem: opowiadanie z pierwszej ręki, gwarantowanej jakości, prawdziwe jak cholera, bez ściemy tudzież imaginacji, bez mitomanii (z zastrzeżeniem, że „nasi” wygrywają, a nawet jak wypada remis, to „ze wskazaniem”). Severski jest zawodowcem – i to w nim przede wszystkim lubię – ten profesjonalny dystans (może nawet z lekkim poczuciem korporacyjnej wyższości) i chłodek, z emocjami jeno quantum satis – zgodnie z regułą brzytwy Ockhama (to nie był agent MI6 ni MI5 – ten Ockham…).

Intryga szpiegowskiego thrillera – jeśli ma być dobrze, wiarygodnie narysowana – powinna mieć, oprócz narzędzi typowych dla opowiadania sensacyjnego czy standardowego filmu akcji, jakąś oś intelektualną, zagadkę dla szarych komórek. Jeśli nie postawioną wprost przed czytelnikiem (do samodzielnego rozwiązania w trakcie lektury), to chociażby ładnie zrelacjonowaną, ze szczegółowym odtworzeniem procesów myślowych głównych protagonistów. Severski to akurat potrafi i w „Placu Senackim…” daje wirtuozerski popis odczytania swej partytury. Skądinąd znajomej i niezgorzej rozpoznanej. Oto u progu lat 90. ubiegłego wieku kończy się zimna wojna – siła napędowa całkiem niekiedy gorącej wojny wywiadów, kontrwywiadów, służb specjalnych i analityków wszelkiego kalibru. ZSRR definitywnie rozpada się, a jego oręż w cichej wojnie – organizacje KGB i GRU – ulegają dezintegracji w rezultacie chaotycznych ruchów tektoniki imperium. Część zasobów znika po prostu, część przechodzi na ciemną stronę mocy, resztki kurczowo trzymają się ocalałych trzonów imperialnych, z nadzieją na regenerację po długim marszu. Ich przeciwnicy po drugiej stronie żelaznej kurtyny umiarkowanie świętują sukces i wcale się nie cieszą. Wiedzą (albo choćby przeczuwają), że ich mocodawcy z rządów i parlamentów tak zwanego Zachodu są już o krok od skonstatowania, że zbrojne, wysunięte (i kosztowne…) ramię na cichym froncie nie jest już potrzebne, skoro walczyć niebawem nie będzie z kim…

Trzydzieści lat później, gdy zawiązuje się niejako wtórna intryga, czerpiąca siły z tamtej opowieści, okazuje się, że Historia, wbrew obawom uczestników gry, tym razem wcale nie zadziałała zerojedynkowo. Ocaleni z dezintegracji mocarstwa wojownicy i agenci zdobyli dla siebie spore kawałki tortu – ba, wydaje się, że w zasadzie zwyciężyli. Fachowcy zaś z drugiej strony, też trochę przetrzebieni, wykazali jednak niezbicie, że jeszcze się przydadzą. Jeden z nich, emerytowany funkcjonariusz brytyjski Martin S. – osiadł w szwedzkiej górskiej stacji narciarskiej Storlien, tuż przy granicy z Norwegią, o rzut beretem (a w zasadzie skok autostradą E14) od norweskiego miasta Trondheim – sporego, jak na tamtejsze warunki, ale cichego i na uboczu – wszakże dobrze skomunikowanego z tzw. resztą świata, co stwarzało pewne możliwości bezpiecznej ewakuacji w razie jakby co.

Ale jakby co? Jakby skończyły się wreszcie epidemiczne, covidowe obostrzenia i w odwiedziny do Martina mógł wpaść stary kumpel z Londynu (i oczywiście ze służb) Ray. No i wpadł rzeczywiście; Martin przyrządził na kolację okazałego homara, ale nie przewidział, że Rayowi towarzyszyć będzie pewna młoda dama o imieniu Caroline, skądinąd funkcjonariuszka w potrzebie, a tylko Martin na całym świecie ma (może jeszcze ma, zanim mu pamięci nie wysprząta pewien taki zawzięty stary Niemiec, niejaki Alzheimer) wiedzę potrzebną, by połączyć kropki na ściśle tajnym rysunku Carol… I tak się wszystko zaczyna – Martin grzebie w pamięci (smak homara pomaga wydatnie…) i okazuje się, że historia ma początek właśnie przed trzema dekadami, gdy wydawało się, że głasnost’ i pieriestrojka zaczynają wyczerpywać swą odświeżającą, galwanizującą formułę. Ni stąd, ni zowąd Siewiernyj Fłot wypuszcza na Atlantyk „Dymitra Dońskiego” – podwodną platformę startową dla 135 głowic nuklearnych o mocy zdolnej unicestwić połowę zamieszkanego świata. Wypadowi temu towarzyszą zagadkowe okoliczności, wywołujące alarm najwyższej kategorii w tajnych służbach.

W tej sytuacji Martina i Raya ich macierzysta Firma ciupasem ściąga z upalnego Kairu do mroźnych, przedbożonarodzeniowych Helsinek; goli i weseli chłopcy zaskoczeni są do tego stopnia, iż – zanim przystąpią do akcji – muszą drogą kupna nabyć ciepłe majty, buty i gustowne czapeczki z nausznikami. A akcja zapowiada się jako klasyk z podręczników wywiadu: trzeba zwerbować attaché morskiego ZSRR w Finlandii, kapitana pierwoj rangi (po naszemu komandora) Wadima Grigoriewicza Razumowa. Onże Razumow jest najbliższym przyjacielem – od dziecka w zasadzie, czyli wspólnej bytności w szkole nachimowców – kadetów marynarki – innego komandora – Władimira Michajłowicza Golicyna, naonczas dowódcy wspomnianego już okrętu podwodnego „Dymitr Doński”… Specom wydawało się, że to najprostsza droga uzyskania odpowiedzi na zaskakujące i groźne w swej istocie pytania kierownictwa Royal Navy i brytyjskiego rządu… Natomiast zaangażowany i doproszony do sprawy fiński kontrwywiad SUPO miał nadzieję, że przy okazji rozwiąże swój problem – czyli zdekonspiruje ruskiego kreta w swych elitarnych szeregach.

I to by było na tyle. Mamy umowę i dalszego ciągu akcji nie ujawnimy. Dość powiedzieć, że będzie mroźno i grubo – choć strzałów (w sensie fizycznym) z palnej broni padnie w sumie niewiele (ze trzy lub cztery, może pięć). Ale ważniejsze będą konfrontacje intelektów, wywiadowczych legend i służbowych etosów, nie wspominając już o profesjonalnych, rzemieślniczych umiejętnościach oraz zakreślonej lub niezakreślonej regulaminowo zdolności improwizacji. Autor przy okazji szczegółowo relacjonuje życie codzienne niskich, średnich i wysokich szarż kadrowych KGB na wysuniętych placówkach zagranicznych. Czuje się w czas lektury, że nabył tego doświadczenia w trybie bezpośredniego uczestnictwa lub bardzo bliskiej obserwacji. Bezcenne to i ważne do dzisiaj – nie mówcie bowiem, co nas teraz obchodzą zwyczaje regulaminowe i pozasłużbowe skłonności personelu wywiadowczego i dyplomatycznego KGB sprzed trzydziestu lat? Są dziesiątki na bieżąco ujawnianych dowodów, że powinny obchodzić. Zwłaszcza nas. I zwłaszcza teraz.

Dlatego lektura „Placu Senackiego…”, aczkolwiek historia w gruncie rzeczy dość przewidywalna jest (ale na pewno nieschematyczna), to kawał dobrej rozrywki. I chociaż do tytułowego spotkania w Helsinkach na Placu Senackim pod pomnikiem cara Aleksandra II o szóstej wieczorem w pierwszy dzień Bożego Narodzenia między agentem Martinem S. a piękną Mariną raczej nie doszło – to ja lubię w intrydze takie niedopowiedziane „farfocle” akcji. Zwiastują one bowiem pewien potencjał, a nawet więcej: zarysowaną możliwość naszego ulubionego ciągu dalszego…

Tomasz Sas
(12 06 2022)

PS. Niedostatki korektorskiej sprawności dotknęły też Czarną Owcę… Nawet pięcioosobowa ekipa rewizorów tekstu (troje korektorów, dwoje redaktorów, w tym jedna prowadząca – cokolwiek to znaczy…) wypuściła na swobodę piękne skądinąd słówko „rąby” (str. 516 – „ …ciemnobordowy krawat w tłoczone rąby i kwadraty”). Z kontekstu wynika, skoro są tam i kwadraty, że chodzi o płaską figurę geometryczną – równoległobok o czterech bokach równej długości, przekątnych przecinających się w środku swych długości i kątach przeciwległych parami równych. Ta figura nazywa się r o m b (notabene kwadrat formalnie też jest rombem…). Oczywiści słowo „rąb” istnieje w języku polskim – jako imperativus (tryb rozkazujący) czasownika rąbać – w drugiej osobie liczby pojedynczej w czasie przyszłym. Ale w liczbie mnogiej go nie ma – „rąby” to mogą być tylko trąby, które zgubiły literkę „t”. Ale to może ustalić jeden przeciętnie sprawny korektor; musi on tylko wprzódy wiedzieć, że rąb to błąd. TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *