M Koniec i początek

30 października 2026

Antonio Scurati 
M Koniec i początek
Przełożyła Alina Pawłowska–Zampino
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2026

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Wielka ucieczka

Więcej o Mussolinim przeczytać się nie da… Bez obrzydzenia na pewno. I w najbliższej dającej się przewidzieć przyszłości. Ja przynajmniej mam dość. Chciałem tylko dociągnąć lekturę Scuratiego do tego momentu, gdy na mediolańskim Piazzale Loreto, na stalowej belce stelażu wiaty nad stacją benzynową (bodajże koncernu Total), której budowę i tak przerwano z powodu bombardowań miasta (no i powszechnego braku towaru, który planowano w niej dystrybuować), 29 kwietnia 1945 roku powieszono – głowami w dół – zwłoki zastrzelonych: Benita Mussoliniego i Clary Petacci (jego kochanki). Tak bowiem dramatyczny (i zarazem patetyczno-bestialski) był symboliczny koniec włoskiego imperium, które wymyślił sobie i zaczął budować (na szczęście nie ukończył) faszystowski dyktator.

Ale czy to był koniec prawdziwy? Imperium na pewno tak – w żadnych, nawet najbardziej zakutych łbach nie kołaczą się już mrzonki o powrocie do Addis Abeby, do Benghazi lub Dżibuti. Ale faszyzm jako ideologia to co innego – tysiące Włochów (i nie tylko oni…) kultywują pamięć o Duce i jego „dorobku intelektualnym” jak o kośćcu swego współczesnego światopoglądu. Taki faszyzm wcale się nie skończył na Piazzale Loreto. To ciekawe – wtedy nabrał mocy i rozpoczął drugie życie. Zakazany formalnie przez konstytucję republiki – ale przez praktykę orzeczniczą organów wymiaru sprawiedliwości jakby mniej… – faszyzm (w postaci tzw. neofaszyzmu, formalnie odcinającego się od Mussoliniego) przetrwał w niezłej kondycji i dziś we włoskiej polityce bieżącej odgrywa rolę języczka u wagi.

Dość wspomnieć, że obecna pani premier ma za sobą epizod jawnie neofaszystowski, albowiem partia z której się wywodzi, czyli Fratelli d’Italia (Bracia Włosi), nigdy swych faszystowskich afiliacji nie skrywała. A to przecież niejedyna organizacja włoskiego życia publicznego (tego jawnego i tego okrytego konspiracyjną tajemnicą) czerpiąca garściami z dorobku faszystów Duce – aż po zdecydowanie terrorystyczną bandę Forza Nuova. Największy w historii powojennych Włoch akt terroru – zamach bombowy na dworcu w Bolonii w sierpniu 1980 roku (85 zabitych, 200 rannych) też był dziełem neofaszystów: Zbrojnych Komórek Rewolucyjnych (nazwa miała zamaskować ich faszystowskie korzenie i przez swe podobieństwo do lewackich band skierować podejrzenia policji na fałszywy trop). Zresztą co tu wspominać terrorystów – wystarczy opisać neofaszystowską polityczną karierę i neofaszystowskie poglądy pani Alessandry Mussolini (autentycznej wnuczki Duce – córki jego syna Romano, skądinąd pianisty jazzowego i… siostry Sofii Loren – Marii Scicolone). To najlepszy dowód żywotności i obecności we włoskim życiu politycznym dziedzictwa faszyzmu. Spektakularny i wcale nie osamotniony…

I to jest dodatkowy, ale niezmiernie ważny – powód, dla którego mrówcza robota Scuratiego wydaje się tak istotna we włoskim życiu publicznym. Il professore po prostu dobitnie przypomniał swym rodakom, jak to było naprawdę. Zwłaszcza tym, którzy z powodów i pobudek sentymentalnych głosowali na uroczą i urodziwą Alessandrę oraz jej kumpli: Berlusconiego, Salviniego, Bossiego czy Finiego. Nieprawdą jest bowiem, co głosi włoska premier Giorgia Meloni – że faszyzm to już historia. I tylko historia. Praktyka włoskiego życia politycznego temu przeczy. Bagienko, uformowane przez Duce i jego squadrystów, ardytów i innych wszelkiej maści bandziorów, wciąż intensywnie śmierdzi i bąbluje. Wystarczy trochę sprzyjającego wiatru i jedna iskra, by faszystowskie gówno zajęło się żywym ogniem. Niestety – nie jest to political fiction, tylko jedna z dyskutowanych przez fachowców opcji spodziewanego biegu wydarzeń we Włoszech i w Europie. Faszyzm bowiem kroczy tuż za populizmem…

W treści „Końca i początku”ten aspekt ostrzegawczy wydaje się mieć znaczenie dużo większe niż w poprzednich tomach cyklu „M” – mamy bowiem do czynienia z KOŃCEM prawdziwym, bolesnym, tragicznym, zbrodniczym, zaś tu i ówdzie groteskowo-absurdalnym. Koniec faszyzmu – liczony od uchwały Wielkiej Rady Faszystowskiej z 25 lipca 1943 roku i faktycznego aresztowania Mussoliniego przez… króla – to historia pełna wrzasku, zbrodniczego chaosu, paroksyzmów i drgawek zdychającego molocha, który przecież oplótł i poprzerastał wszystkie tkanki życia włoskiego społeczeństwa i państwa. Faszyzm był szkieletem, a jego kości wcale nie były tak słabe, jak je później malowano w republikańskiej propagandzie wstydu i usprawiedliwiania. To nie tak – kości były ciężkie i zgruchotały dziesiątki tysięcy istnień – bez jakiejś spektakularnej odpłaty. Nigdy nie wymierzono instytucjonalnej sprawiedliwości – w imię fałszywej solidarności i laski wybaczania.

Agonia faszyzmu trwała długo i obfitowała w zbrodnie dotąd niesłychane, na jakie tylko zdobyć się potrafiła tłuszcza oszalałych bandytów, sutenerów, nożowników, doliniarzy i szmalcowników. W pierwszej fazie zdychania w kuchennych paleniskach spłonęły miliony legitymacji partyjnych, a miliony czarnych koszul kończyły swą służbę konfekcyjną na wysypiskach śmieci i w kubłach sprzątaczek. Tysiące dezerterów zasłały pobocza dróg resztkami spostponowanych mundurów. Ale najwierniejsi (i najbardziej zbrodniczy) gwardziści wodza nie mieli się gdzie podziać – zresztą, jak się wydaje, powoli tracili instynkt samozachowawczy: brali karabiny ze zbrojowni, łączyli się w skoszarowane watahy i przejmowali władzę policyjną (znaczy że absolutną, ostateczną) w zasięgu swoich ciężarówek (i zapasów benzyny). Włochy zaczęły przypominać luźną federację bandyckich rewirów, rząd marszałka Badoglio niczym nie rządził, nawet samym sobą, armia praktycznie rozsypała się, siły policyjne (większe niż wojsko) przeszły w stan wyczekiwania. Raczej na kapitulację niż nowy impuls do zrywu. Ogólnie atmosfera była deprymująca…

Mussoliniego przerzucano tu i ówdzie – w obawie przed możliwym i oczekiwanym przez plotkarzy jego uwolnieniem lub przechwyceniem – a to przez faszystów, a to przez Niemców, a to przez aliantów. W istocie Hitler wydał rozkaz uwolnienia Duce już 26 lipca – dzień po „detronizacyjnej” uchwale rady faszystowskiej. Akcję miał przeprowadzić hauptsturmführer Waffen-SS, dowódca jednostki sił specjalnych Otto Skorzeny – austriacki inżynier (ale z korzeniami pod… Gnieznem). Gdy wywiad ustalił, że wodza faszyzmu karabinierzy przetrzymują w Apeninach, w schronisku narciarskim Albergo Rifugio (jakieś 2000 metrów n.p.m.) w masywie Gran Sasso, Skorzeny zaplanował zuchwały wypad swej grupy bojowej na… szybowcach. Poszło szybko i sprawnie, było mało ofiar, a Mussoliniego wywieziono niewielkim samolocikiem łącznikowo-obserwacyjnym typu fieseler storch, który (przeciążony ponad możliwości) ledwo wystartował z kamienistego płaskowyżu.

Następnego dnia Duce już jest w Monachium, a później leci do polowej kwatery Hitlera w Kętrzynie – po tym spotkaniu wyzbywa się (chyba…) wszystkich wątpliwości – jego aktywna rola w polityce europejskiej dobiegła końca. Armia niemiecka wkracza do Włoch i zajmuje pozycje obronne przeciw aliantom, ale poza tym zajmuje wszystko, co może mieć jakąkolwiek wartość dla wspomożenia wysiłku obronnego III Rzeszy. To koniec – faszystowski wódz Italii Benito Mussolini staje się marionetką w fasadowej inscenizacji Włoskiej Republiki Socjalnej, sterowanej przez samego Hitlera od czasu do czasu, ale przeważnie nadzorowanej przez dowodzącego na włoskim teatrum niemieckiej wojny feldmarszałka Luftwaffe Alberta Kesselringa („spieszonego” przez Hitlera do zadań ogólnowojskowych ) i kilku wyższych oficerów SD, ulokowanych w okolicy miejsca swoistego „internowania” Duce nad jednym z podalpejskich jezior. Niemcy podtrzymywali tę osobliwą italofikcję, bowiem dzięki niej Włosi zajmowali się głównie sobą. Faszyzm odradzał się w postaci zbrojnych band mordujących i rabujących cywilów; dość liczny i również uzbrojony, lecz słabo skoordynowany ruch partyzancki o proweniencji na ogół lewicowej (choć do walki stawał również katolicki ruch oporu) bił się z faszystami.

A Mussolini? Nie licząc rzadkich epizodów aktywności, gdy pojawiał się w Mediolanie i nawet wygłaszał przemówienia, chronił się samotnie w willach nad jeziorami Garda i Como (pod dyskretną, ale skuteczną strażą „fachowców” z SS). W gruncie rzeczy uciekał – zdradzony, lekceważony, ledwie tolerowany. Uciekał przed pamięcią, przed historią, wreszcie przed sobą samym. Ostatni tom dzieła Scuratiego to kronika tej eskapady: powolnej, chaotycznej, jak zwykle u Duce kabotyńskiej, pełnej pustych gestów (w zamyśle heroicznych) na przemian z nerwowymi manifestacjami depresji. A na końcu ktoś pociągnął za spust pistoletu maszynowego – nie wiadomo kto, nie wiadomo, jak to się odbyło. Zapisano tylko po pobieżnej autopsji, że pocisków było dziewięć. Partyzanci z Brygady Garibaldiego zawieźli zwłoki do Mediolanu i powiesili na Piazzale Loreto.

Lektura pięcioksięgu Scuratiego jest doświadczeniem męczącym, ale ważnym. Nie tylko dlatego, że to fenomenalnie napisana historia potwornego paroksyzmu dziejowego, jakim był włoski faszyzm – wrzaskliwy, absurdalny i głupi – ale nie mniej zbrodniczy niż inne faszyzmy. Przeciwnie – może bardziej… To doświadczenie ważne także dlatego, że gwarancje jego niepowtarzalności właśnie jedna po drugiej upadają. Kto nie odrobi lekcji z tej lektury płynącej, może doświadczyć niespodziewanej, niechcianej repety.

Tomasz Sas
(30 10 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *