Zadupia

20 listopada 2021

António Lobo Antunes 


Zadupia
Przełożył Wojciech Charchalis
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Barowe zwierzenia czyli czyściec po luzytańsku

Raz w roku około października portugalskie środowiska literackie (a osobliwie wydawcy i krytycy) ożywia nadzieja Nobla dla portugalskiego autora – a kandydatem tym (drugim współcześnie – po sukcesie José Saramago) od lat co najmniej kilkunastu jest António Lobo Antunes oczywiście. No niech tam… Niech nie tracą nadziei, chociaż powodu nie widzę. Ale mogę się mylić – jako żem sam maluczkim amatorem jest – bez pretensji do eksperckiego znawstwa, a spiritus flat ubi vult – czego prześwietny literacki komitet noblowski po wielokroć złożył dowody – mniej lub bardziej bulwersujące…

Rzecz nie w tym, czy Antunes „ma papiery” na tę nagrodę – daleko ważniejsze jest, co ma do powiedzenia. A ma sporo… Przede wszystkim sporo osobistych, niekonwencjonalnych doświadczeń życiowych – w tym wojennych – i talent wystarczający, by je z powodzeniem przekształcić w prozę. Poza tym jest lekarzem – ze specjalizacji psychiatrą, z wojennego przymusu – chirurgiem pola walki (ale o przebiegu służby kompletnie niepodobnym do tego, co znamy choćby z brutalnie dosadnego, prześmiewczo zwariowanego filmu „M,A.S.H.” Roberta Altmana z 1970 roku, z Donaldem Sutherlandem i Elliottem Gouldem). Bo i wojna Antunesa była trochę inna niż tamta koreańska.

Oczywiście – wojny, aczkolwiek różne są nazywane i definiowane, a nawet klasyfikowane – w istocie są podobne, gdy pod rozwagę bierzemy rezultat samych starć. I nie mam tu na myśli zmian na mapach, przesuwania granic i rewizji politycznego status quo. Raczej chodzi o straty w ludziach i majątku narodowym. A mniej górnolotnie – o śmierć, zniszczenia, okrucieństwa, kalectwa, psychiczne urazy, krew, pot i łzy… Pod tym względem wszystkie wojny są wobec siebie tożsame – i to od czasów, gdy jedna horda drugiej hordzie postanowiła dać po mordzie (z powodu na przykład truchła mamuta…). Więc obojętne, czy to wojna najezdnicza, czy obronna, wyzwoleńcza, domowa, sprawiedliwa lub nie (a cóż to za różnica – z punktu widzenia ofiar zwłaszcza?) – skutki w czysto ludzkiej sferze są podobne. Jednym słowem: destrukcja…

Wojna Antunesa była do wszystkich innych podobna – aczkolwiek zarazem nieco inna, osobliwie absurdalna, bezsensowna i bezzasadnie okrutna. Oto w połowie dwudziestego wieku najbiedniejsze (nie licząc odciętego żelazną kurtyną środka i wschodu kontynentu) chyba wówczas państwo Europy – czyli Portugalia – było jednocześnie dumnym posiadaczem całkiem sporego imperium kolonialnego. Wprawdzie ledwie resztki to były niegdysiejszej globalnej potęgi, świetności i bogactwa, ale i tak było się czym zachwycać. Suchy spis potencjałów dwóch największych, afrykańskich pereł w koronie luzytańskiego imperium – Angoli i Mozambiku – każdego kapitalistycznego inwestora przyprawiał o drżenie rąk i ślinkę pożądania. Cała tablica Mendelejewa plus ropa! Niestety, ówczesny władca Portugalii, krwawy i ponury konserwatywno-chrześcijański (przez niektórych badaczy dziejów uznawany za faszystę…) dyktator António de Oliveira Salazar (aczkolwiek skądinąd profesor ekonomii…), nie miał dobrego pomysłu na swe dobra afrykańskie. Owszem – dylematy powojennej biedy, zastoju gospodarczego, przeludnienia wsi próbował rozwiązać przy pomocy projektu nowej kolonizacji afrykańskich posiadłości, ale to był trudny, wymagający wyrzeczeń na wstępie program; portugalscy chłopi woleli fuchę gastarbeitera w RFN czy Francji.

Niemniej forsowna kolonizacja pewne rezultaty przyniosła – przybyło białych mieszkańców Angoli… A przy okazji gromadka młodzieńców z czołówki intelektualnej kilku plemion grupy Bantu – głównie Ovimbundu – została wysłana na naukę do imperialnej centrali, by mogli służyć pomocą w dziele kolonizacji. Na prowincjonalnych, odseparowanych od obiegu idei i myśli uniwersytetach w zatęchłej Lizbonie, Coimbrze czy Porto to się oni wiele nie nauczyli. Ale do Paryża mieli blisko – a tam, w kafejkach i knajpkach na Lewym Brzegu słowo „rewolucja” krążyło jeszcze częściej niż je t’aime… Po powrocie z metropolii na afrykańską prowincję już nie chcieli uczestniczyć w strukturach kolonialnej administracji. Wzięli w ręce karabiny i poszli w busz, wznosząc hasła rewolucji socjalnej, a nawet – o zgrozo! – komunistyczne. Potem podjęli idee wyzwoleńcze (a była to epoka, gdy zaczęła się budzić cała Afryka). Biali koloniści jeszcze nie całkiem okrzepli, nie rozgospodarowali się na nowym „swoim”, więc się lekko spietrali, a wtedy dziadek Salazar wysłał wojsko. I tak wysyłał je wiele lat: kiepsko dowodzone, słabo uzbrojone, niedostatecznie zaopatrywane. Ale nawet gdy było inaczej, nic by nie pomogło – bo w istocie ta wojna była nie do wygrania. António Lobo Antunes był w tej armii; nie zdążył zadekować się przed poborem i wojował na zadupiu świata – jako frontowy medyk – dwa lata. O tym w zasadzie jest ta książka. Ale to jednak zbytnie, nader powierzchowne uproszczenie – w sense ścisłym bowiem te „Zadupia” to prolegomena do procesu pojmowania fenomenu nostalgicznej, introwertycznej, Cholernie-Smutnej-Nie-Wiadomo-Dlaczego Portugalii i takichże Portugalczyków. Gdyby ktoś na serio zechciał ten fenomen badać… Można słuchać rozdzierającego serce i duszę melancholijnego fado, można czytać przesiąknięte duchem saudade „Zadupia”.

Wojnie położyła kres rewolucja goździków w 1974 roku. Angola i pozostałe kolonie uzyskały niepodległość. Koloniści przeważnie wyjechali – choć niekoniecznie z powrotem nad Tag czy Douro. W Angoli niemal natychmiast zaczęła się wojna domowa – tu i ówdzie tamten konflikt tli się do dzisiaj. Ale to temat na całkiem inne opowiadanie. Przetrącony psychicznie, obolały fizycznie, skotłowany i odrętwiały Antunes wrócił do Lizbony. Wraz z nim – jego literackie alter ego, „podmiot liryczny”, narrator i samozwańczy biograf. No, ten facet, który wytrwale zagaduje i nagabuje wieczorami kobiety w lizbońskich barach, by niestrudzenie nawijać im na uszy historię swego wojennego i postwojennego, traumatycznego żywota, nie skąpiąc przy tym trunków i liczne stawiając kolejki – a to w nadziei osiągnięcia przynajmniej jednorazowego sukcesu seksualnego. Co się oczywiście zdarza, albowiem poziom towarzyskiej inwestycji w alkohol w pewnych kręgach, posiłkujących się specyficznymi honorowymi zasadami, w zasadzie gwarantuje rewanż w postaci co najmniej jednego – powiedzmy – bzyknięcia…

Formuła fabularna „Zadupi” (a może zadupiów?), czyli umiarkowanie chronologiczny łańcuszek barowych monologów – z początku zbornych i zdyscyplinowanych intelektualnie, ale w miarę „oliwienia” stosownymi płynami trybików „maszyny narracyjnej” trochę się dezintegrujących (gdy ciało emancypuje się od umysłu i nie reaguje na polecenia…) – to rezultat genialnej, choć zapewne bardziej intuicyjnej niż świadomej decyzji Antunesa. Pozwalam sobie mniemać, że miał to przepracowane na własnej skórze… To znaczy – ten tryb snucia opowieści: z wysokości barowego stołka, z szklaneczką podłej whisky w ręku, co rusz napełnianej przez życzliwego barmana. Doktor Antunes, zanim podjął się spisania swego doświadczenia, wyszlifował tę narrację po stokroć w barowych „komorach dekompresyjnych”, w towarzystwie przygodnych dam, łasych na męskiego kompana i te parę kieliszków wina.

Wyszła mu z tego literatura co się zowie: zuchwała, trochę oskarżycielska, rozliczeniowa, trochę terapeutyczna. Nieco ironiczna. Czasem bezkompromisowa (na krawędzi śmiechu nawet), ale przez to ogromnie smutna. Jednym słowem: saudade, saudade, dekadenckie saudade… Nie podejmuję się objaśnić, co to znaczy – tak bardzo portugalskie, osobne to zjawisko. Najbliżej chyba będzie melancholia… Ale i słowiańska, witkacowska glątwa – w takim nieco szerszym pojmowaniu. Bo zasadnicze źródło glątwa ma w alkoholu: to opis (nieco onomatopeiczny…) stanu tzw. kaca. Lecz glątwa duchowa to coś bliższego właśnie saudade

Wyobraźcie sobie (a może tylko przypomnijcie…), że zasiadacie na wygodnym (rzadkość) barowym hokerze z zamiarem nawalenia się jak stodoła. Wprowadzacie do organizmu szota za szotem, jakieś piwko, szklaneczki whisky, zmieszane z byle czego „wynalazki barmańskie” zwane dla niepoznaki koktajlami… I powoli czujecie jak dyscyplina intelektualna, powstrzymująca natłok myśli, zaczyna dławić się i puszczać na zaworach. Najpierw – jak legendarny Haansje Brinker, holenderski chłopiec, który uratował kraj przed zalaniem, zatykając ręką dziurę w wale polderu koło Haarlemu – próbujecie zahamować przeciek samym sobą. Ale gdzie tam – ciśnienie wymiata, a spójny i w miarę powściągliwy tok opowiadania zmienia się w rwący strumień pijackiego bełkotu – słowa zakwitają krągłymi, acz niekoniecznie logicznymi metaforami, skojarzenia przekraczają granicę logiki, poetyka wywodu zaczyna przypominać bełkotliwą erupcję poza wszelką kontrolą… Cel osiągnięty – nawaliliście się jak stodoła. Antunes wspaniale to zapisał, zapanował nad osobliwym językiem saudade.

Przygnębiające? Niezupełnie. Zawsze się cieszę, gdy napotykam taką sprawność językową. Na pierwszy rzut oka ta słowna ekwilibrystyka wygląda na rojenia napompowanego podtlenkiem azotu (czyli gazem rozweselającym) grafomana. Ale nie – ten osobliwy tygiel zaskakujących metafor i fantazyjnych, łamiących reguły związków frazeologicznych, to nie jest grafomański słowotok – to precyzyjna gra intelektualna, wymagająca najwyższego skupienia, by ją zrozumieć. Antunes prowadzi finezyjny zabieg wymierzania językowi sprawiedliwości, nakazując mu, wręcz wymuszając idealne dopasowanie do zamiaru opowiedzenia „nieopowiadalnego”, czyli zwerbalizowania masywnego syndromu stresu pourazowego…

Łatwe to nie było – tym większa chwała dla autora i nie mniejsza dla tłumacza na polski, pana Wojciecha Charchalisa – dzięki niemu ta lektura to zdumiewająca przygoda intelektualna, rzadko ostatnio przytrafiająca się na naszym lokalnym rynku. Więc marsz na „Zadupia”!

Tomasz Sas
(20 11 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *