Zabawa w chowanego

6 września 2021
Guillaume Musso 


Zabawa w chowanego
Przełożyła Joanna Prądzyńska
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 2/5

Życie pisarza na szwank kto naraża…

Czy młody stosunkowo autor osiemnastu powieści popularnych (w sensie ścisłym, gdy idzie o nakłady i przekłady – oraz w sensie ogólniejszym, gdyż z całą pewnością należą do literatury z gatunku pop) – spisanych w nader nowoczesnym stylu narracji kryminało-obyczajówek z elementami fantastyki, tudzież przede wszystkim modnych – zarazem może być dupkiem? Jakby tu powiedzieć? Nie powinien, ale może, niestety… A wszystko dlatego, że postanowił zgłębić tajemnice pisarstwa – a w tym zdobyć świętego Graala całej literatury – nie tylko popularnej, czyli posiąść istotę duchowej (i innej takoż) koniunkcji pisarza z jego bohaterem. Musso zakłada, Musso przeczuwa, że długotrwałe akty spirytualnego obcowania twórcy z tworzywem inicjują coś w rodzaju znanego z dociekań cybernetycznych i innych dotyczących teorii działania systemów – na przykład inteligencji (nie tylko sztucznej) – sprzężenia zwrotnego.

Zjawisko to, znane obecnie pod krótszą i lepiej brzmiącą z angielska nazwą feedback, pojawia się w procesie twórczym wtedy, gdy produkt końcowy (znaczy bohater) osiąga taką gęstość (psychiczną przede wszystkim), że sam zaczyna „nadawać” sygnały zwrotne w kierunku początkowym procesu twórczego, jakby inicjując czy wybierając, preferując określone, konkretne sposoby czy wzory zachowań siebie samego. Innym słowy – gdy wykreowany bohater każe swemu twórcy tak konkretnie – a nie inaczej – postępować z materią procesu tworzenia, by produkt końcowy spełnił swe własne oczekiwania. Jeśli zatem autor na przykład sporządzi zbyt dokładny, szczegółowy profil psychologiczny podmiotu swej narracji – to już nie może postąpić (zamordować, porzucić, zniekształcić) z nim wedle swego kaprysu czy ekscesu wolnej woli; musi trzymać się raz obranych ścieżek. Karą za odstępstwo od sygnału zwrotnego może być całkowite zerwanie psychicznej więzi twórcy z tworzywem, czyli osobliwa tortura wyobraźni, prowadząca do sui generis pisarskiej schizofrenii. Oraz do rozdwojenia (a czasem nawet zwielokrotnienia) osobowości, co jest niewątpliwie przypadkiem klinicznym. Gdy autor nie wie, czy jest samym sobą (czyli autorem znaczy…), czy też bohaterem swego dzieła. Ba, znane i liczne są przypadki przenikania, czyli ożywienia biologicznej tkanki pisarza przez ducha wykreowanej postaci. Powstaje równoległy świat – tak perfekcyjnie udany, że do końca nie wiadomo, czy jest bytem wyłącznie imaginacyjnym, czy ma w sobie coś z universum gry telewizyjnej – na przykład reality w stylu „Truman Show”?

Od innej strony rzecz ujmując – temu Wilusiowi z rodu Mussów coś się ze łbem porobiło… A rzeczywistość z wyobraźnią podjęła ekstremalną grę. I ją przegrała. Gdyby to była prawda, ktoś powinien trafić do psychiatryka. Na szczęście pisarz nie jest ani dupkiem, ani schizofrenikiem. On po prostu dostrzegł duży potencjał twórczy w anegdocie o pisarskim rozdwojeniu jaźni i przerobił tamto tworzywo na tekst całkiem znośnej, a nawet w zasadzie udanej powieści sensacyjnej, z pogranicza psychologicznego thrillera i kryminału wcieleniowego – gdzie nie wiadomo do końca, kto jest kim i ko kogo wymyślił… Czyli – czyim ja życiem żyłem?

Przyznać trzeba, że Musso nakręcił na kilku poziomach intrygę pięknie skomplikowaną, zawęźloną jak się patrzy – do stopnia niesłychanego. Czyli w zasadzie, hm – gordyjską, w typie: biez wodki nie razbieriosz… Faktycznie – bez środków dopingujących fabuła nie do pojęcia, a każde spuszczenie intrygi z oczu na minutkę chociażby skutkuje całkowitą utratą kontroli nad przebiegiem akcji. Gdy analizowałem na chłodno pomysły naszego autora, przypomniała mi się anegdota literacko-prasowa jeszcze sprzed wojny – smakowita, bowiem dotycząca gazety, w której sam niedawno spędziłem owocnie ponad trzydzieści lat życia. Na potrzeby fabułki tej anegdoty nazwijmy ją „ekspresiakiem”… W latach owych, gdy drukowane prastarą techniką Gutenberga gazety stanowiły trzon krajobrazu medialnego świata, jedną z dominant tego pejzażu były tzw. popołudniówki. A filarami edytorskimi tychże popołudniówek – obok oczywiście trójcy PSZ (plotka, seks, zbrodnia) – były powieści sensacyjne, awanturnicze, erotyczne na przykład – w codziennych (pisanych nie na skład, z wyprzedzeniem, ale najczęściej z dnia na dzień właśnie…) odcinkach. I oto pewnego razu wielce szanowany, wydajny ponad ludzką miarę i popularny autor takich romansideł w bieżącym odcinku w ostatnim zdaniu przed sakramentalnym – ciąg dalszy jutro – zostawił swego bohatera, nieustraszonego detektywa Maxa Browna, w trakcie lotu z grawitacyjnym przyspieszeniem, po wyrzuceniu z samolotu, bez spadochronu, wprost w toń jednego z licznych dopływów Amazonki. Poczem – jak gdyby nigdy nic, autor na godzinkę przed dedlajnem zajrzał do kanciapy naczelnego redaktora. Nie, oczywiście nie z kolejnym odcinkiem – ale z propozycją nie do odrzucenia, mianowicie znaczącej podwyżki wierszówki. Naczelny zerknął na leżący na biurku codzienny raport buchalteryjny o stanie interesów firmy, wycedził przez zęby – ty skurwysynu! – i… podpisał notkę do księgowego z poleceniem wypłaty. Nie tylko dlatego, że urzekła go wymowa cyfr z raportu; sam też po prostu był ciekaw, jak też nasz autor wybrnie z całej tej awantury. Kolejny popołudniowy odcinek zaczął się tak mniej więcej: „Wyrwawszy się nadludzkim wysiłkiem woli z śmiertelnych tarapatów, Max wieczorem zasiadł w barze hotelu Grand w Manaus, sącząc powoli porcyjkę whisky (nawiasem: dość podłej) i dyskretnie lustrował damy przy stolikach…”

Dobry numer, nieprawdaż? Szkoda, że jednorazowy… Ale Musso prawdopodobnie nigdy tej anegdotki nie słyszał, bo z takąż śmiertelnie poważną dezynwolturą (wiem, wiem: to oksymoron jak byk!) każe swej bohaterce – nowojorskiej pisarce Florze Conway (po dramatycznych przejściach…) wdrapać się na dach apartamentowca w Williamsburgu na Brooklynie; Flora nagle poczuła, że ktoś steruje jej życiem, pociąga za sznurki jak u marionetki (i że jest pisarzem…), więc przystawiła lufę glocka do skroni i kazała tamtemu, odliczając do trzech, by natychmiast ją… powstrzymał. W tym samym dokładnie czasie, w Paryżu, popularny pisarz Romain Ozorski, autor osiemnastu bestsellerowych powieści, siedział przed komputerem nad tekstem kolejnej popularnej prozy – naglę poczuł ostry ból: jakby go koń kopnął, a jednocześnie ktoś poraził paralizatorem. Domyślacie się oczywiście, co się stało – to objawy buntu Flory Conway dały o sobie znać.

Romain Ozorski się przeraził: po raz pierwszy bohater jego powieści w tonie i sposobem nad wyraz kategorycznym mówił mu – niezależnemu, niepodległemu autorowi – co ma robić z jego życiem. Ozorski, gdy teoretycznie rozprawiał o swoim pisarstwie w gazetowych wywiadach, podkreślał, że cieszy się, jeśli bohater wchodzi z nim w dialog. Ale teoria teorią – a w praktyce nie mógł sobie pozwolić, by bohaterka dyktowała mu, co powinien napisać o niej i jej sprawach, życiu i emocjach. Ostatecznie to Ozorski powołał do życia panią Conway – nie tylko napisał teksty pod jej nazwiskiem, ale wykreował całą resztę, to znaczy sprowokował sytuację, w której zostały wydane, a cała historia zaczęła żyć własnym życiem…

Nie bez powodu Musso nadał Ozorskiemu imię Romain. Francuski pisarz żydowskiego pochodzenia Roman Kacew (1914 – 1980) z Wilna, piszący we Francji pod nazwiskiem Gary, swe imię „zromanizował” na Romain właśnie. Napisał coś ze trzydzieści powieści i był naprawdę wielki. Za jedną z nich – „Korzenie nieba” – dostał Nagrodę Goncourtów (1956). Gary jest jedynym człowiekiem, który zdobył „goncourtów” dwa razy w życiu, choć regulamin nagrody zastrzega, że można ją dostać tylko raz. Jak to zrobił? Koncertowo i brawurowo nabrał całą literacką Francję, pisząc i wydając w 1975 roku powieść „Życie przed sobą” – tyle że pod nazwiskiem Emile Ajar. Co więcej – zmistyfikował tego debiutującego „pisarza”, posługując się kuzynem jako figurantem, No i Ajar dostał nagrodę. Prawda wyszła na jaw dopiero pięć lat później, po śmierci Romaina – tylko dlatego, że sam się zdemaskował w pośmiertnie (testamentowo) wydanej książeczce „Vie et mort d’Emile Ajar”. Kreacja Gary’ego do dziś uchodzi za wzorcowy przykład literackiego szalbierstwa, zuchwałej blagi w dobrej poczynionej wierze… Nic przeto dziwnego, że Musso zaakcentował symbolicznie swą duchową łączność z tamtym humbugiem. Zresztą dwukrotnie… Kto zgadnie, gdzie i jak ukryty jest drugi związek „Zabawy w chowanego” z Garym i jego mistyfikacyjnym dorobkiem?

Oczywiście struktura fikcji (bo przecież całość i tak jest metafikcyjna…) w intrydze zaprojektowanej przez Mussa jest znacznie bardziej skomplikowana niż to, co ujawniliśmy. Samo odkrywanie zawartości i kolejności nowych „szufladek” w szkatułkowej konwencji (no, może nie tak wyrafinowanej i wieloznacznej jak w takim na przykład „Rękopisie znalezionym w Saragossie” naszego genialnego i niedocenianego Jana Potockiego) – to już jest ogromna przyjemność i wielodyscyplinarne ćwiczenie intelektualne. Podejmijcie choćby próbę liniowego rozłożenia na osi czasu sekwencyjnego następstwa zdarzeń, Oboczności i równoległe warianty wespół z możliwymi, logicznie dopuszczalnymi „ciągami dalszymi” usypują się na naszych oczach w szaniec nie do przejścia – jak spirale koncertiny na granicy z Białorusią. Zresztą po co przechodzić? Literatura jest dla czytelników nie po to, by rozbierali ją na czynniki pierwsze, analizowali i klasyfikowali. To robota dla zawodowców. A nam potrzeba tylko dobrej zabawy, czasem jakiejś refleksji – ale bez przesady. A Musso jakoś trzyma się w ryzach (skądinąd dość liberalnych…) swego gatunku i dostarcza tego, za co bierze honorarium. Trzeba nam czegoś więcej? To może już pod innym adresem…

Tomasz Sas
(06 09 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *