Stephen King 
Nie wymiękaj
Przełożył Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2025
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5
Suki kontra Psychole
Kingów jest dwóch – obaj doskonali. Pierwszy pisze klasyczne „straszydła” – horrory z silnym pierwiastkiem metafizycznym, drugi jest autorem thrillerów o zdecydowanym nachyleniu kryminalno-politycznym, nieco socjologizujących i nad wyraz realistycznych. Obaj mają dorobek. Z tym zastrzeżeniem, że horrorowe wcielenie Kinga jest – w kategoriach obiektywnych i mierzalnych oceniając – o wiele bardziej znane i popularne. Nie tyle dzięki milionowym nakładom książek, ale przede wszystkim wielomilionowym widowniom filmowych adaptacji Kingowej literatury grozy. „Lśnienie”, „Carrie”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Misery”… – te tytuły każdy średnio zaangażowany i rozgarnięty kinoman (względnie czytelnik) wymienia jednym tchem – osobliwie miłośnik grozy i makabry. Od czasów założycieli tego gatunku, czyli Mary Shelley („Frankenstein”) i Edgara Allana Poego, nie pojawił się autor horrorów, który byłby równie płodny i równie genialny.
Drugi King ma gorzej… Ten pierwszy praktycznie nie ma konkurencji na horrorowym poletku literatury – ale ten drugi zdecydował się grać wśród wielu ostrych zawodników, utalentowanych jak cholera i mocnych w gębie. Stanąć na boisku z Johnem Grishamem, Harlanem Cobenem, Lee Childem – to wyzwanie wagi ciężkiej… Ale King ustał na nogach, co więcej – zaczął atakować. I okazał się mistrzem „konwencjonalnego” thrillera tudzież kryminału, zaś w kategorii thrillera „penitencjarnego” samodzielnie króluje na szczycie i nie dogoni go nigdy nikt – wystarczy w tym miejscu wspomnieć genialną „Zieloną Milę”, z równą miarą geniuszu zekranizowaną przez Franka Darabonta oraz zamieszczone w zbiorze nowel „Cztery pory roku” (1982) opowiadanie „Skazani na Shawshank” (samo w sobie takie sobie…), z którego również Darabont zrobił jeden z pięciu najlepszych kiedykolwiek nakręconych filmów świata (z Timem Robbinsem i Morganem Freemanem). W tej sytuacji drugie wcielenie Kinga być może zasługuje na więcej uwagi niż pierwsze.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że wymiar społeczny (a czasem wręcz polityczny) jego tekstów spoza świata grozy dodaje powagi autorskiemu przesłaniu Kinga – powagi wykraczającej poza wymiar czysto rozrywkowy literatury kryminalnej. Na czym zatem manewr ten polega? Rzecz ujmując najprościej – na dominacji kontekstu…
Metodologia standardowej intrygi kryminalnej używanej w literaturze polega, z grubsza rzecz ujmując, na czystości i jednorodności przekazu. Innymi słowy: akcja toczy się wedle skodyfikowanych dawno temu reguł kultywowania fabuły. Protagoniści zachowują się regulaminowo, inni bohaterowie też wypełniają przypisane role – jak w komedii dell’arte czy w teatrze kabuki. Jest zbrodnia (niekoniecznie zaraz morderstwo; w każdym jednak razie czyn zabroniony prawem), jest sprawca (znany od początku lub nieznany do końca), jest wykrywacz prawdy, zbrojne ramię wymiaru sprawiedliwości czy ktoś w tym rodzaju. Jest grono-chór antyczny świadków-komentatorów-kaskaderów i drugoplanowców. A gra toczy się wedle recepty, wybranej przez autora z pliku gotowców fabularnych, krążących swobodnie i bez copyrightu w przestrzeni literatury. Żadnej filozofii, socjologii czy polityki – czysty eskapizm. Oczywiście, ze względów estetycznych każdy autor stara się rzucić swoją intrygę na jakieś tło – bo tak wypada. Ale w gruncie rzeczy wszystko jedno, czy dekoracja to gotycki zamek na wyspie przez sztorm stulecia odciętej od lądu, czy szkoła dla dziewcząt z internatem, czy odizolowana ze względów bezpieczeństwa placówka strefowej kontroli ruchu lotniczego – a może głębinowa kopalnia, gdzie trzecią zmianę uwięziła awaria windy…
Oczywiście King dał dowody, że i tak potrafi – ale nie tym razem. Intryga powieści „Nie wymiękaj” toczy się raczej wedle reguł pełnokrwistego thrillera politycznego niż tradycyjnej fabuły kryminalnej. Chociaż ta druga jest też obecna – taki koktajl, a dla czytelników spotęgowana satysfakcja. King jest mistrzem mieszania, chociaż czystość formy też nie jest mu obca. W rezultacie mamy dwa „ciągi technologiczne” zbrodni. Jeden to seryjny psychopata, naznaczony skomplikowanym i pokręconym kompleksem winy tudzież potrzebą odpłaty dla dewiacyjnego tatusia. Drugi to schizofreniczny „wielomian” z misją zaprowadzenia boskiego porządku w świecie zdegenerowanym. Oba wątki zmierzają do kulminacji – ale jakiej? Zgadnąć zawczasu nie sposób… A do tego użyte przez Kinga tło społeczne raczej jest dużego i ciężkiego kalibru – to polityczna kampania w kwestii prawa aborcyjnego. No i jeszcze wszyscy mamy Holly…
Holly Gibney – prywatnego detektywa (prywatną detektywkę?), właścicielkę biura Uczciwi Znalazcy (co definiuje specjalizację firmy; Holly nie bierze spraw rozwodowych, bo nie cierpi grzebać w brudach – ani w sensie ścisłym, ani metaforycznie…). Holly Gibney – szczupłą i niewysoką siwiejącą damę w wieku zdecydowanie średnim. Holly Gibney – twardzielkę o kwalifikacjach gończego psa i wyrafinowanej intelektualistki zarazem – z obsesyjno-kompulsywnym zwichrowaniem osobowości. King wykreował Holly dość dawno – w 2014 roku, w powieści „Pan Mercedes” i dwóch następnych („Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty”) z trylogii o detektywie Billu Hodgesie; Holly jest jego wspólniczką w biznesie śledczym. Figura Holly okazała się tak dobrym i potencjalnie rozwojowym pomysłem literackim, że King poświęcił jej nieco więcej uwagi (przyznał nawet, że się ze swą bohaterką zaprzyjaźnił) i wykorzystał twórczo w kilku kolejnych projektach. Najnowszy z nich macie przed sobą.
Oczywiście postać Holly, jak cała prawie twórczość Kinga, wpadła w tryby przemysłu filmowego. Ale – jak to ona – doznała istotnych zawirowań. W trylogii-serialu o Hodgesie „Pan Mercedes” (30 odcinków, trzy sezony) Holly zagrała biała aktorka Justine Lupe, zaś w zrealizowanym pięć lat temu miniserialu (10 epizodów) HBO „Outsider” w postać Holly wcieliła się czarnoskóra aktorka i piosenkarka brytyjska pochodzenia nigeryjskiego Cynthia Erivo. No cóż – w tym tkwi mistrzostwo Kinga: figura Holly jest tak napisana, że kolor skóry nie ma najmniejszego znaczenia… I dobrze – niech czytelnicy sobie nie wyobrażają Holly jako postaci krańcowo zdefiniowanej. Najlepiej przecież do niej pasuje termin „niedookreślenie”.
A sprawy tak się mają – w mieście Buckeye City – całkiem fikcyjnym, ale za to kompletnym, na wskroś amerykańskim, prowincjonalnym, ale z pretensjami, uniwersyteckim, lecz zapyziałym, na północy Środkowego Zachodu, a może trochę na uboczu, nad jeziorem (zapewne Erie), gdzie swoje biuro ma firma detektywistyczna Holly – wyłonił się poważny problem kryminalny. W okolicy giną ludzie – przypadkowi, bez żadnego czytelnego klucza; na trop seryjności wskazuje podobny modus operandi oraz znajdowane przy zwłokach karteczki z nazwiskami sędziów przysięgłych z ławy, która skazała niejakiego Duffreya za dziecięcą pornografię i pedofilię, ale okazało się, że oskarżony został przemyślnie wrobiony przez konkurenta do awansu w hierarchii banku, w którym obaj pracowali, a prokurator zlekceważył dowody. O zadośćuczynieniu nie może być mowy, bowiem Duffrey zginął w więzieniu, a wrabiający umiera na raka… Kto zatem morduje symboliczne figury przysięgłych „w zastępstwie”? Policja ma problem – pani detektyw Isabelle „Izzy” Jaynes zasięga opinii swej przyjaciółki Holly Gibney, a ta – z racji swej „nadpobudliwości śledczej” – wciąga się w sprawę, całym swym intelektem (i emocjami).
Niestety, długo to nie potrwało, albowiem Holly w tzw. międzyczasie przyjęła zlecenie-marzenie… Niejaka Kate McKay – publicystka, pisarka i aktywistka ruchu na rzecz prawa do aborcji – w trakcie trasy promującej jej nową książkę, po kilku groźnych incydentach, sprowokowanych przez ortodoksyjnych przeciwników aborcji (w tym zapewne przez agresywnego, brutalnego i nieuchwytnego stalkera), postanowiła zatrudnić ochroniarza. Czyli Holly. A ta zgodziła się, mniemając, iż jej firma wizerunkowo zyska na takim zleceniu, jeśli się wywiąże. Ryzyko oceniła wprawdzie wysoko, ale mogła to zaakceptować, zwłaszcza że poglądy McKay były prawie tożsame z jej własnymi, choć może technologia samej ekspresji tychże poglądów odbiegała nieco od dyskrecji i neutralnej powściągliwości, którą Holly uważała za właściwą metodę obchodzenia się z własnymi poglądami…
Wątek trasy promocyjnej nowej książki Kate McKay – zbudowany z rosnącym emocjonalnym napięciem i bez stosowanego często przez Kinga nadmiaru ironicznego dystansu – ujawnia od razu stosunek pisarza do społecznego problemu, którego McKay jest liderką. Struktura formalna tego wątku jest prosta i zwarta, w zasadzie niemal ascetyczna (co się Kingowi zdarza rzadko…). Oto ambitna akademiczka, działaczka i publicystka z niemałym ładunkiem politycznego temperamentu, rusza w trasę promującą nową książkę. O wymownym i bijącym prosto w mózg tytule – „Świadectwo kobiety”; a hasło promocyjne całego tournée jeszcze prostsze jest: „SIŁA KOBIET!” Spotkania autorskie w niewielkich salach zamieniają się w wielotysięczne wiece polityczne, a paliwa dostarczają im spory publiczne, wywiedzione z sentencji kontrowersyjnego wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Dobbs vs. Jackson Women’s Health Organization. Sąd uznał mianowicie, że prawo do aborcji nie jest chronione w Konstytucji USA – uchylił w ten sposób fundamentalny dla tej kwestii wyrok w sprawie Roe vs. Wade (z 1973 roku) i przeniósł prawo do regulowania kwestii dopuszczalności aborcji na szczebel legislatur stanowych. Dzięki temu wyrokowi w ponad połowie stanów USA mocno zaostrzono przepisy o aborcji bądź zakazano tego zabiegu w ogóle.
King nie ukrywa, że w tym sporze jest po stronie kobiet domagających się powrotu do liberalnego prawodawstwa – co samo w sobie jest niezwykłe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to jednak ma być literatura rozrywkowa… Ostatecznym wszakże dowodem stosunku Kinga do sprawy jest lista (przypominająca skądinąd wojskowe oddawanie honorów poprzez tzw. wzmiankę w rozkazie – personalne wyróżnienie w tekście rozkazu dziennego odpowiednio wysokiego szczebla dowodzenia) nazwisk zamordowanych za przekonania (i na służbie) lekarzy oraz innych funkcjonariuszy, broniących praw kobiet. To doprawdy mocny akcent książki Kinga…
Szczegółów pięknie pokomplikowanej intrygi oczywiście nie zdradzamy. Ale kulminacja wielowątkowych osi narracji fascynująco się przecina w tym nieszczęsnym zadupiu – Buckeye City. To naprawdę szczytowe osiągnięcie Kinga z ostatnich kilku lat – czyta się na bezdechu, bo naprawdę szkoda czasu na standardowe czynności życiowe podczas lektury finałowych rozdziałów. Jeżeli King podejmie „kwestię Holly” po raz kolejny i potraktuje wykreowaną przez siebie figurę literacką z taką samą jak dotąd uwagą i przyjaźnią – warto czekać na wykwintną ucztę…
Tomasz Sas
(07 07 2025)

Brak komentarzy