Pokusa przebaczenia

25 czerwca 2021
Donna Leon 


Pokusa przebaczenia
Przełożył Marek Fedyszak
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2021

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Nuda w Wenecji

I znów plan Wenecji, lekko sfatygowany – by nie powiedzieć, że złachany, przetarty na zgięciach, w paru miejscach rozdarty tudzież noszący dumne ślady używania w warunkach ekstremalnych (osobliwie plamy po pospiesznej konsumpcji wytrawnych pistacjowych lub miętowych gelati z wózka na Riva degli Schiavoni pod Palazzo Dandolo…) – ląduje na wierzchu papierowych piramid flankujących terytorium mojego biurka. To znak, że kolejna książka Donny Leon pojawiła się na rynku. (Przy okazji – amerykańska autorka – w „cywilu” szefowa… barokowej orkiestry, zakochana w Wenecji, aczkolwiek mieszkająca w… Szwajcarii – tak na wszelki wypadek – już od trzydziestu lat relacjonuje przygody wykreowanego przez siebie policjanta Brunettiego; wytrwałość zaiste godna podziwu…)

Rękodzielnicze prodotti pani Leon są nazywane kryminałami chyba tylko z braku innego określenia gatunkowego, równie zwięzłego. Intrygi kryminalne, wymyślone i opisywane przez panią Leon z reguły są bardziej wątłe niż papier, na którym je spisano i wydrukowano. Żadne tam krwiste morderstwa, mafijne porachunki i przewały na wielką skalę czy poważne międzynarodowe afery przestępcze. W Wenecji? Uchowaj boże! Mord z miłości, przemoc domowa, bójka nielegalnych imigrantów ze skutkiem śmiertelnym, na targu ryby nieznanego pochodzenia, chińskie podróbki szkła z Murano, fałszowanie antyków, wyzysk albańskich prostytutek, zbankrutowany hazardzista wyłowiony z Canal Grande po mostem dell’ Academia… Czyli zwyczajne życie niezwyczajnego miasta średniej wielkości na włoskiej prowincji – w aspekcie kryminalnym. Trywialnym i – jakby to ująć, nikogo nie obrażając – nudnym?

Czy z czegoś takiego da się ulepić dobrą literaturę gatunkową, par excellence służącą dobrej rozrywce (umysłowej), wręcz zabawie? Nie da się! Historyjki Donny Leon w swej metawarstwie znaczeniowej nie są ani na jotę kryminałami sensu stricto – ani nawet sensu largo. Używanie wobec nich tej nazwy jest albo wyrazem bezradności klasyfikacyjnej, definicyjnej – albo objawem intelektualnego lenistwa. Więc czym są? To po prostu mikropowiastki obyczajowe, o silnym „nachyleniu socjologizującym”. Analizy niektórych składników tradycyjnej społeczności zurbanizowanej z silnym poczuciem odrębności – aczkolwiek bez naukowych pretensji. Ot, niewielkie, przyczynkarskie nieledwie, kamyczki w mozaice, portretującej społeczność współczesnych Włoch. Tyle że ostre, właściwie brutalne.

Ale nie jest to mściwa szczerość rozczarowanego Obcego, który chciał się wprosić, lecz go z poczuciem wyższości odrzucono. Nie – Donna Leon lubi Włochy i Włochów, pretensji do nich nie ma; to tylko przemożna potrzeba wewnętrznej uczciwości. Leon nie praktykuje mimetyzmu, nie chce się wtopić w wenecką społeczność – za cenę złagodzenia krytycyzmu, pomijania kontrowersji i upodobnienia się. Donna Leon zachowuje osobność i autonomię intelektualną niezależnej pisarki, wykształconej na Wschodnim Wybrzeżu USA, doszlifowanej na postępowych uniwersytetach zachodniej hemisfery. Ale lubi swych włoskich przyjaciół, weneckich ziomków – i nie chce im robić przykrości, ani wpędzać w zakłopotanie z racji tej niepowstrzymywanej szczerości. Zapewne dlatego nie pozwala swemu wydawcy (Diogenes Verlag z Zurichu) pertraktować w sprawie przekładów jej powieści na włoski. Pisze po angielsku, masowo wydawana jest też w Niemczech (no i u nas). A po włosku ani słowa… Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy!

Nie inaczej jest z „Pokusą przebaczenia”. Fabularna warstwa intrygi to w zasadzie zbitka przypadkowych incydentów bez znaczenia – policyjnej rutyny i nudy… Już pierwszego dnia akcji, po porannym incydencie z mgłą na Canal Grande koło przystani vaporetto Salute, szef Brunettiego, vicequestore Patta, obciążył komisarza obowiązkiem wykrycia domniemanego wycieku informacji z komendy. Oto bowiem ktoś poniekąd postronny ni stąd, ni zowąd naruszył nietykalność cielesną wezwanego na przesłuchanie prawdopodobnego sprawcy gwałtu, który już bezkarnie wymykał się sprawiedliwości. Mordobicie miało rozmiar raczej eliminacyjny, a ofiara (onże domniemany gwałciciel) była ustosunkowana. Okoliczności wskazywały na to, że ktoś wziął w swoje ręce dowiedzenie winy i wymiar kary… Jeszcze tego same dnia komisarza nawiedziła professoressa Crosera, koleżanka żony Brunettiego Paoli – z uniwersytetu, wykładowczyni architektury. Zwierzyła się z obaw o syna – piętnastoletniego licealistę, który mógł wpaść w narkotykowe kłopoty. Brunetti obiecał przyjrzeć się sprawie i dowiedział się, że sieć dilerską wokół tej szkoły rozpracowuje już od jakiegoś czasu wydział antynarkotykowy. Historia nabrała nowego wyrazu i zarazem przyspieszenia, gdy jakiś tydzień po rozmowie komisarza z panią Croserą w nocy u stóp mostku Ponte del Fornier przy calle Pesaro znaleziono ciężko rannego, nieprzytomnego mężczyznę, zapewne ofiarę napaści. Brunetti rozpoznał w nim niejakiego Gaspariniego, męża professoressy Crosery (był księgowym-rewidentem, pracującym zresztą poza Wenecją). Być może zatem obie sprawy się jakoś łączyły, bo w przypadkowe zbiegi okoliczności komisarz Guido – z doświadczenia – nie wierzył…

W tym momencie rozkwitu intrygi powinienem zaprzestać dalszego ujawniania przebiegu akcji, by miłośnikom zagadek kryminalnych nie psuć zabawy, nie zaburzać samodzielnego dochodzenia do prawdy… Ale teksty Donny Leon sygnalizują ledwie pobieżną, nad wyraz powierzchowną zbieżność z regułami konstrukcyjnymi prawdziwego kryminału – toteż mogę czuć się rozgrzeszony, jeśli zdradzę, że zapowiadająca się okazale afera kryminalna, w istocie zredukowała się do machinacji receptami na drogie leki w jednej z weneckich aptek – z udziałem pewnej nieuczciwej i zdesperowanej lekarki. W życiu tak bywa… Ale czy musi w literaturze? Może, ale nie musi – tekst literacki nie musi być zwierciadłem szarej codzienności. A nawet nie powinien – od tego jest reportaż w gazecie – czego pisarstwo Donny Leon mimochodem (i mimochcący…) dowodzi ponad wszelką wątpliwość.

W istocie proza Leon ma inne walory, za które ją cenić należy. A najważniejszy z tych walorów to nieustannie wkomponowywana w kolejne tomy „brunettich”, niekończąca się krytyczna recenzja Włoch i włoskich stosunków społecznych, życia politycznego i zaangażowania obywateli. Jakiś wenecki barman przy kieliszku grappy skwitował Brunettiemu dylemat społecznej aktywności rodaków krótko i pesymistycznie: – tu nic się nie wydarzy, dopóki telewizja będzie pokazywała wszystkie mecze wszystkich lig calcio (znaczy piłki kopanej)… Coś w tym jest. Zawsze zdumiewał mnie w Wenecji widok gigantycznych wycieczkowców oceanicznych, wciskających się w wąskie kanały przy akompaniamencie wątłych protestów grupek ekologów. A reszta wenecjan biernie się gapi – bo to przecież pieniążki płyną do miasta. Nikt nie myśli odrobinę do przodu, gdy za kilka lat armada pływających hoteli zatka wszystkie kanały, a turbulencje i kawitacje wywołane przez ich turbiny i śruby spłuczą miasto ze wszystkimi palazzi, chiesi, fondamenti i uroczymi ponti nad kanałami prosto w wody laguny. I będzie po zarobkach – definitywnie oraz boleśnie…

Donna Leon wszystko to „bezkompromisowo” wytyka swoim ukochanym wenecjanom. I w ogóle Włochom – korupcję, podwójne standardy tzw. moralności społecznej (i nie tylko – tej domowej też…), bałaganiarstwo, biurokrację, niepotrzebną brutalizację życia, upadek, trywializację i prymitywizację kultury, bylejakość życia i bezmyślność. Tyle że nie robi tego po włosku (a z obcymi językami tam krucho…) – więc to bezkompromisowość połowiczna, trochę skrywana za wenecką maseczką karnawałową – ładną, ale trochę uwierającą… Mimo wszystko jednak dobrze się czyta Donnę Leon, choć intrygi kryminalne kultywuje beznadziejne…

Tomasz Sas
(25 06 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *