Miejsce każdego z nas. Lato komisarza Ricciardiego

22 czerwca 2021
Maurizio de Giovanni 


Miejsce każdego z nas
Przełożył Maciej A. Brzozowski
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2021

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Walka klas w upalny czas…

Upał jako taki wpływa spowalniająco i osłabiająco na funkcje intelektu czytelniczego. Od czasu do czasu możemy się przekonać o tym na własnej skórze. Owszem – są osobniki, które i powyżej trzydziestu stopni funkcjonują bez zakłóceń, ale norma to pewna taka słabość fizyczna i mentalna, przytępienie funkcji poznawczych i analitycznych, że o zdolności do błyskotliwych syntez już nie wspomnę. Prosta dyrektywa umysłu dla ciała – napij się wody i połóż się w cieniu – zastępuje w trybie nagłym, wręcz wypiera inne formy aktywności, którymi nasz umysł tak się szczyci. Samo czytanie zda się bolesnym doświadczeniem, a percepcja sensu obserwowanego oczyma tekstu lotnością zaczyna przypominać żółwia na autostradzie (zanim go coś nie rozjedzie…). Tak – to nieledwie tortura. Ale gdy upał jako dojmujący składnik scenografii fabuły pojawia się też w tekście, wrażenie niestosowności wzmaga się i ochotę do lektury zupełnie odebrać może.

Tak – dlatego zapewne tego lata większym powodzeniem cieszyć się będzie „Na zawsze w lodach” Owena Beattie i Johna Geigera – mrożąca historia arktycznej wyprawy Johna Franklina, zaginionej w trakcie poszukiwania północnego przejścia na Pacyfik – niż kryminał Maurizia de Giovanni „Miejsce każdego z nas” (zbrodnia w Neapolu w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, w samym środku sakramencko upalnego lata, nawet jak na neapolitańskie standardy…). W upał bowiem czytać o upale? To oczekiwanie heroizmu ponad zwykłą miarę…

Ale co tam. Mimo licznych zastrzeżeń lubię pisarstwo Maurizia de Giovanniego i czekam na zamknięcie tetralogii o porach roku komisarza Ricciardiego. Wydane w tych dniach „Miejsce każdego z nas”, czyli Lato, jest trzecie z rzędu. Zima („Łzy pajaca” – rekomendowane w tym blogu 4 października 2018 roku) oraz Wiosna („Krew z mojej krwi” – w tym blogu 12 lipca 2019 roku) już od dawna cieszą i absorbują umysły czytelników, zaprawionych w kryminalnych zagadkach wedle konceptu i w produkcji de Giovanniego. Została zatem Jesień – zapewne do nabycia za rok, jeśli cykl edytorski jest mniej więcej porównywalny…

A więc komisarz Luigi Alfredo Ricciardi baron di Malomonte – circa trzydziestoletni, zielonooki i demonicznie przystojny odludek, mizantrop nieledwie (z małymi wyjątkami), być może mizogin (również z wyjątkami, przynoszącymi mu chlubę…), bogaty z domu, do tego piekielnie inteligentny, przenikliwy, upierdliwy i regulaminowy (przez to na ogół nielubiany wśród kolegów i podwładnych oraz przełożonych…), za to skuteczny i przy tym nie przejmujący się własną karierą ani jej politycznymi uwarunkowaniami (w epoce Duce – dość poważna wada, być może nawet samobójcza…). Do tego sprawiedliwy, uczciwy, bezkompromisowy i pełen łagodnego szacunku tudzież współczucia dla ofiar – ale i wobec przestępców nieszczególnie brutalny i nie zawsze stanowczo pryncypialny. Słowem: jak na kreację literacką nazbyt doskonały. A do tego wszystkiego de Giovanni wyposażył swego bohatera w pewne umiejętności transcendentalne… Pan komisarz mianowicie komunikuje się z duchami. Nie, nie w sensie okultystyczno-spirytystycznym; to byłoby nazbyt trywialne. De Giovanni obmyślił mu gorszy los – Ricciardi mianowicie widział i słyszał ostatnie słowa i myśli ofiar wszystkich gwałtownych zdarzeń – zabójstw, nieszczęśliwych wypadków – in situ i to z wielu lat wstecz. Dosłownie nie mógł przejść ulicami Neapolu, by nie spotykać duchów ofiar; nawet w komendzie policji prześladowały go (na klatce schodowej) duchy strażnika i złodzieja, który z wyszarpniętej broni służbowej zabił siebie i tamtego, przestrzeliwując na wylot obie czaszki. A w ulubionej kawiarni „Gambrinus” komisarz przestał siadać przy stoliku pod oknem, by nie narażać się na nieustanne towarzystwo ducha nieszczęsnego kochanka pewnej damy, zastrzelonego tamże niedawno przez męża-rogacza…

Tak – jestem zasadniczo przeciwny podobnym praktykom kreacyjnym w literaturze par excellence kryminalnej. Mieszanie międzygatunkowe (jeśli nie jest narzędziem pastiszu, persyflażu, groteski, tylko zabiegiem serio…) uważam za naganną praktykę literacką, paradoksalnie obnażającą niedostatki intelektualne autora. Kryminał to logika i technika, analiza i poddana ścisłym rygorom dedukcja (intuicja tylko w granicach rozsądnych!), umysłowa dyscyplina tudzież odporność na nadmiar emocji… Jeśli w proces dochodzenia do prawdy wklejamy pierwiastek nadprzyrodzony, spirytualny – to całą fabułę o kant dupy potłuc… Nadnaturalne zdolności pomagające w śledztwie to sygnał niemocy intelektualnej autora – gdy nie może sobie wiarygodnie poradzić z zapętloną przecież przez samego siebie intrygą. Wstawiasz astralną komunikację dusz i – pstryk – rozwiązanie gotowe, sprawcy w areszcie, ofiary pośmiertnie usatysfakcjonowane, detektyw w wieńcu chwały… Otóż takiemu pisaniu ja się sprzeciwiam – albo ktoś umie, albo stosuje triki i protezy, iluzjami mami oczy i umysły. Owszem – wolno tak robić; literatura dopuszcza samooszukiwanie, ale mnie się to nie podoba. Na rzecz de Giovanniego przemawia tylko jego sprawność pisarska, ogromny talent rekonstrukcyjny i wysokogatunkowa umiejętność opowiadania. Gdyby nie to…

Tak więc 23 sierpnia trzydziestego pierwszego roku, dziewiątego nowej ery (licząc od triumfalnego Marcia su Roma tysięcznych kohort faszystów Benita Mussoliniego) rozpoczynała się kolejna upalna niedziela, gdy komisarz Ricciardi (lubił te niedzielne dyżury i brał je nawet poza grafikiem…) został wezwany do zabójstwa. Zmontował ekipę i pieszo udał się na miejsce zbrodni, lekko sponiewierany przez słońce. Okazało się, że to pałac książęcej familii Camparino, a ofiarą jest na oko czterdziestoletnia, piękna księżna Adriana Musso di Camparino, zastrzelona precyzyjnie (jeden pocisk w środek czoła – i zapewne przez poduszkę), a przed strzałem podduszona, na sofie w przedpokoju swego apartamentu. W trybie duchowej komunikacji komisarz usłyszał od ofiary tylko jedno zdanie: „Gdzie to jest, to ty to zrobiłeś?” Na razie bezużyteczne w śledztwie, wskazujące tylko, że sprawcą mógł być osobnik płci męskiej. Oprócz ofiary w pałacu byli tylko: stary książę Matteo, od lat dogorywający w swym łożu (Adriana była jego drugą żoną), panicz (syn księcia z pierwszego małżeństwa), około trzydziestoletni książę Ettore – ogrodnik-hobbysta i poniekąd filozof oraz troje personelu – ochmistrzyni plus małżeństwo (pokojówka i dozorca) z czwórką wiecznie głodnych dzieci. Regulamin zamykania palazzo na noc raczej wykluczał wtargnięcie osób trzecich, ale z drugiej strony rozrywkowy, a nawet rozwiązły tryb życia księżnej dopuszczał możliwość dowolnego incydentu…

Kameralna zbrodnia, nieprawdaż? Inspektor Ricciardi dostał swoją letnią zagadkę – trochę za mocną jak na upały. Ale on to lubi. Krąg podejrzanych nieduży w gruncie rzeczy. Pasierb o nieskrywanej motywacji (nienawiść!) i tajemniczym życiu osobistym. Umierający mąż – rękoma oddanej ochmistrzyni, kochanek, znany dziennikarz, naczelny popularnej neapolitańskiej gazety – za manifestacje niewierności, rodzina dziennikarza (żona i prawie dorosły syn) – za rozbicie tejże rodziny… Nie ma niewinnych – są tylko źle przesłuchani.

Ale pozostawmy Ricciardiego z jego robotą na tym wstępnym etapie. Przecież dalszego ciągu intrygi zdradzić nie możemy. Dość powiedzieć, że komisarz musiał pracować bardzo intensywnie, z narażeniem zdrowia i życia nieomal, i to wystawiło go na pewne komplikacje w życiu prywatnym. Zabrakło mu bowiem czasu na przemyślenie i skoordynowanie równoległej, dwutorowej akcji towarzyskiej. Z jednej strony bowiem o względy Ricciardiego postanowiła powalczyć pewna piękna rzymianka Livia, śpiewaczka dysponująca fenomenalnym kontraltem, wdowa po zamordowanym zimą w Neapolu śpiewaku operowym Vezzim (patrz „Łzy pajaca”) – przyjechała po prostu do miasta i rozpoczęła oblężenie… Z drugiej strony komisarz miał nadzieję, że w końcu nawiąże owocny kontakt z pewną panienką z sąsiedztwa, której co wieczór zaglądał w okno i kontemplował, gdy coś tam wyszywała… A bodajże i ona patrzyła na sprawę i przychylnie, i cierpliwie. Ale zbrodnia ma pierwszeństwo. Więc biedny Ricciardi tkwił tak w zawieszeniu między dwiema zdeterminowanymi kobietami, z których żadna nie była bez szans. Szale na wagach bogini miłości oraz bogini – opiekunki domowego ogniska mogły się pochylić równie dobrze na rzecz pierwszej, jak i drugiej damy. Ale przed nami Jesień – może coś się wyjaśni…

Na razie możemy tylko podziwiać misterną, wielopiętrową konstrukcję intrygi – jej polityczne, towarzyskie i klasowe implikacje. Przyznaję, że rozwiązanie mnie zaskoczyło – choć przecież od początku nosi łatwo rozpoznawalne cechy klasycznego dramatu. To lektura wciągająca i dająca satysfakcję. Chociaż faktycznie nie całkiem może stosowna na upał. Ale niech no tylko temperatura trochę opadnie.

Tomasz Sas
(22 06 2021)

P.S. Przy okazji pytanie do wydawcy – co na okładce robi smutny Benito? Okazji związanej z tekstem nie ma przecież prawie żadnej… Patrzenie na tę wstrętną mordę bez specjalnych okoliczności i usprawiedliwionego powodu przyprawia o odruch wymiotny. Usprawiedliwieniem (ale i tak kiepskim…) być może tylko transakcja wiązana z wydawcą włoskiego oryginału. Ale jeśli jej nie było, to na cholerę ten Benito? TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *