Giles Milton
Sprawa Stalina
Przełożył Marek Fedyszak
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5
Piękna Kasia i jej mądry tatuś w krainie dzikusów
Wczesną wiosną 1941 roku sprawy brytyjskiego imperium szły dość kiepsko. Euforia (skądinąd zresztą dość ostrożna) po odparciu w letnio-jesiennej Bitwie o Anglię ofensywy Luftwaffe, która miała utorować bezpieczną drogę do inwazji Wehrmachtu na Wyspy, minęła; zresztą bombowce Göringa nadal nieustannie atakowały Londyn. U-booty na Atlantyku zatapiały coraz więcej statków z zaopatrzeniem. W Afryce Północnej nieudolnych Włochów skutecznie wsparły niemieckie jednostki pancerne Afrikakorps, dowodzone przez generała Erwina Rommla. W kontynentalnej Europie Hitler już nie miał liczących się przeciwników – zresztą Jugosławię i Grecję niebawem błyskawicznie pokonał; a na wschodzie… Na wschodzie panował spokój, zaś komunistyczne mocarstwo Stalina skrupulatnie wypełniało postanowienia paktu o nieagresji z III Rzeszą. Na dalszym Wschodzie – no cóż, wywiad i analitycy sytuacji wojennej donosili, że Japończycy coś kombinują. Wojnę z Hitlerem Brytyjczycy toczyli w zasadzie samotnie, chociaż powoli mobilizowali siły i zasoby imperialne – z Kanady, Indii, Australii i Południowej Afryki przede wszystkim. Ale o przełomie w wojnie mowy być nie mogło; w grę wchodziło raczej ofiarne powstrzymywanie rozpędzonego przeciwnika i wspomagane dyplomacją oczekiwanie na rozwój wypadków.
Premier wojennego gabinetu Wielkiej Brytanii Winston Churchill – jak chyba nikt na Wyspach – był świadom tragicznego położenia państwa oraz grożących mu implikacji, gdyby dalej szło tak kiepsko jak dotąd. Skąd to wiedział? No cóż – to klasyczna kwestia idealnego, twórczego połączenia talentu z doświadczeniem. Premierem wprawdzie był niespełna rok – od 10 maja 1940 roku – ale karierę publiczną rozpoczął w roku… 1895 jako absolwent akademii wojennej w Sandhurst, podporucznik w 4. pułku huzarów. Regularnej koszarowo-kasynowej nudy (nawet w Indiach, gdzie stacjonował) nie wytrzymał zbyt długo i począł zwalniać się – do zadań specjalnych. Najpierw pojechał na Kubę, przyjrzeć się tamtejszej wojnie wyzwoleńczej (wspieranej przez USA) przeciw Hiszpanii. Wykonywał zadania zlecone przez wywiad, ale pisał też korespondencje do prasy. Potem były wojny bałkańskie z Turcją, tłumienie powstania Pasztunów w Afganistanie, likwidacja powstania Mahdiego w Sudanie – i na koniec wojennego zaangażowania Winstona – wojny z Burami w Południowej Afryce, gdzie się odznaczył osobistą dzielnością. W 1901 roku dostał się do parlamentu i rozpoczął karierę polityczną. Był między innymi wiceministrem do spraw kolonii, ministrem handlu, Pierwszym Lordem Admiralicji, ministrem wojny, kanclerzem skarbu; ale zdarzały mu się też długie, chude lata w opozycji – wtedy oddawał się pisarstwu polityczno-historycznemu. W 1940 roku był w całym brytyjskim imperium jedynym człowiekiem zdolnym do stawienia czoła najpilniejszym wyzwaniom tragicznej chwili. I na szczęście dla tegoż imperium ową misję powierzono właśnie jemu.
Winston Churchill zdawał sobie sprawę, że wysiłku wojennego nie uciągnie sam – bez pewnego i mocnego sojusznika. Był tylko jeden kandydat – ale jego izolacjonistyczne nastawienie (wzmocnione ustawowo!) uważano za wręcz legendarne, zaś wojna na świecie jawiła się mu tylko jako nieustająca okazja do robienia dobrych interesów. To oczywiście Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Głównym zadaniem Churchilla stało się przeciągnięcie Ameryki na swoją stronę. Niekoniecznie oficjalnie – to było raczej niemożliwe; chodziło o życzliwość we wzajemnych stosunkach (na początek gospodarczo-militarnych). Ale łatwo nie było – szło jak po grudzie. Gdy na początku wojny zaszła konieczność pilnego uzupełnienia składu Royal Navy o niszczyciele zdolne do zadań eskortowych, po długich korowodach Amerykanie zgodzili się odstąpić 50 starych jednostek z czasów I wojny (które i tak stały „na sznurku” w bazach) – 1200-tonowych tak zwanych czterofajkowców, bo miały cztery wysokie kominy (a z daleka od strony burty wyglądały jak tonący wyszczerbiony grzebień). W zamian za 99-letnią dzierżawę ośmiu enklaw pod bazy lotnicze oraz morskie na Karaibach, Bermudach i w Nowej Fundlandii. Drogo… Potem była umowa typu cash-and-carry (płać i zabieraj), która w kilka miesięcy wyczerpała zapasy gotówki w skarbcach Bank of England. Dopiero ustawa Kongresu z 11 marca 1941 roku, zwana potocznie Lend-Lease-Act, zezwoliła prezydentowi Rooseveltowi dość swobodnie gospodarować udzielaniem pomocy w sprzęcie i zaopatrzeniu wojennym. Lecz cóż – perturbacje w dziedzinie pozyskania sojusznika Churchill przypłacił swym pierwszym zawałem serca…
Ale w zamian zaprzyjaźnił się z Franklinem Delano Rooseveltem (jeżeli w ogóle o kimkolwiek można powiedzieć, że był przyjacielem – w sensie emocjonalnym i prywatnym – prezydenta USA), co przynosiło już poważne owoce w dziele podtrzymania wysiłku wojennego, zanim Stany Zjednoczone formalne przystąpiły do wojny w grudniu 1941 roku (po Pearl Harbor), gdy (skądinąd dość lekkomyślnie) wypowiedział ją Hitler. Machina wojenna USA dopiero się rozkręcała – armia nie była gotowa do walki na większą skalę, ale gospodarka weszła na wyższe obroty. W tej sytuacji Roosevelt wykonał ruch, który zorganizował i uporządkował system. Ruch ten miał charakter personalny i nazywał się Averell Harriman – niespełna pięćdziesięcioletni przystojny i niegłupi biznesmen oraz milioner (czwarty na liście najbogatszych w Ameryce), inwestujący w kolejnictwie, górnictwie, bankowości i transporcie morskim. Prezydent powierzył mu osobliwą i arcyważną misję: miał pojechać do Londynu (poza strukturami ambasady) i zrobić wszystko, by Wielka Brytania utrzymała się na powierzchni.
Co i jak zrobił Harriman – to właśnie istota, przedmiot książki Miltona „Sprawa Stalina”. Ale dlaczego w jej tytule znalazł się akurat Stalin? I skąd? No cóż, losy wojny – bez woli i udziału Roosevelta oraz Churchilla – tak się potoczyły, że zanim duet transatlantycki okrzepł i zaczął odnosić sukcesy, historia zrobiła z niego trójkąt, dokładając „na trzeciego” komunistycznego dyktatora Związku Radzieckiego Józefa Dżugaszwilego pseudonim Stalin (i pod nim powszechnie znanego w świecie). Do ukonstytuowania Trójki koalicjantów przyczynił się Hitler, atakując znienacka ZSRR 22 czerwca 1941 roku – z błędnym, nader optymistycznym złożeniem, że w trzy – cztery miesiące upora się z problemem. Nie uporał się – między innymi dlatego, iż dwaj atlantyccy koalicjanci, zostawiając na boku swoje idiosynkrazje i pomijając różnice nie do pogodzenia, uchwalili, że przyjmą „tego trzeciego” do klubu, nie bacząc na jego braki towarzyskiej ogłady, różnice ideologiczne tudzież gangsterską przeszłość. Lecz cóż – w sytuacji przymusu bezpośredniego sojuszników się nie wybiera – akceptuje się to, co jest. Nie bez znaczenia był też fakt, że abominacja Roosevelta wobec Stalina była daleko mniejsza niż nienawiść i uprzedzenia Churchilla. Ba, prezydent USA wydawał się Stalina, czyli „wujaszka Józia” (w mediach nazywano go tak familiarnie – „Uncle Joe”) szanować i podziwiać…
W tych okolicznościach Misja Harrimana przestała być na poły prywatnym przedsięwzięciem biznesowo-politycznym na niewielką skalę. Rozrosła się, objęła dwie stolice – Londyn i Moskwę, i zaczęła zawiadywać największym w świecie konglomeratem produkcyjno-transportowym zaopatrzenia i sprzętu wojennego. Miliony ton ładunków strategicznych (w tym paliwa i żywności, surowców oraz amunicji), tysiące czołgów, samolotów, samochodów, armat i części zamiennych do wszystkiego oraz maszyn, głównie obrabiarek do metali – przemieszczano ochranianymi konwojami statków przez oceany w czterech głównych kierunkach – ze Wschodniego Wybrzeża i Kanady do Anglii i do Murmańska (latem też do Archangielska) oraz wokół Afryki do portów irańskich (skąd koleją nad Morze Kaspijskie), a z Zachodniego Wybrzeża przez Pacyfik do Władywostoku i kolei transsyberyjskiej.
Jak Harriman sobie z tym poradził – Milton detalicznie nie pisze. Zresztą ta fascynująca (choć z pozoru nudnawa) historia wciąż czeka na swojego „Ksenofonta” (może to znów będzie Milton?). Nasz autor skupia się na innym aspekcie – czyli stosunkach wewnątrzkoalicyjnych, moderowanych przez ambasadora (od sierpnia 1943 roku objął oficjalnie placówkę w Moskwie) Harrimana i jego brytyjskiego odpowiednika – sir Archibalda Clarka Kerra. Bo to one w istocie złożyły się na „sprawę Stalina” – skomplikowany kontredans dyplomacji, wymiany listów i not, bankietów (obficie spływających wódą i innymi napitkami na bazie C₂H₅OH), długich narad i debat oraz niebezpiecznych wypadów w rejony walk. Sprawa Stalina (już bez uwierających cudzysłowów) – to odkryta (a może nie całkiem odkryta – może tylko wyciągnięta na jaw) przez Miltona oś sukcesu Wielkiej Trójki w morderczej wojnie z nazistowskimi Niemcami, faszystowskimi Włochami i imperialną Japonią.
Trójkąt zawiązał się jako wspólnota interesów: żaden nie chciał przegrać i dać się wyeliminować, więc o różnicach postanowili milcząco acz kategorycznie na razie nie wspominać, bo tylko razem, wspierając się nawzajem, na granicy własnych możliwości, czyniąc ustępstwa i zawierając kompromisy, mogli coś zdziałać. Ale w miarę upływu czasu, gdy sytuacja przestawała być tak jednoznacznie zero-jedynkowa, gdy mocno skontrastowane czarno-białe barwy stawały się wielobarwną paletą możliwości – utrzymanie jedności stało się wyrafinowaną grą na wielu instrumentach: od terkoczących werbli po kojąco plumkające harfy i lirycznie zawodzące fujarki… Antreprenerem i zarazem dyrygentem tej orkiestry był oczywiście Averell Harriman, ale Milton wywodzi, że jego misja nie powiodłaby się, gdyby nie 24-letnia „asystentka” i wspólniczka w tej misji, a zarazem córka milionera – Kathy Harriman. Wykształcona, urodziwa i urocza, długonoga i elegancka, przy tym bystra i niegłupia – innymi słowy: stuprocentowy produkt establishmentu Wschodniego Wybrzeża.
Milton dość ochoczo uwypuklił udział panny Kathy (właściwie Kathleen) w misji jej taty – miał bowiem argumenty dla stworzenia ciekawej czytelniczo opowieści. Oto bowiem rodzina Mortimerów (tak nazywała się Kathy, gdy po wojnie wyszła za mąż) odkryła, że w spuściźnie mamy znajduje się bogate archiwum materiałów prasowych jej autorstwa i o niej samej z czasów wojny, a przede wszystkim gigantyczna kolekcja epistolograficzna. Kathy bowiem namiętnie, niepowstrzymanie i często korespondowała z rodziną i przyjaciółmi – a jej starannie posegregowane listy to kopalnia faktów, spostrzeżeń, opinii i relacji; wystarczyło tylko przebić się przez plotkarską nieco, dziewczęcą paplaninę. Co Milton z wielką korzyścią dla swej książki uczynił. Syn Kathy – David Mortimer – ze zdumieniem przyznał, że rodzina nie miała pojęcia o wojennej aktywności mamy, bo w tej kwestii zachowała niezwykłą dyskrecję i niczego nigdy nie wspominała. Ale jej kolekcja epistolarna trafiła do Biblioteki Kongresu i dziś jest pierwszorzędnym źródłem dla badaczy wojennych stosunków sowiecko-amerykańskich oraz skomplikowanej architektury emocjonalnej więzi ulepionych między głównymi aktorami Wielkiej Trójki, którzy umieli się dogadać, by wygrać wojnę, ale już nie potrafili żyć w pokoju…
Lektura „Sprawy Stalina” to czysta przyjemność dla czytelników zorientowanych nieco w dziejach II wojny światowej i znajdujących upodobanie w śledzeniu dorobku literatury na ten temat. Ale dla początkujących może być nieco nieznośna… Lecz cóż – czasem spróbować warto. Narracja o przygodach pięknej Kasi i jej mądrego tatusia w krainie dzikich komunistów ma bowiem kilka walorów – nie żeby zaraz kształcących, ale poznawczych na pewno.
Tomasz Sas
(04 02 2026)

Brak komentarzy