Ognie

4 listopada 2021
Ognie. Miłość i inne katastrofy
-
Sigridur Hagalin Björnsdóttir
powieść
Wydawnictwo Literackie, Kraków
29. 09. 2021
358

Sigridur Hagalin Björnsdóttir 


Ognie
Przełożył Jacek Godek
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Love story na potokach lawy i hałdach popiołu

Wulkanologia stosowana, czyli praktyczna – przedsiębrana w terenie – to jeden z trzech najbardziej niebezpiecznych zawodów świata. Pytacie o pozostałe dwa? Służę: kierowca wyścigowy i degustator wina… Owszem – są wulkanolodzy-teoretycy, komputerowi zabiurkowcy, których jedyną chorobą zawodową bywa zwyrodnienie mięśni pośladków. Ale profesjonalnemu badaczowi wulkanów nie sprzedałbym polisy na życie nawet za dziesięciokrotną składkę, gdybym był agentem ubezpieczeniowym…

Na szczęście nie jestem. Lecz z drugiej strony nie znam żadnego zawodowego badacza wulkanów. A geologów w najszerszym sensie – może od jednego do dwóch. Pracującego wulkanu na żywo nigdy nie widziałem. Te wielkie, uśpione też jakoś omijałem z daleka – może parę razy przy różnych okazjach zamajaczyły mi na horyzoncie. Na kilka wymarłych od milionów lat krajowych (i nie tylko) górek tego pokroju wspiąłem się bez specjalnych trudności, ale i bez specjalnie wulkanicznych konotacji. Powieść Malcolma Lowry’ego „Pod wulkanem” przyswoiłem dawno i kilkukrotnie – więc uwierzcie mi – to żadną miarą nie jest zuchwała fabuła przygodowa o eksploracji wulkanicznych okoliczności przyrody (te tytuły prozy potrafią być mylące). W żadnym razie – nie! Zajrzyjcie, jeśli tego dotąd nie zrobiliście, a połapiecie się, w czym rzecz…

Filmografia wulkaniczna też jest niczego sobie; mocno „zwulkanizowane” kanały telewizyjne przynajmniej trzy lub cztery razy w sezonie emitują „Górę Dantego” (1997) Rogera Donaldsona z Pierce’em Brosnanem i Lindą Hamilton (wulkan rozwala miasteczko, które nie uwierzyło, że jest groźnie…) – przyzwoitą fabułkę inspirowaną (ale nie całkiem wiernie – raczej umownie i dość pobieżnie…) przez prawdziwy wybuch wulkanu Mount St. Helens w 1980 roku. Natomiast dwa lub trzy razy w roku z ekranów straszy marny „Wulkan” (też rocznik 1997) Micka Jacksona z Anne Heche, Tommym Lee Jonesem i Donem Cheadle’em – o wulkanie oczywiście, który postanawia „narodzić się” w środku… Los Angeles, przy okazji fajcząc i zalewając lawą pół miasta. Za to najwyżej raz w roku pokazują nam niezły niemiecki „Wulkan” z rocznika 2009 (reż. Uwe Janson) – porządną rzemieślniczą robotę o erupcji… jeziora w wulkanicznych skądinąd górach Eifel w Nadrenii Palatynacie. W sumie telewizja ma wysublimowany, choć nieco ograniczony arsenał wulkaniczny, ale jeśli dołożyć do tego z pokrewnej gatunkowo półki filmy sejsmologiczne (czyli o trzęsieniach, tsunami itp.), to już się robi spora siła rażenia.

Do zainteresowania się naturą wulkanów nie skłoniła mnie ani literatura, ani kino – no, wyjąwszy może filmy dokumentalne wyświetlane w telewizji w końcu lat 50. i na początku 60. Ma się rozumieć, że czarno-białe. Czyli pozbawione naturalnej siły. Płaskie. Bo ogień należy widzieć w jego naturalnym wybarwieniu… Ale to było pojedyncze zdjęcie w gazecie – konkretnie w takim dość sympatycznym i dobrze redagowanym (co w latach 50. było wyjątkiem raczej, nie normą…) tygodniku „Dookoła świata”. Był na tym zdjęciu mężczyzna w średnim wieku, odziany w grubą, trochę niekształtną kurtkę i mocne rękawice, ze zsuniętymi na czoło goglami i umorusaną, uśmiechniętą twarzą, do połowy zasłoniętą chustką; za jego plecami ostro odcinało się od reszty tła coś w rodzaju strugi śmietany posypanej makiem. No i oczywiście wszystko czarno-białe, w szesnastu odcieniach szarości… Podpis objaśniał, że to niejaki Haroun Tazieff – francuski badacz, eksplorator wulkanów, jaskiń i w ogóle wszystkiego, co Matka Natura w swej rozrzutności wygrzebywała z głębin ziemi i wyrzucała na jej powierzchnię. Nazwisko sugerowało, że ów szczęśliwy wulkanolog pochodził z którejś z krain Maghrebu. I reportażyk o jego gorących przygodach skłonił mnie do zainteresowania się wulkanami. Dopiero po latach dowiedziałem się, że z tym Maghrebem to lipa – Haroun urodził się w 1914 roku w… Warszawie; ojciec lekarz był rosyjskim Tatarem, matka – Polką, doktorem chemii i… nauk politycznych; gdy Haroun dorastał, wykładała na uniwersytetach belgijskich. No więc tym bardziej – badać te wulkany! Lecz ten romantyczny poryw wprędce został zastąpiony innym. Ornitologicznym – jeśli dobrze pamiętam. A potem jeszcze innym. I kolejnym…

Dopiero lektura „Ogni” islandzkiej pisarki Björnsdóttir przypomniała mi o wulkanach i tamtej przedawnionej nastolatkowej pasji. Nie bez powodu. Dawno nie zetknąłem się z prozą o tak znacznej gęstości (a nawet „lepkości” – choć niekoniecznie liczonej w puazach), o takiej sugestywności obrazu… Obrazu ściśle naukowego. „Ognie” to mozaika – i właściwie nie wiadomo, czym to jest. Czy powieścioromansem o fatalnym zauroczeniu dwojga osób odmiennych płci i w średnim poniekąd wieku, tudzież o tego zauroczenia dramatycznych skutkach – czy nie stroniącym od naukowych pretensji sprawozdaniem z aktywności wulkanicznej na niewielkim w sumie półwyspie Reykjanes (na południe od islandzkiej stolicy)? Zapewne przyjąć można za pewnik, że jest jednym i drugim jednocześnie, ale to byłoby tłumaczenie w pewnym sensie oczywiste i nawet prostackie… Załóżmy zatem, że od początku pani Björnsdóttir chodził po głowie pełnokrwisty romans dojrzałej, obciążonej cywilizacyjnymi obowiązkami i konwencjami kobiety, z cokolwiek szalonym, nieustabilizowanym awanturnikiem o artystycznym (więc poniekąd zbójeckim) usposobieniu. Tak zaplanowanemu związkowi trzeba dostarczyć – nomen omen – paliwa; nocna kąpiel nago en deux w geotermalnym basenie na wolnym powietrzu (i to zimą) może nie wystarczyć – chociaż to klasyczna „jazda obowiązkowa” islandzkiej literatury romansowej. Więc wulkany, lawa, wybuchy, gorące popioły. Gazy i ogólnie erupcje tudzież wstrząsy i eksplozje. Czegóż więcej trzeba?

Dla szalonego, niekontrolowanego wybuchu namiętności, dla miłosnych i seksualnych uniesień – niczego więcej… Wyuzdanie na wulkanie? Czemu nie… No i pięknie byłoby, lecz pani Björnsdóttir przytrafiło się coś niezwykłego; w literaturze pewnie jeden przypadek na milion. Gdy jej praca nad „Ogniami” – czystym rezultatem autorskiej wyobraźni i fantazji – dobiegała końca, zrządzeniem losu, po latach względnego spokoju sejsmiczno-wulkanicznego (względnego, bo na Islandii absolutnego spokoju nigdy nie ma – ani na lądzie, ani w wodzie, ani w powietrzu…) na opisanym tak szczegółowo podstołecznym półwyspie Reykjanes naprawdę doszło do drobnych, seryjnych wstrząsów i mikroprzemieszczeń gruntu, co mogło (acz nie musiało) zwiastować pewne nieco gwałtowniejsze zmiany w tamtejszych okolicznościach scenograficznych – w najbliższej przyszłości. Pani Björnsdóttir wzmogła wysiłki pisarsko-edytorskie, by zdążyć PRZED i nie być posądzoną o marne naśladownictwo Matki Natury. Dla pisarza nie ma nic gorszego od oskarżenia o wtórność…

Udało się – książka trafiła do handlu i nawet zaczęła się podobać, gdy na wspomnianym już Reykjanesie coś tąpnęło w ziemskich wątpiach i na powierzchni pojawiły się dymy, popioły i wreszcie płynna magma z licznych dziur, szczelin i pęknięć. Ofiar w ludziach nie było, ruch się wzmógł turystyczny, a współobywatele (jest ich raptem nieco ponad trzysta tysięcy…) islandzkiej pisarki – popularnej, lecz przecież nienadzwyczajnej – poczęli przyglądać się jej zrazu podejrzliwie, potem z podziwem, zmieszanym z lekkim niedowierzaniem, a może nawet strachem. Skąd wiedziałaś, Sigrídur? Bo przecież jest w tym coś nienormalnego, niepokojącego, nadprzyrodzonego zgoła, gdy pisarka iście profetycznie opisuje zdarzenie, które potem przyroda realizuje co do joty w rzeczywistości. Prorokini, jasnowidzka, wróżka? A może pakt zawarła z diabłem czy inną siłą, by zyskać dostęp do pierwszorzędnych informacji? A jeśli tak, to co dała w zamian? Już idę sobie wyobrazić ambitnego prokuratora, wszczynającego śledztwo na podstawie przepisu miejscowego kodeksu, brzmiącego mniej więcej jakoś tak – kto powziął i zataił z niskich pobudek (z chęci zysku na przykład) informacje o istotnym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa, podlega następującym karom i dolegliwościom: infamii, wykluczeniu ze wspólnoty, przepadkowi całego mienia ruchomego i nieruchomego, odebraniu wszelkich praw publicznych i honorowych; fakultatywnie dopuszcza się eksmisję do krateru czynnego wulkanu…

Taaaa, zawsze są kłopoty, gdy literatura zbytnio, przesadnie szczegółowo pokrywa się z życiem samym, czy zgoła z nim się identyfikuje. Nawet wybuch wulkanu (a właściwie zwłaszcza on…) nie jest wolny od podejrzeń o ukartowaną grę lub siły nieczystej ingerencję. Jakim cudem czy zrządzeniem losu fikcyjna powieść stał się kroniką wydarzeń prawdziwych? Cokolwiek od tej pory napisze pani Björnsdóttir, będzie dokładnie czytane i wprost, i wspak, i między wierszami, analizowane jak dowody kryminalne, dyskutowane oraz lękliwie poddawane egzegezom naukowym i metafizycznym. Taka karma – a było nie wróżyć! W tej sytuacji pani Björnsdóttir pozostaje jedno: uważać na każde słowo, brać głęboki oddech i takiż namysł. Co może wyjść na dobrej jej samej i jej pisarstwu…

A poza tym wszystkim – dobrze się czyta, a naukowe wtręty tylko pozornie osłabiają tok narracji. Przeciwnie – wydaje mi się, że to realne wzmocnienie, uatrakcyjnienie fabuły, która w stanie „gołym” wydaje się nieznośnie konwencjonalna i stereotypowa. Bo oto wulkanologii profesorka uniwersytecka, ekspertka i doradczyni rządu Anna Arnardottir, oprócz satysfakcjonującej pracy ciesząca się ustabilizowanym życiem rodzinnym i uczuciowym – nagle (w stylu „piorun z jasnego nieba”) zakochuje się w facecie zupełnie nieodpowiednim – łazęgowatym fotografie o zniewalająco chamskich manierach. Stawia opór samej sobie, ale bezskutecznie; miłosna historia eksploduje i rozum odejmuje, wraz z instynktem samozachowawczym. W tle także zabawnie naszkicowany klasyczny w takich okolicznościach spór między naukowcami, nalegającymi na ostrzeżenia i ewakuację, a bojącymi się paniki liderami administracji i biznesem, nie potrafiącym przeboleć utraconych zysków. Klasyka… A wulkany robią swoje: magma nieubłaganie wrze i przeciska się przez słabą ziemską skorupę, zasypując wszystko wokół popiołami i zalewając płonącą lawą… Apocalyptis Islandiarum… Z iście pompejańskim finałem.

W sumie – rekomenduję niezgorszy kawał literatury, aczkolwiek przypisywanie pani Björnsdóttir jakiegoś szczególnego mistrzostwa uważam za przesadę. Nie w tym rzecz wszelako – lektura „Ogni” nie jest stratą czasu. Przeciwnie.

Tomasz Sas
(4 11 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *