Isola

4 kwietnia 2026

Allegra Goodman   
Isola
Przełożyła Monika Popławska
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Robinsonada feministyczna

Świat jest wyspą. To wiadomo od dawna. Nawet najludniejszy, największy kontynent to też wyspa. W ogóle wszystko jest wyspą – nasze życie, sposób myślenia, wyobraźnia, zasięg wzroku, stan świadomości, przedmioty i obrazy, książki i pamięć… Pamięć zwłaszcza jest wyspą. Choć nie da się narysować jej mapy – bo jest wyspą, lecz w nieustannym ruchu, nie do uchwycenia żadnym pisadłem na papierze, nawet na chybcika patykiem na piasku – ubywa jej i przybywa równocześnie. Zresztą człowiek też jest wyspą – istotą wyspy bowiem jest oddzielność. I samotność, a właściwie odrębność. Nie przypadkiem słowa isola i isolation wspólny mają rdzeń… Nasze metaforyczne wyspy nie są bezludne – tam, gdzie my jesteśmy wyspiarzami, nasza obecność wystarczy, by uczynić je światami zdatnymi do życia. Czasem jednak o prawo do egzystencji na naszej wyspie trzeba powalczyć – nie wystarczy zostawić ślad stopy na piasku.

Nie wiem, czy Allegra Goodman ma świadomość wyspy (w sensie „zabudowy” teoretycznej oraz ideowej prozatorskiego pomysłu), ale fenomenalnie spożytkowała osiągnięcia nurtu literatury przygodowej (i nie tylko przygodowej – by rzeczy nie trywializować), który można nazwać roboczo „robinsonadą”. A w istocie – to relacja z przebiegu konfliktu (choć może nie tyle konfliktu, co konfrontacji…) człowieka (pojedynczego – żeby nie było zbyt łatwo) z całą potęgą natury: jej żywiołami, jej dzikością i nieznoszącą sprzeciwu mocą.

Prekursorem tego nurtu był oczywiście Daniel Defoe, angielski pisarz i dziennikarz z przełomu XVII i XVIII wieku (a konkretnie 1660-1731), który do panteonu nieśmiertelnych magów i tytanów światowej literatury wszedł dzięki wydanej w 1719 roku powieści „Przypadki Robinsona Crusoe”, gdy to twórczo wykorzystał i „przeformatował” przygodę szkockiego żeglarza Alexandra Selkirka, którego – jako nieznośnego, kłótliwego awanturnika i mąciwodę – współtowarzysze jednej z podróży po prostu… zostawili na wyspie Más-a-Tierra w archipelagu Juan Fernandez u wybrzeży Chile; a tenże Selkirk przetrwał samotnie i zapobiegliwie cztery lata i cztery miesiące w kompletnym odosobnieniu – dzięki wierze w przyszłość i zdolności do nieustannej improwizacji. Ten tekst (bądź jedną z kilkuset jego wariacji) zna chyba każdy na tym świecie, kto umie czytać. Nie wiem, czy istnieje język, na który „Robinsona…” nie przetłumaczono. I słusznie – bowiem w swej istocie – pod zajmującą warstwą przygodową i światopoznawczą (dowodzącą niezbicie, że universum przedstawione możliwe jest do ogarnięcia rozumem i doświadczeniem) – jest to apoteoza możliwości gatunku ludzkiego i jego ewolucyjnych przewag…

Oczywiście – wyłaniający się z „robinsonad” literackich optymizm wedle możliwości psychoadaptacyjnych gatunku ludzkiego jest nieco nadmiarowy. Robinsonady bowiem to próby udane. Tymczasem tzw. ciemna liczba przypadków zakończonych zejściem ofiary może przytłaczać swą nieproporcjonalną wielkością. Katastrof morskich, zakończonych tragicznie, mimo z początku optymistycznego „uratowania” rozbitków w minionych wiekach (i współcześnie też) było niezliczenie wiele; podobnie kara przymusowego wyokrętowania na bezludny brzeg stosowana była nader chętnie. No i co? Znane są tylko pojedyncze przypadki „cudownego” uratowania – większość ekscesów z bezludną wyspą w tle zakończyła się tragicznie. Warto mieć na uwadze tę okoliczność, gdy roztrząsa się legendy o sile przetrwania gatunku i temuż podobnych imponderabiliach żywota ludzkiego…

Allegra Goodman natknęła się (sama mówi, że przypadkiem) na „robinsońską” opowieść francuską z XVI wieku z pionierskiej epoki prób kolonizacji Kanady. (Skąd Francuzi w Kanadzie – to temat na osobne opowiadanie, pełne zgiełku, nieporozumień, bolesnych rozczarowań i smętnych klęsk…) Podczas wyprawy badawczo-osiedleńczej pod komendą niejakiego Jeana-Francois de la Rocque de Robervala (skądinąd przyjaciela francuskiego króla Franciszka I Walezjusza) na pokładzie gubernatorskiego okrętu doszło do poważnego ekscesu dyscyplinarno-erotycznego, a w jego rezultacie panna Marguerite de la Rocque (nad którą Roberval sprawował formalną opiekę jako krewny po śmierci jej rodziców, a przy okazji wyzuł z majątku), jej kochanek z gminu oraz jej służąca zostali wysadzeni na jednej z bezludnych wysp Zatoki św. Wawrzyńca. Misja de Robervala nie powiodła się (co jest dobre udokumentowane we francuskich źródłach) – głównie dzięki nieustępliwej postawie irokeskich plemion Huronów i Ottawów oraz z powodu całkowitego niemal braku czegokolwiek nadającego się do zrabowania, a przede wszystkim złota; ale o sprawie mademoiselle Marguerity relacje są nad wyraz skąpe – dosłownie jedno-dwuzdaniowe. Może poza historyjką o podobnym przebiegu, przerobiona i opisaną literacko przez siostrę króla Franciszka – Małgorzatę z Nawarry, w jej dziełku „Heptameron”. Ale do czego posłużyć może siła wyobraźni, jeśli nie do takich trudnych zadań, jak zrekonstruowanie romantyczno-heroicznej historii (herstorii?) na podstawie szczątkowych i sformalizowanych przekazów w dokumentach? Pani Goodman powiódł się ten zamiar nad wyraz doskonale…

Szczegóły oczywiście pominę na mocy naszej umowy o niespojlerowaniu, bo przecież nikomu nie chcę odbierać przyjemności smakowania ani zaskakujących (tyle mogę zdradzić – fabularne pomysły autorki zaiste są zaskakujące) zwrotów akcji, ani urody opisu. Autorka wybrała trudny zapis pierwszoosobowy, wymagający specyficznej dyscypliny języka (nawet gdy nie ucieka się do stylizacji) – a dzięki temu narracja uzyskuje intymny wymiar. Ale z ograniczeniami – to przecież szesnasty wiek, zaś narratorka jest młodą arystokratką, wychowywaną w ściśle określonej i skodyfikowanej konwencji socjalno-towarzyskiej, religijnej i klasowej. Z wyboru autorki narratorka prowadzi nas w swym świecie od początków świadomego dzieciństwa, więc mniej więcej wiemy, w jakiej klatce norm i ograniczeń przyszło jej żyć. Tym intensywniej wespół z nią możemy doznać konieczności przemiany, jaka za sprawą instynktu samozachowawczego dopadła ją około dwudziestego roku życia.

Wysadzona siłą na brzeg granitowej, porośniętej byle czym, pustej, bezludnej wysepki w kanadyjskiej, chłodnej i sztormowej Zatoce Świętego Wawrzyńca – raczej bliżej zimnego Labradoru czy Nowej Fundlandii niż cieplejszej Nowej Szkocji – młoda arystokratka z Perigord miała doprawdy niewiele narzędzi intelektualnych, sposobnych do utrzymania się przy życiu – prócz samej chęci przeżycia, silnej woli i wiary naturalnie. No i miała przy sobie swego kochanka Augusta – młodego sekretarza pana de Robervala – oraz służącą Damienne tudzież nieco dobytku: co tam łaskawy pan pozwolił zabrać na plażę (nawet mały klawesyn i cytrę). W swej opowieści Marguerite de la Roque proponuje nam dotknięcie samej istoty jej świadomości wyspy, czyli obserwowanie przemiany bezradnej damy z arystokracji w twardą wojowniczkę, która radzi sobie z polowaniem, porodem, pogrzebem, śnieżycami, podbieraniem jaj ptakom, skórowaniem zdobyczy i zabijaniem białych niedźwiedzi. Że już o hordzie napalonych baskijskich poławiaczy dorsza nie wspomnę.

Ta przemiana to zdecydowanie najciekawszy pomysł prozatorski ostatnich lat, przewyższający pomysłowością, determinacją, atrakcyjnością wykonania tudzież fabularnym rozmachem wszystkie zapewne propozycje spod znaku tzw. kultury woke oraz genderowych manifestów ideologicznych. A to przecież tylko powieść przygodowa – nie żadna tam nadęta eseistyka. Lecz powiadam wam nie po raz pierwszy (i od lat), że wszystko jest kwestią talentu – nie zaś przybranych etykiet. Kto talent ma, poradzi sobie w każdych, nawet ekstremalnie ciężkich warunkach. Kto nie ma – nawet pod najsłuszniejszym sztandarem będzie gołą rzycią świecił… Zatem czytajcie Allegrę Goodman, bo to niezwykły hymn o sile miłości.

Tomasz Sas
(04 04 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *