Zemsta

8 lutego 2026

Igor Brejdygant
Zemsta
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2025

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 2/5

Brzytwa Ockhama

Na stacji Poroże Długie,
gdzieś w biłgorajskim powiecie,
familii niejakich Wronków
kiepsko się wiodło na świecie…

(swobodna dość przeróbka
poematu o Piotrze Płaksinie
pióra Juliana Tuwima)

Czy już mówiłem, że Igor Brejdygant niezłym pisarzem jest? Na pewno – przecież piszę o nim już piąty raz, rekomendując jego książki, więc nie mogłem tego nie zauważyć. No więc repeto – Igor Brejdygant niezłym jest pisarzem, a właściwie to dobrym ponad przeciętną miarę krajową. Na pewno w ścisłej czołówce się mieści. Napisał i wydał jedenaście powieści kryminalnych i sensacyjnych, a według jego scenariuszy zrealizowano dwanaście filmów i seriali. Nie ma w tym dorobku żadnego seryjnego, grafomańskiego chłamu, żadnej masówki dla ćwierćinteligentów – jeno sama rozrywka na najwyższym poziomie. Igor Brejdygant – wyróżniając się w ten sposób z tłumu osobników płci obojga, zarobkujących na dostarczaniu byle jakiego thrillerowatego „kontentu” na chłonny rynek książki i telewizji – to mistrz kreacji, iluzjonista suspensu i wybitny architekt formy oraz znawca tego osobliwego języka, który występuje w dorzeczu Wisły i Odry pod nazwą „polski”. Lektura jego tekstów to czysta przyjemność!

Nachwaliwszy się Brejdyganta (ale nie ponadmiarowo, jak mniemam) w tej niewymuszonej (nikt mi glocka w żebra nie wciskał), szczerej laudacji, pozwolę sobie przejść do rzeczy samej, czyli rekomendacji kryminalno-sensacyjnej powieści „Zemsta”.

Najpierw wypada zadać kłam blurbowatej elukubracji na pierwej stronie okładki: „Gdy zawodzi prawo, pozostaje… ZEMSTA”. Otóż do niczego takiego później w tekście nie dochodzi. Prawo nie zawodzi, albowiem nikt go do niczego nie angażował – w szczególności zaś wspomniana na wstępie familia Wronków (Wronek), nie usiłowała uzyskać od prawa odpłaty za swe niepowodzenia egzystencjalne, albowiem z prawem nie miały one nic wspólnego. Prawo nie zadośćuczyni za alkoholizm, nieporozumienia męsko-damskie, bidę z nędzą tudzież komplikacje natury moralno-genetycznej (chyba że takowe są rezultatem przestępstwa). W socjopatycznym świecie Wronków (Wronek) z używaniem prawa nie kojarzy się nic – krzywda (niezależnie – czy prawdziwa, czy urojona) domaga się odpłaty samodzielnej i bezpośredniej, w sensie rzeczywistym – nie zaś symbolicznym, z pośredniczeniem kogokolwiek, a zwłaszcza władzy. Bezsilność prawa nie uruchamia zemsty; ona jest immanentną konsekwencją krzywdy. Prawo nie ma tu nic do rzeczy – zemsta jest składnikiem etosu plemiennego – obowiązkowym, nieusuwalnym, nienegocjowalnym. I bez granic…

Poczyniwszy te zastrzeżenia, zobaczmy, co Brejdygant namotał… Na wierzchu to komisarz Anna Kłodowska z komendy stołecznej policji i jej partner podkomisarz Bogdan Rumień zostali przez czymś podminowane zwierzchnictwo skierowani do sprawy nagłej śmierci (ale bez widocznych objawów udziału osób trzecich) bogatego i wpływowego prezesa firmy z branży informatycznej i szołbiznesowej, zdrowego jak byk, trenującego sporty siłowe. Pewnie chodziło o to, by zrobić wrażenie, iż policja czuwa. Na patologu nagły zgon prezesa też zrobił wrażenie – aż wymusił wysłanie próbki toksykologicznej do specjalistycznego laboratorium w Londynie. Gdy wynik badania przybył do sądowego prosektorium na Oczki, okazało się, że prezesa zmogła jakaś neurotoksyna – trucizna o działaniu paraliżującym układ oddechowy i krwionośny (rezultat jak przy nagłym zatrzymaniu akcji serca). Angole nie potrafili wskazać składu tej substancji, ale potwierdzili jej mordercze działanie. Z tym, że raczej nic nie wskazywało na służby w rodzaju Mosadu czy GRU. To była nowość na tajnym rynku zbrodni… A w tzw. międzyczasie Kłodowska i Rumień mieli już w obróbce dwie inne ofiary z podobnymi objawami – szefa firemki komputerowej w podstołecznych Markach i profesorkę politechniki, którą śmierć dopadła w trakcie wykładu na uczelni. Zrobiło się ciekawie… Ale oczywiście na tym ujawnianie sensu narracji zakończymy – mamy wszak umowę, by fabuły nie streszczać ani opisywać.

Ukryta głębiej warstwa intrygi obmyślonej przez Brejdyganta jest z kolei prosta jak stolnica do wałkowania ciasta na kluseczki. Chodzi w niej głównie o… konflikt klasowy, społeczny, między wsią a miastem – a konkretnie o masywne poczucie niesprawiedliwości, o nierówność szans, o społeczną degradację, cywilizacyjne upośledzenie, wyzysk przy tym i protekcjonalny paternalizm. No, no – w zwykłym „kryminale” takie treści? Walka klas zamiast walki dobra ze złem? Za lata poniżeń – zbrodnicza rewolta „słoików”? Aby było jasne – uważam, że autorowi wolno czynić takie karkołomne konstrukty intelektualne – nawet jeśli wykraczają poza granice zdrowego rozsądku i wszelkiego prawdopodobieństwa. Wszak narracja powieści jest pochodną wyobraźni – a nie rezultatem opisu rzeczywistości (przypominam po raz kolejny klasyczną definicję Goncourtów: „ouvrage d’imagination en prose”).

Istnieje wszakże od dawna w filozofii – i nie tylko – pewna ogólniejsza zasada, moderująca udział wyobraźni w dziele rozumienia świata – zwana zasadą ekonomii myślenia, albo inaczej: brzytwą Ockhama. Angielski braciszek Wilhelm Ockham, oksfordzki scholastyk z XIV wieku, doszedł był bowiem do wniosku (choć sam go tak elegancko nie sformułował; to dzieło jego kontynuatora z wieku z kolei XVII): „entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem”, czyli nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Ot, co… Innymi słowy – naganna jest wszelka przesada; jak już coś wymyślasz, czyń to roztropnie i powściągliwie, powołuj do istnienia tylko tyle, ile naprawdę niezbędnie potrzeba, by twe rozumowanie przeprowadzić i dowieść. Tak jest i elegancko, i ekonomicznie.

Brejdygant tymczasem jakby zapomniał o cnotliwej brzytwie. Dla wywarcia chłopskiej zemsty – socjopatycznej, patologicznej, urojonej i wściekłej – buduje konstrukcję wielce nadmiarową, wyrafinowaną i śmiercionośną. Tam, gdzie „na chłopski rozum” wystarczyłby strzał z kłusowniczego obrzyna, sztych majchrem do szlachtowania świniaków, trutka na szczury albo bomba zaimprowizowana z ruskiego trotylu i butli z propanem. A przy okazji autor z laboranta w powiatowej stacji ochrony roślin czyni geniusza zbrodni i terroru w stylu Unabombera Teda Kaczynskiego, pastora Jima Jonesa w Gujanie albo Davida Koresha z Waco i Timothy’ego McVeigha z Oklahomy. Tylko na większą skalę – milion ofiar w planie to nie byle co… I czy to nie przesada?

Czy włościańska patologia rodziny Wronków (Wronek), nawet wzmocniona przez edukację na poziomie akademickim, mogłaby uczynić urojone i realne krzywdy powodem zemsty na skalę apokaliptyczną? Nie wiem – ale nawet gdyby nie mogła, autor ma prawo tak wykombinować i napisać – tego mu nie odbieram ani nie zabraniam, bo to kwestia wolności myśli i słowa. Wszelako zawsze warto w takich momentch pamiętać o Ockhamie, by nie wyjść na fantastę bez korzeni w realnym świecie. Albo – co gorsza – na cynicznego cwaniaka, eksploatującego bez miary czytelniczą skłonność do makabry (nawet gdy ociera się to o absurd).

Brejdygant nie jest ani jednym, ani drugim. Jest po prostu kreatywnym artystą w dziele literatury gatunkowej (na razie…), któremu zdarzyło się odrobinę pohasać (i popaść się przy okazji) na łęgach wyobraźni – nietkniętych narzędziami tnącymi Ockhama. Ale pozostaję z nadzieją, że to ostatni raz – a dyscyplina intelektualna będzie odtąd wyróżniającym atrybutem Brejdyganta. Dobrej zatem lektury wszystkim życzę…

Tomasz Sas
(08 02 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *