Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj

20 czerwca 2021
Mery Spolsky 


Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Obiecanki – cacanki…

Ech ty Marysia, co z ciebie dzisiaj?
Nauczyły cię pić, nauczyły cię żyć
– krasnoludki.

(fragmencik piosenki Agnieszki Osieckiej
o niedobrych krasnoludkach)

Marysiu, nie! Nie zabijaj się. Ani dziś, ani nigdy… Kosmos jest wielkim skurwysynem i sam cię zabije. W odpowiednim czasie, tyle że nie wiadomo dokładnie, kiedy. Więc po co mu ułatwiać? A ty – masz coś do roboty? No… Więc to sobie cierpliwie rób. A że czasem boli? Dobra, dobra… Z doświadczenia własnego wiem i ci powiem, że kiedyś przestanie. Nie przywiązuj się do bólu, nie czekaj rano, nie czekaj wieczorem ani w ciągu dnia, Jak zobaczy, że się uodporniłaś, pójdzie sobie. A ty dalej, póki jest jakaś droga (takie małe tao…). To więcej warte niż to pieprzenie o zabijaniu się – wiem…

Gdy ktoś woła, że się zabije, to znaczy, że rozpaczliwie woła o ratunek; chce być wyciągnięty za włosy i chwytem pod cycki, wysuszony, nakarmiony, napojony, przy dobrych układach – najarany, w ciepłą, dużo za dużą (moje trzy iksy) flanelową koszulę w kratę odziany… (- A koszulę ci zaraz oddam, tylko wypiorę… Jeszcze żadna nie oddała.) No i co? Dalej chcesz się zabić?

No i fajnie. W encyklopediach informują, że jesteś muzykiem. Masz to po tacie – takie małe basso continuo. Śpiewasz, z gitarą umiesz się obchodzić, komponujesz, teksty też pleciesz. I tu mamy szkopuł – ja cię nie kojarzę… Istnieje spore prawdopodobieństwo, że być może słyszałem coś nagranego i wykonanego twoim głosem, a może i po całości napisanego. Ale nie potrafiłbym tego odseparować, wypreparować z reszty dźwiękowego smogu, ani zanucić, ani skojarzyć nazwiska z twarzą. No po prostu nic – cóś taka pustka… To oczywiście nie twoja wina, tylko moja; starożytność peselu także mnie nie usprawiedliwia, po prostu za wcześnie wysiadł mi wewnętrzny odtwarzacz. Dla jasności spytałem znających się; wszyscy mówią unisono – muza Spolsky jest wporzo, nawet bardzo wporzo. I to zmniejsza mój dyskomfort, choć nadal nie rozumiem…

Na szczęście zrobiłaś to, co zrobiłaś, Czyli napisałaś i wydałaś książkę – prozę jak się patrzy, czasem trochę wierszem (bo ci się rymuje potoczyście, niechcący i obelżywie zabawnie wprost). A to już moja działka. Tu się mogę dobrać do istoty materii. Więc się dobieram. Z formalnego punktu widzenia to autobiografia, niezbyt (ale co tam!) krótki tekst CV artystki wielobranżowej do złożenia w archiwum instytutu ŚŚ (świadectw świadomości). Instytut taki jeszcze nie istnieje, ale w dobie algorytmów i sztucznej inteligencji – kto wie? Może każdy będzie musiał złożyć w urzędzie stosowny dokument, opisując stan umysłu własnymi słowami, by sztuczna inteligencja nie męczyła się nad nim (tym umysłem znaczy…) probabilistycznie i aproksymacyjnie, tylko myk, myk – porównała raporty inwigilacyjne z naszymi wyobrażeniami o samych sobie?

W każdym razie Mery Spolsky wypełniła formularze wzorowo… Może nawet nadgorliwie, zdradzając symptomy pewnej takiej, hm… logorei. Ale to nie jest żadną miarą okoliczność obciążająca. Zważywszy na ubóstwo i prostactwo językowych narzędzi komunikacyjnych, którymi posługują się rówieśnicy Mery i osobniki młodsze (ale już zabierające głos) – to raczej jest wprost przeciwnie. Bogactwo wokabularza, którym swobodnie posługujesz się, szanowna Mery, przynosi ci chwałę i każe zdumiewać się gruntownością, rozległością tudzież sugestywnością twoich lektur i refleksji własnych. Pojemność twego przywarsztatowego pudła z narzędziami leksykalnymi i równoczesna umiejętność posługiwania się nimi budzi moje zdumienie i zaraz po nim – szacunek. To nic innego niż talent czystej wody. Mery Spolsky mistrzem mowy polskiej! Serio tak myślę – nie drę łacha…

Inna rzecz – co z tego mistrzostwa wynika? Najpierw dużo zabawy wynika. Mery wydaje się być dumna ze swej sprawności językowej. Czemu ochoczo daje wyraz, budując wielopiętrowe konstrukcje werbalne (oparte na niekończących się wyliczankach) i odkrywcze, pionierskie (co do budulca i formy) metafory. No i te swobodne rymowanki… Lektura tych konstruktów daje dużo radości i uśmiechu; Mery ma zmysł satyryczny znacznych rozmiarów. Nie wiem, z jaką lekkością przychodzą do niej te zabawne grepsy językowe. Jeśli w znoju i rzemieślniczej mordędze – to i tak w procesie czytania tego nie widać. Jeśli zaś na niewymuszonym luzie i w trybie spontanicznej improwizacji – to powinna pomyśleć o dodatkowym zajęciu; mogłaby zostać estradową stand-uperką mianowicie. I to z tych, które radzą sobie w sytuacjach nieprzewidywalnego dialogu z publicznością.

Drugą pochodną Marysinego mistrzostwa mowy jest umiejętna werbalizacja dylematów młodej kobiety w epoce przełomu drugiej i trzeciej dekady dwudziestego pierwszego stulecia. Mery głosem pokolenia, ot co… To chyba najistotniejszy powód, by czytać pannę Spolsky – ma, skubana, coś do powiedzenia, Nie tylko o znienawidzonej fałdce na brzuszku i jakoby nazbyt grubych udach (ergo: dupa wydaje się przerośnięta…). Mery wprawdzie zarzeka się, że żaden z niej przykład, że jest nietypowa i gaworzy wyłącznie na własny rachunek. Ale… Chyba jest w mylnym błędzie – jak mawiają Wielgopolanie. To fakt – jej konstrukcja intelektualna tak dalece odbiega od średniej dla tysięcy jej dodopodobnych rówieśniczek, blachar i tipsiar (zresztą z tipsami chyba nie można na gitarce, a i w ogóle z muzykowaniem nie za bardzo…), że aż potrzeba dla niej (i kilku, ale dosłownie kilku uczestniczek tej pokoleniowej ruchawki) utworzyć odrębną kategorię w klasyfikacji socjopsychologicznej. Mery Spolsky jest przypadkiem i przykładem osobnika (a tym razem płeć nie odgrywa żadnej roli…) o ponadnormatywnych zdolnościach komunikowania stanu rzeczy, emocji i myśli. I ze świadomością tego i owego. Ona wie (w sensie jourdainowskim), że mówi prozą. I poezją też. Przeto się wyraża. Czy to głos pokolenia? Pewnie tak, choć może ona sama by się odżegnała. Ale metryki nie da się unieważnić, choćby nie wiem jak się chciało… I w ten oto sposób profetycznego znaczenia nabiera apostroficzny refrenik Mamy: „Jesteś geniuszem, Maryńciu”… Co to ukrywać bądź mataczyć (ulubione słówko wielu użytkowników werbalnej przestrzeni publicznej) – jest!

A w każdym razie ma zadatki. Chyba że się wypstrykała. Ale nie sądzę. Tradycyjnie więc czekam na drugi delikt pisarski. Mery ma ciąg i jest w ciągu, więc może niebawem to nastąpi. Oczywiście – może ktokolwiek spytać, co cię to obchodzi, zgredzie? To już nie twój świat, nie twoje klimaty, a tobie bliżej do alzheimera niż do przemądrzałych dziewczyn. Fakt… Mogłaby taka Mery moją wczesną wnuczką być. Ale nie jest. I dobrze. Nie muszę się przymilać. Na emeryturę zarobiłem sam, pół wieku zapierdalając jak dziki osieł (lecz bez obrzydzenia). Na szczęście płacili (krótkimi okresami nawet niezgorzej) mi za to, co i tak lubiłem robić. Więc dziś niczego nie potrzebuję od pokolenia Mery. A kieruje mną tylko bezinteresowna ciekawość – jak też wygląda następstwo pokoleń? Otóż nieźle wygląda. Gówniany wprawdzie zostawiamy im świat, ale w dobrych rękach; pewnie coś im się uda z tego wyklepać. Zresztą przekonajcie się sami – co też i jak też kombinują młodzi. Po lekturze odejdziecie w niebyt spokojniejsi. Bo na czytelniczy zaciąg rówieśników Mery bym nie liczył. Górny pułap ich możliwości percepcyjnych to dziesięciozdaniowy tweet garnirowany niewymyślnymi emotkami albo minutka rapowego łomotu, gdzie kurwa kurwę kurwą (albo chujem) pogania, choć trafiają się mądre zdania.

Tylko już bez tego gadania o zabijaniu się dzisiaj… Żadnych obiecanek – cacanek. Bo to przecież nie manifest stanu duszy, jeno epatowanie dziadersów. Oszczędź nam zgryzoty, droga Mery. Jesteś Spolsky, a to coś znaczy. Żyj długo i szczęśliwie. I wcale nie musi być nudnie – tylko rób swoje.

Tomasz Sas
(20 06 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *