Siła rzeczy

6 lipca 2021
Roma Ligocka 


Siła rzeczy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

Rekomendacja: 6/7
Ocena okładki: 4/5

Nicejski apokryf…

Zuchwały pomysł i brawurowe wykonanie! Roma Ligocka, której pisarstwo śledzę od lat z narastającym ukontentowaniem, tym razem powzięła trud wybitnie niekonwencjonalny, który zaowocował rezultatem niezwykłej urody. Roma Ligocka urodziła się w 1938 roku w Krakowie – w znanej i szanowanej „na mieście” familii Abrahamerów; jej dziadek Dawid był piekarzem, twórcą polskiej adaptacji receptury słynnej dietetycznej bułki – grahamki (wieczna mu za nią chwała!); skądinąd smaczniejszej od amerykańskiego pierwowzoru. Rok po narodzinach Romy pewien austriacko-niemiecki psychopata i zbrodniarz (niech imię jego nie będzie zbyt często i bez potrzeby wspominane…), zawładnąwszy – przy udziale swych wspólników i biernej postawie, a w zasadzie akceptacji olbrzymiej większości obojga tych narodów – wielkim państwem w sercu Europy, rozpoczął wojnę, której rezultatem między innymi była planowa, mordercza Zagłada rodziny Abrahamerów i kilku milionów ich współplemieńców, współwyznawców na naszym kontynencie…

Roma przeżyła Zagładę: wraz z matką uciekła z krakowskiego getta, potem ukrywała się u polskiej rodziny po aryjskiej stronie. Zresztą znacie ją – to ona była słynną dziewczynką w czerwonym płaszczyku w scenie z getta, odtworzonej w „Liście Schindlera” Spielberga… Po wojnie studiowała w ASP, malowała obrazy, projektowała kostiumy i scenografię w teatrach i operach całej Europy, dla filmu i telewizji takoż. Była (i nadal jest!) postacią barwną, nietuzinkową, lekko nawet szaloną (co w Krakowie jest normą…), znaną w kręgach tamtejszej bohemy, rozpoznawalną na Rynku i na Plantach… Pisać zaczęła pod wpływem wspomnianej już sceny u Spielberga – po prostu napisała, jak to było naprawdę. Sukces czytelniczy i wydawniczy (o globalnym zasięgu) sprawił, że pisaniu zaczęła poświęcać więcej czasu i dzisiaj jest już autorką trzynastu książek – łącznie z tą – „Siłą rzeczy” – arcydziełem doprawdy doskonałym.

Roma Ligocka wróciła do swoich personalnych korzeni – to znaczy zamierzyła uchwycić swoją rodzinę tak, jak wyglądała w czasie, gdy ona sama przyszła na świat. Zamysł w zasadzie prosty, wymagający tylko (i aż!) precyzyjnego przygotowania, drobiazgowego, wręcz przyczynkarskiego śledztwa, nagromadzenia faktów, dokumentów, relacji, pamiątek… Ale jak to zrobić, jeśli zostały pojedyncze, niepasujące do siebie okruchy, a ich dysponenci, gospodarze pamięci zostali na zawsze w Oświęcimiu, Płaszowie, Bełżcu, Flossenburgu. I nikt ich zawczasu o nic nie wypytał. Zerwana ciągłość niełatwo daje się połatać – na ogół to zabieg niemożliwy… A jeszcze – na domiar złego – ocalałych z Zagłady niełatwo dawało się namówić na zwierzenia o tym, co było Przedtem.

O samej Zagładzie ocaleńcy mówili z poczucia plemiennego obowiązku – by dać świadectwo, by policzyć gesty i uczynki, by jak najwięcej zapamiętać… Ale o tym, co Dawniej? Jednych powstrzymywało irracjonalne poczucie – już to niesprawiedliwości, już to winy. Dlaczego ja żyję, a inni nie? Drudzy powodowani byli ostrożnością, w świetle powojennych wypadków zrozumiałą. Jeszcze inni wymazywali pamięć, by łatwiej było żyć od nowa. I jak tu teraz, po latach, do tamtego wracać i o tamtym pisać? Karkołomne zadanie – ale mimo wszystko Roma Ligocka poszła ścieżką najtrudniejszą z możliwych, aczkolwiek jej wybór pozwolił ominąć trochę zasadzek i raf, w tym największą – rafę obiektywizmu… Na szczęście materia prozy i regulamin tworzenia takowej pozwala całkiem pominąć pryncypia obiektywizmu i rzekomą konieczność zgodności z rzeczywistością; nawet prawdę (jeśli się bardzo chce) można łagodnie zmodyfikować. Choć nie wszyscy skłonni są dawać przyzwolenie, by w procesie twórczym iść tak daleko… Ale co do zasady – wszystko wolno.

Roma Ligocka wybrała zatem skrajnie trudną ścieżkę subiektywnego oglądu rzeczy i spraw. Napisała mianowicie ni mniej, ni więcej – tylko… pamiętnik-dziennik poufny i intymny swej babci Anny Abrahamerowej z Seelenfreudów, żony krakowskiego przedsiębiorcy w branży piekarniczej, wspomnianego już Dawida Abrahamera, matki Teofili z Abrahamerów Lieblingowej – tej, która 13 listopada 1938 roku urodziła córeczkę Romę… A zatem klasyczny apokryf.

Jest to jeden z piękniejszych tekstów literackich, jakie ostatnio czytałem. Jego uroda, prostota i mądrość dość mocno tłumią moje zawodowe nieomal skłonności do analitycznego szukania dziury w całym. A nie byłoby to zadanie trudne – począwszy od weryfikacji potencjału intelektualnego domniemanej autorki. Zacznijmy od prostego pytania – w jakim języku Anna Abrahamer pisała? Po polsku, po niemiecku czy w jidysz? Wszystko jedno, który to mógł być z tych języków, sam tekst zdradza, że jego autorka była osobą wykształconą – może niekoniecznie z formalnym dyplomem, ale na pewno gruntownie, klasycznie, na niezłym poziomie. Nie była to edukacja typu chederowego, raczej gimnazjalna. Czy familia galicyjskich, średniozamożnych Żydów spod Krakowa (może z okolicy Myślenic) na przełomie XIX i XX wieku mogła jednej ze swych córek takie wykształcenie zapewnić? Może i tak, ale sądzę, że nie był to priorytet. Ojciec panny Anny sam zrezygnował z nauki (a chciał rabinem zostać), by objąć rodzinny interes – mianowicie gospodę o ustalonej renomie, popularną wśród lokalnych kupców. Mógł mieć środki na bardziej formalną edukację córki, zwłaszcza gdy rzeczona zdradzała pewien pęd ku wiedzy – czemu nie? Ale pewniej i bezpieczniej było ją za mąż wydać; co też uczyniono przy pierwszej okazji – tym łacniej, iż wybranek był synem bogatego młynarza, poważnym młodym człowiekiem, pracowitym i przedsiębiorczym. Od swego ojca dostał i w wianie wniósł do małżeństwa kawał gruntu w Prądniku Czerwonym (tuż przy ówczesnej granicy cesarsko-królewskiego miasta Krakowa), gdzie postawił dom z ogrodem i pierwszą ze swych Abrahamerowskich piekarni (dziś jest tam fragment cmentarza Rakowickiego…). Pani Anna sprawnie i trzeźwo przez dziesięciolecia zarządzała domem, familią i gospodarstwem, wykazując znaczne umiejętności przywódcze, zdrowy rozsądek, liczne cnoty i przywiązanie do tradycji – chociaż nie może być mowy o religijnej ortodoksji. Żadnych emocjonalnych fanaberii (to znaczy – umiała je dobrze skrywać), żadnych huśtawek nastrojów (no, jak czasem…) ani widocznych ataków paniki.

Czy taka osoba mogła skrycie pisać dziennik? Mogła, chociaż prawdopodobieństwo jest nikłe. Czy mogła pisać po polsku? Mogła. Pod warunkiem, że to jej język domowy był, język edukacji, lektur i konwersacji. Lecz i w tym przypadku prawdopodobieństwo, aczkolwiek większe… Ale dajmy pokój tym wątpliwościom. Literatura nie jest od tego, by ulegać rezultatom rachunków probabilistycznych – ani tym bardziej kurczowo trzymać się rzeczywistości. Literatura jest wolna – a konwencjom podlega tyle o ile… Ważne jest tylko to, że Anna Abrahamerowa raczej doświadczyła wszystkiego, co napisane. A głębokiego sensu ani urody samego przekazu żadną miarą nie ogranicza fakt, że to wnuczka za babcię napisała. Rzecz bowiem nie w tym, by się zastanawiać, jak dalece jest to udana imitacja czy mistyfikacja. Literatura to nie jest fałszowanie ani kopiowanie dzieł sztuki. To za każdym razem jest nowy obraz, nowa sytuacja, niepodlegająca ani żadnym parametrom mierzącym autentyczność (zresztą – co to jest autentyk?), ani żadnym zabiegom komparatystycznym.

Roma Ligocka zamierzyła i wykonała trudne przedsięwzięcie literackie, wymagające niezwykłej staranności rekonstrukcyjnej i zarazem intelektualnej. Zrozumieć i poskładać babcię z tych niewielu ocalonych okruszków, z relacji Mamy – Tosi (przeżyła Zagładę…), z własnych badań, przeczuć oraz imaginacji… To naprawę niełatwe. Oczywiście, zabieg rekonstrukcji apokryficznej to chwyt literacki stosowany nader często – z reguły dający dobre rezultaty. Do tego łagodny i bezpieczny. Ale w przypadku najbliższej rodziny? No, nie wiem… Wtedy to coś więcej niż pisanie. Wtedy to spotkanie – bliskie, intymne, uważne. Rozmowa niemalże. Ale czy da się babcię Abrahamerową opowiedzieć, czy może lepiej jej samej oddać głos? To drugie trudniejsze – lecz Ligocka poradziła sobie. Wtopiła się w epokę, dokonała silnej duchowej identyfikacji z wykreowaną narratorką, wypracowała język z jego indywidualnymi osobliwościami, zbudowała wiarygodną otoczkę faktów, obiegowych opinii, lęków i nadziei, przeczuć, narysowała sobie psychologiczny obraz babuni wedle uczucia i najlepszej swej wiedzy… Anna Abrahamerowa przemówiła!

I to jak… Ani opisać, ani streścić się tego nie da. Wypada tylko uważnie i z czułością przeczytać – do czego zachęcam nad wyraz serdecznie. Lektura „Siły rzeczy” ma kryniczne właściwości. Nie tyle orzeźwiające, co raczej terapeutyczne. A smak lipcowych wiśni (pewnie łutówki, co?), smak sierpniowych śliwek w ogrodzie Abrahamerów to musiało być coś – wiem, bo sam pamiętam inne takie śliwki, inne takie wiśnie… Lektura „Siły rzeczy” robi wrażenie. Siłą rzeczy… Choć głównym tworzywem i spoiwem tej lektury jest pamięć – to jest nie tylko porcja kropelek na serce dla nostalgików. Jest inny powód, dla którego warto tę książkę mieć pod ręką, gdy pojawi się nieodparta potrzeba pogadania z samym sobą – „Siła rzeczy” to miara, receptura: tyle a tyle instynktu samozachowawczego, tyle heroizmu, tyle żalu, płaczu, tyle optymizmu, Czasem rachunek się nie zgadza. Nie chodzi jednak o to, by się zgadzał. Chodzi przede wszystkim o to, by ten rachunek robić. By znów i znów ustawiać obok siebie cegiełki życia… Za którymś razem mur ustoi.

Tomasz Sas
(6 06 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *