Świat według Clarksona. Czy da się to przyspieszyć?

24 listopada 2021

Jeremy Clarkson 


Świat według Clarksona. Czy da się to przyspieszyć?
Przełożyli Bożena Jóźwiak, Michał Jóźwiak
Wydawnictwo Insignis, Kraków 2021

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Rozterki dojrzałego rolnika

Lubię czytać Clarksona (bardziej niż lubiłem go oglądać…), choć nie jestem taką konserwatywno-liberalną, skandalizującą świnią jak on. Lubiłem nawet jego felietony motoryzacyjne, aczkolwiek ześwirowanym fanem pojazdów z silnikiem spalinowym nie jestem, raczej prostym użytkownikiem – z tych, co kombinują jak najszybciej, najtaniej i najwygodniej (przy okazji cicho – nie zwracając niczyjej uwagi, a zwłaszcza policji drogowej i jakiejkolwiek innej) z punktu A dostać się do punktu B. Samochodem, ma się rozumieć. Byle jakim – może być nawet fiat multipla lub którakolwiek ze skód lub dacii – nawet jeśli po podróży niektóre elementy wyposażenia zostaną mi w rękach… Osobliwie lubiłem te jego teksty z ocenami i opiniami po dokonywanych osobiście wygłupach, samochodowych testach i eksperymentach. Pamiętacie, jak wziął na warsztat poloneza? Naszego ukochanego poloneza? A nawet dwa i obtłukiwał je jeden o drugi, zawieszone na wysokich dźwigach – twierdząc, że do tego tylko się nadają? Barbarzyńca!

Mniejsza z tym wszakże. Clarkson dowiódł wystarczająco dobitnie, że oprócz posiadania osobowości telewizyjnej – charakteru prawdziwego „zwierzaka” studia, kochanego przez kamery i publiczność – potrafi pisać. A przyznać musimy, iż połączenie tych dwóch talentów nie jest zbyt częste. Przeważnie mistrzowie pióra okazywali się w godzinie próby ekranowymi łajzami, a telewizyjni gwiazdorzy – analfabetami… Widzieliśmy dziesiątki takich „niewypałów”. Ale Clarkson? Nie – ten skurczybyk jest wirtuozem (równolegle i jednocześnie) koncertowania na wielu instrumentach. Samorodny talent, oszlifowany w bezlitosnych dla kiepskich amatorów trybach niezależnego, prześwietnego brytyjskiego dziennikarstwa Jej Królewskiej Mości. W tyglu między Fleet Street a studiami BBC czasem pojawia się taki brylant koronny…

Kolejny tom felietonów Clarksona (tym razem wyłącznie tekstów – dokładnie siedemdziesięciu siedmiu – z umiarkowanie konserwatywnego brytyjskiego tygodnika o dwustuletniej historii – „Sunday Timesa” – z lat 2018 – 2019) to szkic do nowego wizerunku autora. O ile bowiem nad poprzednimi zbiorami jego felietonów – zarówno tych obyczajowo-politycznych z serii „Świat według Clarksona”, jak i motoryzacyjnych sensu stricto – unosił się dyskretny zapach wydzieliny z rur wydechowych i swąd palonych gum pospołu z niepowtarzalnym bukietem woni z kokpitu pojazdu mechanicznego użytkowanego przez trzydziestoparoletniego, góra czterdziestoletniego chevaliera płci męskiej (niepodrabialny koktajl smrodków takich składników jak stare pety, plamy po dietetycznej coli, różne płyny ustrojowe, nieprane skarpety, stęchłe piwo, stare fryty, zapleśniałe kubki po jogurtach…), o tyle w najnowszym zbiorku dominuje zapachowa atmosfera typowo sielska: nawozy wszelakiej maści i generacji, ślad osmologiczny stada owiec w deszczu, gnijące siano, zakopcowane buraki po terminie przydatności do spożycia, aura nad świńską fermą… Tak to tak… Jeremy Clarkson to teraz klasyczny agricola – w iście tradycyjnym, starożytnym niemal stylu odwiecznego angielskiego farmerstwa, stylu niezmiennym od czasów bitwy pod Hastings (1066 rok…).

Gdzie się podział wieczny chłoptaś, zuchwały rozrabiaka, skory do bijatyk i innych ekscesów (w końcu z BBC i Top Gear wyleciał za mordobicie z producentem programu…)? Dokąd poszedł nieposkromiony żartowniś, nie znający miary ani respektu grubianin i polemista bez instynktu samozachowawczego? Gdzie się dziś włóczy łotr z duszą odkrywcy, żarłoka i opoja, wędrowca i awanturnika? Komu teraz by się chciało – jak kiedyś Jeremiemu – dojechać samochodem do północnego bieguna magnetycznego? No cóż – Clarksona uziemiły: kalendarz, biologia i medycyna. 61-letni weteran już nie może sobie pozwolić na szalone eskapady, ekstremalne przygody i wyzwania survivalowe. Zresztą wyglądałby śmiesznie w tych klimatach. Clarkson to wie – przecież całe zawodowe życie to on innych ośmieszał – a nie inni jego… A poza tym w dzisiejszych czasach zgrubne poczucie humoru w poprawnej i sztywnej jak dekiel od trumny telewizji słabiej się sprzedaje. Prawdę mówiąc – nie sprzedaje się w ogóle.

Co w tej sytuacji zrobił Clarkson? Wyplątawszy się jakoś ze swych kłopotów (a miał ich sporo; jako efekt spotęgowanego do maximum kryzysu wieku średniego…), kupił posiadłość w Cotswolds i zamienił z powrotem na klasyczną farmę. Przed laty tam uprawiano ziemię i w ogóle kultywowano zajęcia rolnicze – zanim to piękne pasmo niewysokich wzgórz na granicy Anglii i Walii nie uległo osobliwej degeneracji, Okolica „odrolniła się”, bo grunty i domy masowo zaczęli nabywać londyńczycy z wyższych sfer arystokracji pieniądza i wolnych zawodów artystyczno-medialnych. Rzucając kamieniem w środku snobistycznego Cotswolds w dowolnym kierunku i z dowolną siłą na dowolną odległość, masz pewność, że trafisz albo w postać z almanachu „Burke’s Peerage”, albo w MP, czyli posła do Parlamentu, albo w gwiazdę telewizji, prasy, reklamy, filmu – albo w muzyka rockowego; a często w wielu z nich równocześnie.

Clarkson ich wszystkich zaskoczył – skądinąd przecież „ich człowiek” z tego samego środowiska socjalnego, zakumplowany z wieloma cotswoldczykami – nagle poszedł w krowy, owce, żniwa, sianokosy, kurniki, rzepaki, buraki… A gdzie pola golfowe, boiska do krykieta, korty, ścieżki rowerowe, strzelnice do trapa (rzutki, gdyby ktoś zapomniał)? Jak to możliwe, że nasz człowiek – cotswoldzki snob z serca i umysłu – nagle postanowił te swoje parę (tysiąc) akrów (akr to mniej więcej 0,4 ha; najbardziej naturalna miara powierzchni, czyli tyle ziemi, ile można jednym pługiem zaprzężonym w parę wołów zaorać w ciągu roboczej dniówki; miara znana już w starożytnej Grecji…) urolnić z powrotem? Ano możliwe – i raczej nie dla zarobku. Po prostu Clarkson lubi robić wszystkim wbrew i na przekór, pod prąd. Ale z tym zarobkiem to nie do końca prawda. Swoje farmerskie życie Jeremy spieniężył, realizując już od dwóch sezonów show „Clarkson’s Farm” dla telewizyjnej platformy Amazona. Również dla Amazona robi „Grand Tour” (w pewnym sensie kontynuację niezapomnianego „Top Gear”), a dla ITV prowadzi brytyjską wersję „Milionerów”. Ma z czego dokładać do rolniczych eksperymentów (na przykład uprawy chrzanu wasabi dla londyńskich gastronomików). Może też dołożyć z urobku za felietonistykę dla „Sunday Timesa”…

Felietony z tych dwóch (przypominam: 2018-2019) lat są naznaczone piętnem zrezygnowanej nostalgii i żalu. Clarkson był (i jest) przeciwnikiem brexitu, ale sprawa się ostatecznie przesądziła, więc Clarkson oddał się nastrojowi melancholii i żalowi za przeszłością tudzież utraconymi szansami i przyjemnościami. Ale bez przesady – w końcu brexit to już powaga rzeczy osądzonej – a nawet najzuchwalszy felietonista nie dyskutuje z faktami. Wszelako żal…Za to dość jest okazji do klasycznego, clarksonowskiego nabijania się z adwersarzy. To co Jeremy wyprawia (werbalnie, tekstualnie ino!) ze swym imiennikiem, niejakim Corbynem, ludzie pojęcie przechodzi. Jeremy Corbyn – polityk Partii Pracy (przez Clarksona uważany za marksistę), znany ze swych niekonwencjonalnych projektów urządzania brytyjskiego społeczeństwa i państwa, a ludziom – życia, od lat był na celowniku Clarksona, wręcz maniakalnie tropiącego intelektualne osobliwości corbynowskiego planu; czasami wyglądało to prześladowanie jak nerwica natręctw… Ale zwróćcie podczas lektury uwagę, jak finezyjne są granice owego tropienia, jak językowo eleganckie na swój sposób.

O Clarksonie wiele powiedzieć można – ale nie to, że jest symetrystą. Ani politycznym, ani ideowym. Trzyma się swego i nie relatywizuje. Ma poglądy i nie waha się ich używać w codziennej robocie. Dzięki temu parę razy w życiu był w czarnej dupie, ale nikt nigdy nie mógłby powiedzieć, że się w niej urządza. Przeciwnie – jeżeli ktokolwiek z publicystów i komentatorów brytyjskich jest liderem nieustannej ruchawki, zmiany, awantury – to na pewno on. I to wbrew deklaracjom, jakoby ze wszystkiego najbardziej sobie cenił wino rosé, volkswagena golfa GTI i święty spokój. Podczas lektury tych tekstów zorientujecie się łatwo, że to tylko poza. W istocie Clarkson jest wciąż namiętnym wojownikiem – i pod tym względem można na niego liczyć. A lektura jego felietonów jest jak spacer pod wiatr – wprawdzie ostro masakrujący twarz, aż nabierze kolorystyki surowego steku – ale orzeźwiający i odświeżający. To coś zupełnie innego niż zatęchłe opary wydzielane przez chamlecików i chamleciarzy krajowego chowu. (Uwaga: nie ma tu błędu ortograficznego; chodzi o epistemologiczną kontaminację rozterkolubnego duńskiego księcia z wredną konduitą, chamską proweniencją pomienionych chamletów…) Więc jeśli macie dość groteskowego „ostrego cienia mgły” w naszym życiu umysłowym i na jego polemicznych łąkach absurdu – oddajcie się niespiesznej, smakowitej lekturze Clarksona…

Tylko w jednym aspekcie lektury tych felietonów można się potknąć o pewną taką dwoistość Clarksona (ale nie mającą nic wspólnego z symetrią widzenia problemów świata). Po prostu da się wyczuć, że stoi chłop w swoistym rozkroku. Jedną nogą ciągle tkwi w pejzażu gonitwy – Wielkiego Wyścigu awantur, szalonych pomysłów i nie do końca przemyślanych prowokacji, sztubackiego dowcipu, okrutnego naigrawania się z ludzi, którym udało się w życiu gorzej… Co więcej: Clarkson jest gotów tamten świat nieco idealizować i usprawiedliwiać (bo to wszystko przez opresyjny system wychowawczy szkół z internatami). A na pewno do tamtego tęskni… Drugą nogą w farmerskim ubłoconym i ugnojonym gumiaku stoi nasz agricola na spokojnym, wyregulowanym wedle sił przyrody gruncie rolnym. I wyraźnie chce odgrywać rolę stabilizatora, filaru brytyjskiej społeczności, konserwatywno-liberalnego przewodnika i strażnika wartości. Ciekawe. Czy kiedyś spróbuje stanąć ze złączonymi piętami? I czy wychodząc z tego symbolicznego rozkroku dostawi lewą nogę do prawej, czy prawą do lewej? Pierwsza figura oznaczałaby postawę nową, druga – powrót do starej… Czekamy zatem na nasz ulubiony ciąg dalszy.

Tomasz Sas
(24 11 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *