António Lobo Antunes
Karawele
Przełożył Wojciech Charchalis
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5
Kraina wytartych cieni i zgaszonych mitów
Grândola, vila morena,
Terra da fraternidade
O povo é quem mais ordena
Dentro de ti, ó cidade.
(pierwsza zwrotka banalnej w sumie piosenki, napisanej
i wykonanej w 1971 roku przez portugalskiego barda Jose Afonso;
25 kwietnia 1974 roku 20 minut po północy lizbońskie
archidiecezjalne Radio Renascença nadało ją na cały kraj
– był to umówiony sygnał do rozpoczęcia wojskowo-lewicowego przewrotu,
znanego w historii jako Rewolucja Goździków…)
Jeden z najwspanialszych, pokręconych i zuchwałych konceptów fabularnych w dziejach całej literatury światowej właśnie macie przed oczami. Portugalski pisarz António Lobo Antunes (z zawodu lekarz psychiatra, co sporo tłumaczy) i weteran wojny w Angoli – ostatniej wojny kolonialnej reżimu Salazara – wykorzystał Rewolucję Goździków, która jego kraj przeorała do samej gołej calizny, wywalając wszystko na nice, razem z bebechami historii, by rozprawić się z mitami swej ojczyzny, ściągnąć portki z pomników. W tych dniach – a dokładnie 5 marca – 83-letni Antunes zamilkł na zawsze, nie doczekawszy się zasłużonego nade wszystko Nobla (to niestety nie jest jedyne zaniechanie, które obciąża sumienia szwedzkich akademików, ale za to wyjątkowo bolesne…). Szkoda – ale coś ważnego do przeczytania i przemyślenia zostawił!
Przed „goździkowym”, zwycięskim przewrotem, w trwającej 42 lata epoce dość okrutnej, policyjno-konserwatywno-korporacyjno-religijnej dyktatury, nazywanej czasem (nie bez racji, ale może nieco przesadnie) faszystowską, firmowanej przez profesora ekonomii, niejakiego Antónia de Oliveira Salazara – Portugalia była ubogim, peryferyjnym i mało znaczącym kraikiem Europy. I zarazem… sporym (nawet na skalę globalną, choć były to tylko resztki dawnej świetności i wielkości) imperium kolonialnym. I to był ten fenomen Portugalii, jej niepowtarzalny klimat odrębności i tożsamości – inny zupełnie i trudny do porównania z równoczesną kolonialną sytuacją Wielkiej Brytanii i Francji. Bo przecież i Wyspy Brytyjskie z Londynem, i kontynentalna Francja z Paryżem to wielkie centra światowej cywilizacji, kultury, gospodarki oraz wszystkiego, co tylko sobie wyobrazicie. Przy nich ten luzytański spłachetek lądu, wykrojony z Półwyspu Iberyjskiego, z Lizboną, która wprawdzie jest miastem pięknym, ale jednak nie wytrzymującym żadnego porównania z metropoliami – to zadupie. Powtórzmy to raz jeszcze, dużymi literami: ZADUPIE.
Pozycja Portugalii to wyłącznie prezent historii. Tak się porobiło w XV wieku, gdy po raz pierwszy dzielono świat, iż Królestwo Portugalii akurat w tamtym czasie , dzięki swym niepospolitym władcom, odkrywcom, żeglarzom, nawigatorom, admirałom, żołnierzom i rzemieślnikom, było jednym z dwóch tylko beneficjentów traktatu w Tordesillas (1494) i wcześniejszej o rok bulli papieża Aleksandra VI – oba te dokumenty po prostu dzieliły (wzdłuż linii południkowych) cały znany wówczas świat (i ten jeszcze nieodkryty – na zapas) między obie wysokie umawiające się strony – Królestwo Kastylii i Aragonii (z których niebawem wyłoniła się jednolita Hiszpania) oraz właśnie Portugalię… Hiszpanie skupili się (dzięki wyprawom Kolumba) na Meksyku i andyjskiej reszcie kontynentu południowej Ameryki, która im przypadła (poza Brazylią, która jednak dostała się Portugalii), zaś Portugalczycy ruszyli na południe wzdłuż wybrzeży Afryki, opłynęli ją i pożeglowali do Indii oraz na najdalszy Wschód.
Wielka, bogata w wydarzenia i szczodra w kwestii bogactw materialnych Historia z tego wyniknęła. Ale to w zasadzie temat na osobne opowiadanie. Antunes (a my z nim) przyjrzał się imperialnej kwestii portugalskiej od końca. Bo w tym końcu naocznie uczestniczył… Gdy w 1974 roku chłopcy (przepraszam: młodsi oficerowie) ze zrewoltowanej, trochę zanarchizowanej, trochę zdemoralizowanej armii zatykali w lufy czerwone goździki i – pogwizdując melodyjną „Grandolę…” – zamykali tysiące agentów PIDE (tajnej policji politycznej) do więzień, dopiero co opróżnionych z opozycjonistów, ich kraj macierzysty rozpierał się na światowych mapach tu i ówdzie – ale w zasadzie dość szeroko i wyraziście. Oczywiście nie było już Brazylii, bo odpadła od imperium bardzo dawno, w roku 1822 – ale w Afryce – proszę bardzo: dwie gigantyczne kolonie Angola (z Kabindą) i Mozambik; każda wielokrotnie większa od metropolii, bogato uposażona przez Matkę Naturę w zasoby wszelkiego rodzaju. A oprócz tego Cabo Verde, czyli Wyspy Zielonego Przylądka i Gwinea Bissau – wyrostek robaczkowy wbity między trzewia frankofońskich krain Senegalu i Gwinei. Oraz wyspy – Świętego Tomasza i Książęca – w Zatoce Gwinejskiej. W Indiach już nie było nic – bo terytoria Goa, Damanu i Diu oddano Indiom w 1962 roku. Ale w Archipelagu Sundajskim (Indonezja) – połowa wyspy Timor, a w Chinach bogata enklawa Makau, zwrócona Chińczykom dopiero w 1999 roku. Wszystko razem do kupy wzięte – to wciąż było nie byle co… Imperium jak się patrzy – sęk w tym, że salazarowska słabiutka ekonomicznie i pod wieloma innymi względami metropolia nie była w stanie sobie poradzić ani z prostym administrowaniem, ani z dochodową eksploatacją dóbr (poza ściąganiem podatków kasyn w Makau), ani z zaplanowaniem rozwoju tego majątku. Zresztą młodzi słuchacze „Grandoli…”, wespół z uwolnionymi z więzień cywilnymi socjalistami i komunistami nie bardzo widzieli siebie w roli kolonizatorów (z powodów ideologicznych oczywiście), więc wszystkim terytoriom zamorskim ofiarowali hurtem niepodległość.
Mamy w polskiej literaturze przynajmniej dwa znakomite teksty-relacje ze zwijania się imperium. Jeden to reportaż Ryszarda Kapuścińskiego „Jeszcze dzień życia” z Angoli, a drugi – z tego samego miejsca w tym samym czasie – to stosowny rozdział w fenomenalnej (acz zapomnianej) książce Mirosława Żuławskiego „Ucieczka do Afryki”, poświęcony misji dyplomatycznej do Luandy. Więc jeśli ktoś chce bardziej z bliska podejrzeć, jak to zwijanie się imperium wyglądało w detalu – polecam lekturę. Zwłaszcza u Kapuścińskiego rozdzialik o tym, jak cale miasto zapakowało się w standardowe skrzynie (to była epoka przed monopolem kontenerowym…) do frachtu morskiego. Zaiste, epicki to obrazek.
Antunes w „Karawelach” poszedł inną drogą. Nie towarzyszył swoim rodakom, wracającym do nadatlantyckiej, ciasnej luzytańskiej ojczyzny – nad Tag i Duero, do Lizbony, Porto, Bragi, Setubalu, Coimbry czy Albufeiry – choć to byłby wielki temat reporterski i literacki. Ale nie – Antunes wpadł na pomysł ekstrawagancki… Oto do macierzy wracają… wszyscy, którzy z niej wyjechali od samego początku: odkrywcy i zdobywcy, kolonizatorzy i koloniści, osadnicy, awanturnicy, poszukiwacze szczęścia, bogactwa, odmiany losu, kombinatorzy i misjonarze, nawigatorzy – uczniowie akademii księcia Henryka Żeglarza, admirałowie Diogo Cão (odkrywca rzeki Kongo) i Vasco da Gama (droga do Indii!), marynarze, spracowane, tłuste dziwki, kupcy, rolnicy, rzemieślnicy, żołnierze i królowie… Czterysta lat historii z powrotem wkracza do macierzy w jednej chwili – w estuariach Tagu i Duero kotwiczą tysiące karaweli i karak, ulice, place i nabrzeża miast portowych zalewa różnobarwny plebejski tłum białasów i Afroazjatów, szukające miejsca na parking dychawiczne ciężarówki z mięsem i owocami z Alentejo walczą o miejsce z… targiem niewolników, żebraków więcej niż przechodniów, cycate Mulatki nagabują… Spotworniała Lixboa – jak stolicę przezwał Antunes (a znaczy to Dobre Śmieci…) – zdaje się być w jego relacji jak jakieś anus mundi. Już nie milion retornados (tak było naprawdę), ale apokaliptyczny tłum, zgromadzony przez cztery wieki ekspansji, kłębił się – jakby ta feralna Lixboa (jakoż i ziemie do niej przylegle) stała się Doliną Jozafata bez mała.
Losy się odwracają – nikt nie jest tym, kim był na kolonialnych antypodach. Almirante Diogo Cao wraca z Luandy jako inspektor wodno-kanalizacyjny, Vasco da Gama jest pokątnym hazardzistą, święty Franciszek Ksawery – jezuita, gorliwy misjonarz i patron wszystkich misjonarzy świata – u Antunesa to gruby Hindus z Mozambiku zarządzający pensjonatem „Apostoł Indii” w lizbońskich slumsach, próbując odżałować trzy kina i dom z basenem, które musiał zostawić w mozambickiej Beirze czy może w Lourenço Marques (opowieści są w tym miejscu nieco sprzeczne…). I tak jest ze wszystkimi – dumni królowie, książęta, admirałowie, nawigatorzy, rycerze, hierarchowie kościelni, kupcy, bankierzy, przemysłowcy, farmerzy-obszarnicy znikają z tej historii. Ich miejsca zajmuje statystycznie najważniejsza składowa społeczności kolonizatorów: portugalski proletariat miejski i wiejski, awanturnicy, szeregowi żołnierze, wyrobnicy i wszelkiego autoramentu biedacy – przekonani przez imperialnych propagandystów – poetów, nauczycieli, kapłanów – iż za morskimi horyzontami czeka bogactwo, chwała i wdzięczność szafującego szlachectwem króla na ziemi oraz obiecującego zbawienie króla w niebiesiech…
Dlaczego tak? No cóż – Antunes należał do najwytrwalszych i najzjadliwszych krytyków epoki Salazara. I jako taki osobliwie intensywnie uwziął się na kreację imperialnej wielkości Portugalii – kreację uprawianą masywnie i zawzięcie przez władze państwa, system oświatowy, zależne od rządu instytucje kultury, przez subwencjonowanych artystów, intelektualistów, uczonych akademickich i aspirantów policji myśli, przez medialnych jurgieltników tudzież tzw. liderów opinii oraz innego autoramentu „autorytety”. I tak nieprzerwanie przez czterdzieści lat. W rezultacie zbudowano mit imperialnej Portugalii z jej zamorskimi terytoriami – zawsze zwycięskiej krainy mlekiem i miodem płynącej, posadowionej na trwałym fundamencie pokojowej współpracy, ba – miłości nieledwie (oczywiście chrześcijańskiej…) – między kolonistami z macierzy a tubylczymi plemionami i ludami w Afryce, Brazylii, Indiach i gdzie tam jeszcze zatknięto czerwono-zielone sztandary.
Co oczywiste, mit imperialnej Portugalii nie miał nic (albo miał bardzo niewiele) wspólnego z rzeczywistością, wyjąwszy może tożsame koordynaty geolokalizacyjne. Antunes widział na własne oczy, jak dalece propagandowa wizja odbiega od rzeczywistości – był przecież na salazarowskiej wojnie w Angoli; zresztą przeczytajcie (jeśli jeszcze dotąd tego nie zrobiliście) jego „Zadupia”, a wszystko stanie się jasne. Nie ma i nigdy nie było wielkiej Portugalii imperialnej – mądrej sprawiedliwej, przyjaznej, bogatej, wyrozumiałej i troskliwej. Było wredne kolonialne przedsięwzięcie złodziejsko-biznesowe – bałaganiarskie, słabe strukturalnie, ale silne, gdy chodziło o zadawanie bólu (indywidualnie i zbiorowo). I cóż z tego, że Luis Vaz de Camões napisał przed wiekami genialne „Luzjady” – fundament propagandy luzytańskiej? To niczego nie usprawiedliwia – przeciwnie: czyni z „Karawel” uprawniony literacki akt oskarżenia mitu i jego twórców. Antunes w dość wyrafinowany sposób przypomniał swoim czytelnikom, z czym mieli do czynienia w epoce salazarowskiej dyktatury.
Na szczęście dla literatury nie powstała jeszcze jedna prokuratorska mowa, sztywna od socjalnych oraz ideowych frazesów, naćpana słusznością po dekiel. Do swojego wkurzenia portugalską mitologią Antunes dołożył jeszcze wielce osobliwe – język i formę. A z czymś takim w prozie rzadko ostatnio mamy do czynienia. A już na pewno nie w podobnie mocnym stężeniu. Wierni słuchacze „Grandoli…” w swym rewolucyjnym zapale, które nie ze wszystkim wyparował z biegiem lat, zetknęli się w „Karawelach” ze skojarzeniami słów i metaforami znaczeń na krawędzi strumienia świadomości, w formie i rozmiarach godnych zaiste Pynchona. To, co z językiem i sposobem narracji wyprawiał Antunes, jest doprawdy projektem na miarę mistrzów literatury. Swoboda i nonszalancja (które nie zaginęły w kongenialnym przekładzie profesora Chachalisa…) opowiadania czynią z Antunesa prawdziwego sternika-nawigatora nurtu realizmu magicznego o skłonnościach turpistycznych w odmętach współczesnej prozy. Szkoda, że odszedł nie doczekawszy tego zasłużonego Nobla…
Tomasz Sas
(13 03 2026)

Brak komentarzy