Zadie Smith 
Żywa i martwa
Przełożył Justyn Hunia
Wydawnictwo Znak, Kraków 2026
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5
Cóżeś ty najlepszego uczynił,
Michale z Montaigne?
Sztuka (i przymus) zajmującego pisania esejów nieprędko zniknie za horyzontem intelektualnym ludzkości. Nawet w epoce krótkich tweetów w mediach społecznościowych i w nadchodzącym wieku ciemnym panoszenia się tzw. sztucznej inteligencji i jej tz algorytmów (z cyfrowego piekła rodem) umiejętność tudzież ochota pisania zwartych, większych form intelektualnej ekspresji pozostanie żywa. Aczkolwiek zapewne mocno ograniczona w sensie ilościowym i poznawczym. Uprawianie eseju zejdzie na margines, albowiem zajmować się tym będą ludzie, którym nie zależy na popularności, zasięgach i natychmiastowej rozpoznawalności. A takich przecież podobno nie ma. No, prawie…
W każdym razie mniemam, iż eseistyka pozostanie dyscypliną twórczą wielce przydatną w życiu indywidualnym i zbiorowym ludzi pióra. Tak długo, jak dominować będzie chęć eksponowania swego ego za pośrednictwem słowa drukowanego. Nie wiem, jak długo ta epoka jeszcze potrwa. Gdy obserwuję (z rosnącym zadziwieniem i niesmakiem pewnym takim) radosny pochód griotów, influencerów, vlogerów, standuperów, youtuberów, „rolkarzy” i innych wszelkiej maści opowiadaczy świata – to przekonania nabieram, że drukowanie i czytanie znikną szybciej niż znikają z dnia na dzień masy globalnego„kontentu”, przemielone w jakimś wielkim intelektualnym zderzaczu hadronów. Żywię tylko nadzieję, iż nie dożyję dnia, w którym Ostatni Żyjący Pisarz drżącą ręką powierzy (w głębokiej konspiracji – ma się rozumieć) Ostatni Pendrive, wypełniony Ostatnimi Esejami o Sobie Samym i Naturze Ludzkiej, Ostatniemu Wydawcy, mającemu dostęp do Ostatniej Maszyny Drukarskiej…
Tak się stanie na bank, jestem bowiem głęboko przekonany, że ostatnia książka na Ziemi będzie właśnie zbiorem eseistycznym. Bo gdy już nic nie będzie do opowiedzenia, zawsze pod ręką będę JA – zasługujący przecież co najmniej na książkę, nieprawdaż? Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jej autor/autorka będzie kimś co najmniej kalibru Zadie Smith. Ale prawdopodobieństwo takiego szczęśliwego dla ludzkości zbiegu okoliczności nie jest wielkie. Raczej małe jest ono i wątłe intelektualnie. Wobec tego, póki jeszcze nie nadszedł Ten Czas, pocieszajmy się lekturą esejów Zadie Smith, wydanych w normalnym trybie.
Zaletą tej lektury, do której to zalety wszakże trzeba się należycie przygotować, by nie ulec zaskakującej dezintegracji, jest wielopłaszczyznowość. W eseju niby to norma, ale Smith i tak wyskakuje daleko poza powszechnie spotykane pisarskie obyczaje. Na esej zasługuje poniekąd nie tylko ona sama jako taka. Świat, w którym żyje, też jest godzien jej uwagi – od londyńskiej dzielnicy Kilburn po reguły życia stadnego nowojorczyków w fazie ruchu. Innymi słowy: cokolwiek obok autorki się zdarzy, a nie jest algorytmem ani bezpośrednim takowego produktem (czyli w gruncie rzeczy seryjnym gównem), zasługuje na jej, pisarki, zainteresowanie. I wcale nie musi być niezwykłe czy osobliwe – wystarczy autentyczność (w sferze materialnej jej odpowiednikiem byłoby wyrafinowane rękodzieło).
Zebrana w tym tomie eseistyka Smith nie powstała „za jednym dosiadem” – w sposób spójny, ciągły i wyodrębnionym zamiarem intelektualnym inspirowany. Nie, to klasyczna zbieranina tekstów, których jedynym wspólnym mianownikiem jest osoba autorki, umieszczona w bańce mniej więcej zbliżonego, określonego przedziału czasu. Eseje to zatem kronikarski zapis, sprawozdanie z czynności urzędowych i powinności. Powinnością pisarza jest bowiem pisanie. Esejów – ma się rozumieć. Albo powieści, dajmy na to. Wszelako niekoniecznie… Stąd wśród esejów Smith, pomieszczonych w tej księdze, znajdą się wygłoszone w przestrzeni publicznej przemowy i wykłady, funeralia i memorabilia. Zbieranina zatem? Na pewno nie! Nawet nie da się wyczuć jakiejkolwiek przypadkowości, improwizacji czy doraźnej, interwencyjnej mobilizacji intelektualnej. Owszem, gdy poświęcimy nieco czasu analizie autorskich motywacji, to uda się odnaleźć symptomy zaangażowania. Zadie Smith nie jest bowiem lokatorką wieży z kości słoniowej. Przeciwnie: adresy oraz afiliacje publicystyczne, polityczne i kulturalne ma ściśle zdefiniowane, a stronę dyskursu – dawno wybraną.
Światopogląd Smith od dawna ma skrystalizowany, ale nie da się go przypisać do jakiegoś jednego, zawężonego i przy okazji zgrabnie nazwanego, nurtu. Można o nim powiedzieć, że w kategorii symboliczno-deklaratywnej jest lewicowy – ale w sumie to niewiele. Smith bowiem jest badaczką, gotową w każdej chwili poddać surowej wiwisekcji samą siebie i przy okazji – nolens volens – zakwestionować swe osobiste paradygmaty. Oczywiście w „Żywej martwej” nie mamy do czynienia z aż tak radykalnymi zwrotami. Przeczuwamy jednak ich możliwość. Której skądinąd autorka nigdy nie zrealizowała i zapewne nigdy nie zrealizuje. Czemu?
Aby się dowiedzieć lub przynajmniej umieścić się blisko prawdy, zacznijcie lekturę od w gruncie rzeczy autobiograficznego w sensie ścisłym eseju „Upadek”. Zadie wspomina w nim, jak (jako siedemnastolatka) pojęła, czym jest jest ambiwalencja w świecie kategorycznych uproszczeń i radykalnych poglądów, gdy ćmiąc niedozwolonego papierosa (i wzdychając do wokalisty Prince’a…) w kontemplacyjnej pozycji siedzącej na parapecie w otwartym oknie, nagle… wypadła ze sporej wysokości do przydomowego ogródka. W plantacjach wylądowała zadkiem, szerokim i płaskim (co było dotąd jej wizerunkowym utrapieniem); ale lekarze potwierdzili, że ten anatomiczny szczegół w zasadzie uratował jej życie i umożliwił powrót do pełnej sprawności. Taka sobie (bo jednak połączona z cierpieniem) to była lekcja dwuznaczności w świecie dążącym do pryncypialnej polaryzacji…
Czemu zalecam rozpoczynanie lektury „Żywej i martwej” od środka? Bo ten zbiór esejów wybitnie nie nadaje się do czytania linearnego, regulaminowego, jednym ciurkiem od początku do końca. Oczywiście tak też można, ale to udręka. O wiele lepiej, korzystniej skakać z kwiatka na kwiatek, poczytywać sobie po kawałku akurat potrzebne eseje. Satysfakcja rośnie… Fakt, iż przy tej metodzie posługiwania się tekstem pani Smith łacno okazać się może iż niektóre z nich (esejów znaczy) są w ogóle zbędne i konkretnemu czytelnikowi niepotrzebne. Autorka jest na to przygotowana i z takim despektem pogodzona – ale sam namawiam do pełnej lektury, tyle że w dowolnej kolejności…
Najlepiej po prostu trzymać tomik pod ręką (nie żeby zaraz na nocnym stoliku, ale właściwie czemu nie?) i realizować zachcianki lektury w miarę ich uporczywego ujawniania się i zachęt do powrotu. Z esejami i eseistami tak już jest – i to od czasów założyciela gatunku, czyli Michała z Montaigne. Przecież „Próby” można czytać linearnie i na wspak, po kawałku z małymi odstępami albo dużymi skokami – i za każdym razem budzą zachwyt, w zasadzie nie opadający wraz z przyrostem stanu licznika wielokrotności lektury… Zasada stosuje się do Smith – wszelako z niewielkim wyjątkiem porządkowym: po „Upadku” czas na czytanie „Śmiałości domniemywania: w obronie literatury”, gdyż to sui generis manifest jest – oznajmujący wszem, wobec i na zawsze, czym dla autorki jest reguła prymatu wyobraźni i wolności tworzenia w całym procederze pisania. Innymi słowy: to sprzeciw Zadie Smith wobec terroru „autentyzmu” – wymagającego od piszących posługiwania się wyłącznie własnym doświadczeniem, począwszy od (naprawdę lub rzekomo) straumatyzowanego dzieciństwa. To ważny głos za wolnością w literaturze, przeciw opresji i dyktaturze algorytmów, ustanawiających swój uśredniony obraz świata jako jedyny obowiązujący.
Ale poza tym narzucanym przeze mnie porządkiem – luz. Smith smakuje najlepiej i mówi najrozsądniej akurat wtedy, gdy naprawdę jej głosu potrzebujemy. Wystarczy tylko pamiętać, że już ją mamy na podorędziu.
Tomasz Sas
(28 08 2026)

Brak komentarzy