M. Mąż opatrznościowy

26 listopada 2021

Antonio Scurati 


M. Mąż opatrznościowy
Przełożyła Alina Pawłowska-Zampino
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Życie codzienne Benita Mussoliniego, jego partii Czarnych Koszul oraz reszty innych Włochów
w pierwszych latach faszystowskiej ery

Pierwszy tom szczegółowej, okazałej prozatorskiej biografii Benita Mussoliniego („Syn stulecia”) był dziełem doskonałym, wzbudzającym niekłamane zainteresowanie i szacunek dla autora – za talent i bezmiar dokumentacyjnej roboty „zainwestowanej” przez profesora Scuratiego. No i za odwagę – Scurati przełamał bowiem dorozumiane tylko, ale potężne tabu włoskiej historiografii – swoistą zmowę-umowę: o Mussolinim nie piszemy, bo to wstyd; wszyscy (z bardzo nielicznymi wyjątkami!) byliśmy w to faszystowskie gówno umoczeni. Lepiej zapomnieć. A każdy, kto zabrałby się za epokę Duce, mógł być posądzony o bezintencjonalną apologetykę co najmniej… Tylko nieliczni historycy i publicyści o bardzo lewicowej, antyfaszystowskiej proweniencji mieli swoistą „licencję na zabijanie”, ale nawet oni rzadko korzystali. Ciszej nad tą trumną…

Trudno to sobie wyobrazić, ale drugi tom dzieła Scuratiego jest jeszcze lepszy od pierwszego. Dostatecznie mocnych komplementów już brakuje w moim wokabularzu. Autor – il professore Scurati jest Włochem ze wszystkimi tego konsekwencjami, więc nieokiełznane gadulstwo powinno być ozdobą katalogu jego cnót twórczych. I jest. Ale heroizm, z jakim stara się je powściągnąć, godzien jest najwyższego szacunku – osobliwie gdy zważy się, jak często i ochoczo ulegał gadulstwu w pierwszym tomie biografii – „Synu stulecia”. To, co Scurati zrobił ze swoim stylem i obraną formą fabularną, nie zdarza się często pisarzom tej klasy. Na ogół bowiem bywają oni nieznośnymi narcyzami i egocentrykami, przekonanymi o wyższości i słuszności ich własnej metody twórczej. A Scuratiemu musiał ktoś życzliwy dobitnie, przekonująco wytłumaczyć, by zmienił mechanikę swej narracji. Może nawet podpowiedział – jak… Zaś autor się twórczo dostosował – bez zbędnych dyskusji i bez oporu.

Rezultaty widać jak na dłoni. Rozdziały-epizody są krótsze, bardziej „zdefiniowane”, pozbawione nadmiaru dygresji i obciążeń dokumentalnych. Cytaty z archiwalnych materiałów źródłowych też krótsze, bardziej zestrojone z treścią i tokiem opowiadania, staranniej dobrane i spreparowane. A to chyba był najcięższy, najtrudniejszy, najbardziej upierdliwy fragment całej roboty. Przekopanie się przez kilometry (taką miarą się liczy w archiwach…) listów, protokołów, policyjnych raportów, meldunków, transkrypcji podsłuchiwanych rozmów telefonicznych, depesz, donosów, pamiętników, relacji, tekstów publicystycznych, odezw, stenogramów parlamentarnych, mów wiecowych i oracji, dziennikarskich relacji, sądowych zapisów zeznań i innych czynności procesowych, kazań, okólników, zarządzeń i ustaw faszystowskich władz, przemówień wodza – by wybrać najsmakowitsze kąski (często jednozdaniowe), ilustrujące, podpierające i uwiarygadniające narrację oraz jej zakrętasy – to katorżnicze przedsięwzięcie. Ale opłacalne. Rezultat bowiem okazał się olśniewający i przemówił z mocą rzadko spotykaną w tego typu literaturze, gdy zasadniczy zapis nie aspiruje do naukowości przez duże N, zdradza natomiast pretensje literackie, mianuje się kreacją artystyczną, prozatorską. Gdy narracja wprost powzięta z arsenału metod i formuł prozy zyskuje alibi w postaci dokumentacyjnej, sam proces lektury przybiera na klarowności. Przede wszystkim łatwiej znika to podświadome poczucie niepokoju – czy to, co czytam, to aby prawda jest? Czy tak było? Czy akurat to powiedzieli, co powiedzieli w tym tekście? Czy głowa go bolała, czy chciało mu się rzygać, czy mu kutas nie stanął? To, co osiągnął Scurati, konsekwentnie i z sensem mieszając gatunki – ba, całe gałęzie pisarskie, bardzo dobrze się czyta. To całkiem nowy rodzaj powieści dokumentalnej.

Osobne zasługi Scurati położył w dziele rozpracowania faszystowskiego języka – oficjalnego i nieoficjalnego, na płaszczyźnie kolokwialnej. Nic dziwnego – w końcu to przedmiot główny jego naukowych zainteresowań uniwersyteckich. Lata całe badał, wykładał (i pisał o nich…) języki ideologii, terroryzmu, propagandy, tzw. polityki historycznej i wojny. Język faszyzmu w mowie i piśmie idealnie wpasowuje się w zasięg hermeneutyki Scuratiego. Jest on w tej lingwistycznej mierze nieodrodnym uczniem niemieckiego filologa Victora Klemperera, autora arcysławnego dzieła „Lingua Tertii Imperii”, analizującego język życia codziennego niemieckiej Trzeciej Rzeszy – język jej przywódców, „operatorów” średniego szczebla i zwyczajnych wyznawców w domu i na ulicy. Scurati nie poszedł tak daleko jak Klemperer – ale pojedyncze wprawki ma już za sobą. Więc może biografia Duce to wstęp do oddzielnej analitycznej monografii języka włoskiego faszyzmu?

Ale zanim Scurati zabierze się za coś innego, po lekturze drugiego czekamy na trzeci tom powieściowo-dokumentalnej serii o Mussolinim; ten już zapewne doprowadzony do końca – czyli do stacji benzynowej na mediolańskim Piazzale Loreto, gdzie 29 kwietnia 1945 roku ciało rozstrzelanego dzień wcześniej dyktatora wystawiono, a ściślej: wywieszono głową w dół, na widok publiczny, by mieszkańcy Mediolanu (a wraz z nimi całe Włochy) mogli się przekonać, że epoka faszyzmu i jego wodza zakończyła się definitywnie…

Zanim jednak do tego dojdzie, w drugim tomie Scurati pieczołowicie rekonstruuje proces „rozkręcania się” włoskiego faszyzmu i jego państwa (wraz z obywatelami). Jest rok 1925 – marsz na Rzym, zwycięski i w pewnym sensie „konstytucyjny”, jest już mitem założycielskim Nowego Porządku. Jego prowodyrzy, wodzowie i szeregowi uczestnicy już od dawna spożywają owoce sukcesu. Trymalchioniczna zaiste uczta się rozkręca. Po antipasti – przekąskach (czyli tysiącach bezpiecznych etatów w Rzymie i na prowincji, czekających na każdego z weteranów w czarnych koszulach) czas na primi piatti (pierwsze danie) dla tych mądrzejszych, bardziej obrotnych, bardziej bezczelnych: mandaty poselskie w parlamencie, kierownicze posady w administracji państwowej, wysokopłatne fuchy w biznesie (dobrze jest mieć „swoich” faszystów w zarządach firm…), synekury w partyjnych gazetach… Chłopcy Mussoliniego urządzają się na całego. Ale przed nimi secondo e contorno (danie główne z przystawkami) – a więc przejęcie całego państwa: z armią, sądami, uniwersytetami oraz imperium na „czwartym brzegu” (czyli w Afryce). Władza, władza, władza… Fakt, że jednego człowieka – Nadczłowieka, Wodza, Duce. Ale i oni wszyscy przy nim rosną – brzuchy, portfele, konta w bankach pęcznieją… A przed nimi przecież jeszcze na deser formaggio e frutta (sery i owoce) i na końcu dolce (czyli słodkie – gelati, panna cotta lub ciastka) i filiżanka espresso, ewentualnie kieliszeczek grappy lub amaretto jako digestivo) – jak kto doczeka. Bo te desery to posady w dyplomacji, szlacheckie i hrabiowskie tytuły od króla (król jest nasz!), ordery na wstęgach. Operetkowe mundury, starożytne symbole i saluty… No i najważniejsze – dogadanie się, wręcz konkordat z Watykanem!

Oczywiście nie wszyscy zasiedli do uczty. Niektórzy starzy towarzysze nie potrafili wyzbyć się dawnych przyzwyczajeń – jak byli, tak zostali anarchistami, degeneratami, gwałcicielami i brutalnymi bandytami, Nie schowali kastetów, nie odłożyli pałek, a pięści trzymali zaciśnięte i rozglądali się, komu by tu jeszcze przywalić. Tych się dyskretnie eliminowało. Podobnie jak pętających się tu i ówdzie bez sensu niedobitków opozycji: jakichś socjalistów, liberałów, demokratów, republikanów. W istocie przez cały drugi tom tej biografii Mussolini robi porządki. By wreszcie zostać, kim chciał – zbawcą narodu, samotną wyspą, jedyną wyrocznią i arcykapłanem misterium władzy totalitarnej. Ale na wstępie Scurati bardzo obrazowo, sugestywnie i precyzyjnie opisuje sytuację, dzięki której mogłoby dojść do gwałtownego przerwania tak pięknej kariery. Wiemy oczywiście z historii, że nic takiego się nie wydarzyło, a do rzeczywistego końca było daleko. Nie mam tu na myśli kilku zamachów na życie Duce – raczej nieudolnych spektakli (kto wie, czy niektóre nie były tylko inscenizacjami, policyjnymi prowokacjami). Scurati z medyczną precyzją i demonstracyjnym okrucieństwem opisuje nasilenie choroby wrzodowej, która o mało co nie wyprawiła Mussoliniego do grobu. Tak się nie stało, ale doprawdy niewiele brakowało, by nazwisko Wodza pamiętali dziś tylko nieliczni wyspecjalizowani historycy – a dzieje świata zapewne potoczyłyby się inaczej. Scurati z niewysłowioną precyzją babrze się w analizie rzygowin i kału Benita M. I z nieskrywanym żalem do losu przystępuje do spisywania ciągu dalszego po „cudownym ozdrowieniu”.

A było co spisywać… Porządki Mussoliniego to nieustający korowód gwałtownych ekscesów i aktów dosłownie przestępczych na przemian z delikatnymi, dyplomatycznymi podchodami, finezyjnymi intrygami i podstępnymi, acz cichymi prowokacjami z udziałem tajnych policji i innych wyspecjalizowanych sługusów reżimu. Czyta się to jak dobrą powieść sensacyjną (z elementami grozy), chociaż dla niewprawionych w śledzeniu politycznych zagadek fabularnych może wydać się nudne. Ale warto komplikacje tej lektury przezwyciężyć, by odszukać na jej „drugim dnie” prawdy i reguły uniwersalne. A może niektórym staratielom uda się tamte reguły dopasować do współczesnych wypadków? Z zastrzeżeniem, że u nas dzisiaj nie zabijają (i może nie będą…).

Jeszcze jeden aspekt „Męża opatrznościowego” zasługuje na „honorową wzmiankę w rozkazie dziennym”. To krótkie relacje z poczynań Rodolfa Grazianiego i Pietra Badoglia na frontach kolonialnej kampanii na pustyniach Libii przeciw wojowniczym plemionom Beduinów. Ta piaszczysta, spragniona (w sensie ścisłym) wojenka z użyciem lotnictwa, bomb, broni chemicznej (iperyt – zakazany konwencją, którą Włochy podpisały) i ciężkiej artylerii była czymś w rodzaju próby generalnej przed atakiem na Abisynię… Zwięzłe relacje Scuratiego są doprawdy w stylu i pasji iście herodotiańskie…

Innymi słowy: Lektura drugiego tomu dzieła Scuratiego jest – o ile to w ogóle możliwe – jeszcze bardziej ciekawa, pouczająca i ekscytująca niż czytanie tomu pierwszego. Przeto – do dzieła!

Tomasz Sas
(26 11 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *