Czynnik alchemiczny

16 czerwca 2026

Tomasz Stawiszyński 
Czynnik alchemiczny
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2026

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Wyspa Heisenberga

Gdziekolwiek w świecie bywałem (już nie bywam – szlaban zdrowotny…), starałem się uzupełniać zapotrzebowanie organizmu na pokarm, niezbędny do podtrzymania procesów życiowych – wyłącznie korzystając z lokalnych zasobów, produktów i ofert tubylczej gastronomii. Programowo więc żadnych „europejskich śniadań”, żadnych burgerów i zafoliowanych kanapek (wyjąwszy może „przymusową” ofertę linii lotniczych; na dziesięciu tysiącach metrów nie da się zmienić lokalu…). Dzięki temu kolekcja moich wrażeń smakowo-estetycznych przetrwała w pamięci jako bogata i nie do wymazania, na zawsze powiązana z konkretnymi koordynatami topograficznymi… Jak te fenomenalne escargots w paryskim bistro „Cheval noir” na rue des Mathurins przy Operze Garniera. Jak owoce morza, którymi dożywiałem się wieczorami w Seulu – w rozstawianych na chodnikach improwizowanych knajpkach-namiocikach na wyspie Yoido. Jak poranna kawa z tygielka na skwerku przy bulwarze Rustawelego w Tbilisi. Jak ostrygi serwowane półtuzinami prosto z wody (z drobną obróbką) w Fort William. Jak pielmieni z kwaśną śmietaną w budce na bazarze Besarabskim w Kijowie. Jak grecka zupa rybna (de facto rosół z labraksa) w knajpce na nabrzeżu portu w Nauplion. I wiele, wiele innych, dobrze zapamiętanych doznań.

W sumie nic wykwintnego – żadne micheliny, żadne gaulty&millau’y. Do tych nawet bym się nie zbliżał – a) z powodu cen – na ogół erupcyjnie niekoherentnych z jakością menu, b) z powodów towarzyskich – osobliwie z powodu nieuleczalnego uczulenia na nowoRuskich i bałkańską mafię, c) bo nigdy nie miałem dość czasu, by się doczekać terminu rezerwacji stolika. Natomiast przydrożne knajpki z paroma stolikami na poboczu – proszę bardzo. Mam niezawodny barometr jakości: jeśli za szynkwasem stoi lub siedzi osoba (płci obojga) wyglądająca jak właściciel interesu i zachowująca się jak właściciel, a karta jest króciutka oraz prosta, czasem kredą na desce – wchodzę i zamawiam. Rzadko kiedy dawałem się zwieść… Ba, nabrałem przekonania, że na całym świecie mała lokalna gastronomia, tylko przypadkiem zlokalizowana w pobliżu tzw. miejsc turystycznych (bo była tam wcześniej niż turyści), wcale nie jest nastawiona na to, by gościa wydymać, oszwabić i struć. Nie – restauratorzy i inni gastronomicy – od szamańskich kucharzy w greckich tawernach po magików smażenia ziemniaka w belgijskich frytbudach – chcą po po prostu uczciwie zarobić na karmieniu przechodniów, a niektórzy z nich nawet lubią to robić…

Dlatego sympatyczna satysfakcja, jaką czuję po lekturze dziełka Stawiszyńskiego, skądinąd przecież filozofa wielce erudycyjnego, wyrafinowanego eseisty i przenikliwego felietonisty, z tamtych moich wędrowczych doświadczeń czerpie źródła… Stawiszyński wszelako nie dyskontuje swego globalnego włóczęgostwa – nie wiem nawet, czy takowe uprawia. On tylko zebrał do kupy swe doświadczenia (także familijne) z wieloletnich wypraw na jedną śródziemnomorską wyspę. Niby na turystycznym szlaku, ale nieco na uboczu – ani to Santorini, ani Kreta, ani Rodos, ani Cypr, ani Malta czy Sycylia; ani Capri, ani nawet Ibiza, Majorka lub dalmacki Hvar. To Korfu, najbardziej na północ wysunięta w łańcuchu przybrzeżnych wysp Morza Jońskiego – tak blisko Albanii, że kiedyś można było z jej północnych plaż spokojnie policzyć (i zrobić dokładną mapę) słynne bunkry paranoika Hodży na albańskim brzegu. (Teraz nawet nie wiem, czy betonowe punkty oporu przeciw imperializmowi jeszcze stoją – tak dawno tam nie byłem…).

Korfu, czyli starożytna Kerkyra jest znanym obiektem turystycznym od czasów wojny trojańskiej (ściślej: czasów tuż-powojennych) i jej kronikarza Homera. Ówże Homer, opowiadając o długoletnim powrocie króla Itaki Odyseusza na rodzinną wyspę, zakończył jego wędrówkę (skutek boskiej klątwy Posejdona) na Scherii, wyspie króla Feaków Alkinoosa. Dziś wedle badaczy greckiego, najbardziej antycznego antyku i jego mitologicznej rzeczywistości-nierzeczywistości Scheria to wyspa Kerkyra. A Kerkyra wszak to nic innego jak obecne Korfu właśnie. Gdy Odys po siedmiu latach niewoli u nimfy Kalipso uciekał z jej wyspy na własnoręcznie zbudowanej tratwie – bez dobytku i towarzyszy – czujny bóg mórz Posejdon jeszcze raz strzelił mu piorunem w tyłek, a fale Morza Jońskiego wysztrandowały golutkiego i nieprzytomnego rozbitka na czystą plażę w zatoczce Paleokastritsa – zacisznej, idealnie półokrągłej (jak spod cyrkla), otoczonej białymi skałami i pnączami śródziemnomorskich chabazi. Jak się domyślacie – istnieje ona naprawdę, a niżej podpisany spędził tam wiele przyjemnych chwil, głównie dzięki chłodnemu ouzo w barze na piasku i bezpruderyjnym współplażowiczkom z Holandii i Szwecji, notorycznie gardzących noszeniem krępujących nieco górnych połówek bikini… Ale wracajmy na Scherię – śpiącego Odysa odnalazła córka króla Alkinoosa – Nauzykaa, a jej tata polubił w nim wytrwałego współuczestnika pałacowych biesiad, umiejącego opowiadać i mającego wiele ciekawych doświadczeń do przekazania. Gdy już Odys opowiedział swoją odyseję, Feakowie podwieźli go na widoczną na horyzoncie Itakę i wysadzili pod bramą pałacu, gdzie żona Odysa Penelopa, wspierana przez ich syna Telemacha, zmagała się z zalotnikami… Ale to już temat innego opowiadania; teraz godzi się tylko wspomnieć, że gniew Posejdona dosięgnął uczynnych Feaków – wredny bóg zdemolował im port na Scherii. Faktycznie – dziś port w Kerkyrze od strony wody nie wygląda nadzwyczaj gościnnie…

Ale jak już się stanie na brzegu (promy z Ankony i Bari regularnie i codziennie, takoż z Patras oraz Igoumenitsy) – no to chapeau bas – panie i panowie (z głębokim pokłonem). Niczego choćby trochę podobnego nie znajdziecie w całym basenie Morza Śródziemnego (może tylko w Gibraltarze albo po części na Malcie czy Cyprze). To nie jest Grecja, do której przywykliśmy w Atenach, na Peloponezie czy wyspach Morza Egejskiego. Grecja wygląda jak… no cóż, jak Grecja – a tu co krok albo kawałek Paryża, albo Wenecji czy Mediolanu, albo zgoła Londynu. Architektoniczny miły dla oka melanż – żadnych białych domków z niebieskimi dachami i okiennicami – nie; nadal jesteśmy u siebie w Europie. W północnej dzielnicy Kerkyry, wśród obrośniętych na zielono wzgórz stoi kilka hoteli o nostalgicznej fizjonomii i takichże nazwach. Już pierwsze wejście do lobby i recepcji któregokolwiek z nich przywodzi na myśl hotelarskie klimaty Zjednoczonego Królestwa, a wizyta w barze (obowiązkowa!) z imponującą kolekcją single maltów przenosi całkiem – ciałem i duchem – w inne szerokości geograficzne…

Dla podsumowania mniemania o niegreckości Korfu wystarczy jeszcze wizyta w Achilleion – nibygreckiej willi, wystawionej przez austriacką cesarzową Elżbietę Bawarską z Wittelsbachów, poufale zwaną Sisi (po jej śmierci – w wyniku absurdalnego zamachu włoskiego anarchisty – obiekt nabył… cesarz Rzeszy Niemieckiej i król pruski – Wilhelm II). To monumentalne domostwo w pseudoantycznym stylu, a właściwie kiczowatej jego imitacji, zaprojektowane w formule wystawnej teatralnej dekoracji – zawiera w sobie całą symbolikę europejskiego marzenia o Grecji: z jej ruinami, posągami, mitami. I z Grecją surową, korzenną i prawdziwą nie ma nic wspólnego… W sensie – jest bytem osobnym (co nie znaczy gorszym, lecz po prostu innym). Podobnie jak całe Korfu. Czemu? Od upadku Cesarstwa Bizantyjskiego i zdobycia Konstantynopola (1453 – ale tę datę chyba wszyscy pamiętają…) przez osmańskich Turków Korfu było jedną z nielicznych części składowych Grecji współczesnej, które nigdy nie były pod tureckim panowaniem. Na feackiej Scherii rządziła Wenecja, Francja, Austria Habsburgów, nawet krótko Rosja i czas jakiś Wielka Brytania. Ale nie Turcja… Dziś Grecy niechętnie to przyznają, ale tureckie panowanie, choć skończyło się dwa wieki temu, wywarło pewien wpływ, zostawiło pewien osad (powiedzmy, że kulturowy, cywilizacyjny). I stąd ta różnica – bo Korfu pod tym względem było raczej samodzielne…

Rozumiem doskonale Tomasza Stawiszyńskiego i jego żonę, że pokochali Korfu od pierwszego wejrzenia – jak prawie wszyscy, którym zdarzyło się na czas jakiś wylądować na tej wyspie; sam do tego grona należę. Coś w tym jest – nie tylko nostalgia, nie tylko postimperialny spleen, nie tylko potrzeba zachowania przeszłości w stanie nieco bardziej bukolicznym, niż mamy to w domu. To coś nieuchwytnego, metafizycznego zgoła i trudnego do nazwania. Może to magia? Może genius loci, który się otorbił, zakonserwował i skolonizował urocze wioski, białe wzgórza, oliwkowe gaje, plaże i wąskie, kręte drogi? Zapewne. Ale coś w tym jeszcze musi być. Coś, czego nie da się skwantyfikować, organoleptycznie opisać i pomierzyć ani chemicznie zanalizować cząstka po cząstce. Duch to, czy jakiś inny pierwiastek transcendentalny? Niekoniecznie. Ale dociec nie sposób – co to takiego. Nie ulega wszakże wątpliwości (niżej podpisany sam tego doświadczył), że na Korfu każda próba zdefiniowania istoty „osobliwości korfucjańskiej” (wielkie dzięki profesorowi Stawiszyńskiemu za przymiotnik „korfucjański” – przyznacie, że jest w nim i wdzięk, i ta filozoficzna zuchwałość poszukiwania odpowiedniej szaty werbalnej dla dobrego pomysłu) prowadzi do eksperymentalnego, ale namacalnego doświadczenia na własnym ciele i umyśle konceptu nieoznaczoności Heisenberga…

Zasada nieoznaczoności Heisenberga, funkcjonująca w obszarze mechaniki kwantowej, z grubsza mniej więcej tyczy się niemożności zmierzenia stanu jakiegoś bytu fizycznego; sam bowiem pomiar, sama czynność pomiaru, wpływa na ów stan, zmieniając go. Innymi słowy: dołożenie miarki do czegokolwiek zmienia wielkość tego czegokolwiek, więc odczyt pomiaru nie jest zgodny z rzeczywistością przed mierzeniem. Tak właśnie jest na Korfu: idziesz sobie drogą w upalne popołudnie, a tu obok w gaju oliwnym cienia wprawdzie niewiele, ale już słychać lekki szum, gałęzie zaczynają się chwiać – idzie lekki wietrzyk. Więc wchodzisz między drzewa, ostrożnie omijając rozłożone pod koronami plandeki. I nagle wiatr znika (choć widzisz, że wieje); zamiast czujesz jakby inną atmosferę, z innej zgoła planety, łapiesz w płuca bryzę z dominującą nutą czegoś, czego nie potrafisz nawet nazwać. Ale to nie jest ta mieszanina azotu i tlenu, do której przywykłeś od noworodka, to nawet nie są oliwkowe flawonoidy – to się zmiksowało wraz z twoim wejściem między drzewa. No, czysty Heisenberg! Zresztą Stawiszyński opisuje coś podobnego – w rozdziale „The Fruit Man” (o perypetiach ze znikającym jak zjawa, nieuchwytnym tudzież zmotoryzowanym sprzedawcy owoców).

Zresztą lektura pozostałych pięciu rozdziałów „Czynnika alchemicznego” dostarcza podobnych wrażeń. W każdym – czy opowiada się o włoskiej arystokratce i jej stoliku przy plaży, czy o tajemnicy parkingu w centrum Kerkyry (zawsze można tam znaleźć miejsce), czy o magii gotowania bianco i bourdeto (proste potrawy z ryb w sosach rozmaitych) – w tytułowym opowiadaniu-rozdziale „Czynnik alchemiczny” – gdy autor dochodzi do wniosku, że istotą udanego procesu pichcenia tych ryb jest magia. Co z kolei doprowadza do konstatacji, że transfery kulinarne, czyli próby przeflancowania fenomenalnie smakujących lokalnych potraw (nawet w idealnych warunkach i przy perfekcyjnej rekonstrukcji składników tudzież procesu), są skazane na porażkę, bo magii przenosić nie można. Z tym się zgadzam i rekomenduję powściągliwość. Jedynym artykułem spożywczym z Korfu, który importowałem do kraju bez straty jakości i swoistej „pauperyzacji” wrażeń smakowych był kumkwat (Fortunella) – drobny owoc cytrusowy o wyglądzie i smaku nieco zbliżonym do pomarańczy (miejscowi robią z niego fantastyczny dżem, ale nie tylko, nie tylko…).

Stawiszyński – jak się wydaje – należy do tych wędrowców, którzy radzi byliby światu, gdyby przestał się on homogenizować, gdyby lokalne zawsze górowało (acz nie cenami) nad uniwersalnym. Podzielam, bo nigdy nie zrozumiem, jak można chcieć żreć bułę z hamburgerowni, gdy w Kerkyrze robią najlepsze w świecie tiropsomo (takie zwykle bułeczki) nadziane fetą i szpinakiem. Przez pamięć dla ich smaku uważam, że lektura Stawiszyńskiego to najlepsze, co mogło mi się trafić w tym mokrawym czerwcu dwudziestego szóstego roku…

Tomasz Sas
(16 06 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *