Marek Krajewski 
Głos z piekła
Wydawnictwo Znak, Kraków 2025
Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5
Demon też człowiek…
Archipelag ksiąg grozy i zagadek, sporządzany przez mistrza Marka, wciąż jest in statu nascendi, ale tempo przyrostu wyraźnie przyspiesza. Różnorodność gatunkowa też się zagęszcza. Dwa równoległe „twory” prozatorskie – Łańcuch Mocka i Wyspy Popielskie – rosną mniej więcej jednakowo, wypiętrzając się w rytmie zaburzeń tektonicznych dna; gdzieś na uboczu zaległy trzy (na razie zapewne) wysepki o innej proweniencji – ładne i nieszkodliwe. A insularny Łańcuch Mocka nabrzmiał gdzieś stronami i tak począł się prawdziwy spin-off, czyli poboczny wątek koralowych atoli Herberta Anwaldta (dotychczas jedna, ale pewnie przyrośnie ich więcej). Koordynatów nie podaję – niech się o dane do nawigacji martwią wydawcy.
Ważne jest, że przygody Herberta Anwaldta otwierają nowe możliwości penetracyjne dla prozy Krajewskiego – a to z uwagi na wykształcenie, pewne osobiste predyspozycje i publiczny kontekst egzystowania wykreowanej pieczołowicie figury młodego adepta psychiatrii. Nasz ulubiony autor, wyraźnie w tej chwili skręcający od rekonstrukcyjnej powieści kryminalnej ku prozie grozy, horroru i epatowania wywalonymi na wierzch bebechami – oczywiście łapie mocny wiatr w żagle. I szparko nawiguje w stronę złowieszczej literatury koszmaru. Ile w tym jest autentycznej potrzeby ducha, a ile zadęcia pour épater les bourgeois – nie wiem; domyślam się tylko, ale z domysłem tym nie wystąpię publicznie. Jeszcze…
Horror jest wszakże naturalnym środowiskiem maestro Krajewskiego – taki klasyczny, regularny, z udziałem tylko czynnika ludzkiego, bez nadprzyrodzonych machinacji i fantazji – jak na racjonalnego łacinnika przystało. Człowiek bowiem potrafi unieść tyle samoistnego, irracjonalnego zła, że żadna ingerencja magiczna czy transcendentalna nie jest potrzebna. Owszem: umie Krajewski wprowadzić do narracji pierwiastki pozazmysłowe, z pozoru nadprzyrodzone, natury demonicznej i psychiatrycznej zgoła. Ale wszakże na nich nie poprzestaje – na końcu rozum wygrywa albo przynajmniej wychodzi na swoje status quo ante. Albo niewiele traci…
„Głos z piekła” jest na pozór klasycznym horrorem gotyckim z wszelkimi atrybutami grozy i zgrozy, jakie tylko można wcisnąć w narrację – lecz zarazem jest podręcznikowym, wzorcowym kompendium policyjnej rutyny skutecznego obchodzenia się z przestępczymi próbami wytworzenia paranormalnej iluzji, inscenizacji maskującej prawdziwe zbrodnie. Zdaniem bowiem policyjnych ekspertów i doświadczonych praktyków, w obszarze zbrodni nie istnieją i nie działają zjawiska paranormalne, nadprzyrodzone ani demoniczne. Za wszystkim stoi człowiek. Siły transcendentalne nie dokonują zbrodni. Bo nie mają – czego? Przepraszam za dwuznaczność: siły nie mają. Więcej w nich imaginacji niż mechaniki. Chociaż spiritus flat ubi vult, to nie jest on leśmianowskim Dusiołkiem, iżby mógł z żywej jednostki kadawera wyprodukować. Chyba że jednostka dokładnie przestraszona sama z siebie wykopyrtnie się na zawał. Zło immanentne zatem, jeśli dąży do zbrodni, musi sobie wprzódy wynająć pośrednika – najlepiej człowieka, bo takowy przynajmniej gwarantuje skuteczność.
Otóż to – policja swoje wie i nie da się sprowadzić na manowce transcendentalizmu. Jest zbrodnia realna – to i sprawca realny się znajdzie. Tak było, jest i będzie. Więc i w Breslau roku pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego nie mogło być inaczej. Toteż gdy radca kryminalny Mühlhaus, szef biura kryminalnego wrocławskiego prezydium policji, zlecił swemu podwładnemu, komisarzowi Eberhardowi Mockowi, zajęcie się pewną delikatną i dyskretną misją wyjazdową w Legnicy – sprawy winny potoczyć się regulaminowo i konwencjonalnie, by oczywiście nie rzec, iż rutynowo, schematycznie, wedle sprawdzonej pragmatyki śledczej. Więc na wstępie może małe przesłuchanka z mordobiciem, jakaś rewizja z demolką, niewielka prowokacja, może areszt wydobywczy do spółki z uporczywą inwigilacją…. Okoliczności przyrody sprzyjałyby takiej procedurze: lasy, bagna, jakiś pałac, w którym straszy, folwarki zaludnione przez resztki rdzennej ludności śląskiej, czyli tzw. Wasserpolaków, dziwaczna sekta dzikogłowców, oddająca cześć demonom, a wokół epidemia cholery. Ale nie – nic nie idzie utartym, sprawdzonym torem. W sprawie poszukiwania Luizy, zaginionej żony hrabiego Williama von Babbitza z majątku Czerniewice podle Legnicy policyjna rutyna zdaje się na nic…
Tygodniami śledztwo stoi w miejscu, a do tego dziwne, niewytłumaczalne przypadki pogłębiają chaos wokół familii Babbitzów – a to ginie nadworny psychiatra, a to Anna – córeczka Luizy i Williama – popada w obłęd, wyglądający jak opętanie przez demony, wobec czego skutecznym wydaje się zastosowanie egzorcyzmów… W tej sytuacji Mock, cholernie zajęty inną pilną sprawą kryminalną we Wrocławiu, wespół ze swym sponsorem i brydżowym partnerem, astrologiem Völlingerem (skądinąd bratem nieszczęsnego von Babbitza), postanowił zainstalować w samym środku intrygi swego agenta – doktoranta psychiatrii z Tybingi i bliskiego współpracownika policji kryminalnej, niejakiego Herberta Anwaldta – jako lekarza mogącego pomóc rzekomo nawiedzanej przez diabła Annie.
No i to był oczekiwany przez wszystkich (czytelników Krajewskiego też) przełom w bulwie – to znaczy w śledztwie. Ale o tym ani słowa – mamy wszak umowę o dyskrecji narracyjnej. Czego w tej chwili bardzo żałuję… Już choćby prosty opis germańskiej (albo może celtyckiej) tortury polegającej na zamieszkaniu we wspólnym jutowym worku ofiary, wściekłego kota, pyskatego koguta i podnieconej żmii – przydałby dramatyzmu tej rekomendacji. Zaiste – wyobraźnia Krajewskiego mogłaby dać się we znaki nawet przygotowanym na najgorsze (najlepsze?) smakoszom horroru… Że już nie wspomnę o mięsistych relacjach z nawiedzeń panny Anny przez piekielne demony. Krajewski bardzo udanie powraca do swego mistrzostwa fabularnego, manifestowanego w licznych dziełach z cyklu o Mocku – ale nie tylko tam.
Mnie osobiście najbardziej ucieszył powrót fabularny (drugoplanowy – ale co tam…) wiernych towarzyszy policyjnych przygód Mocka (i zarazem filarów porządku w jego universum), czyli panów Wirtha i Zupitzy. Ich udział w całej intrydze jest doprawdy ozdobą akcji tego opowiadania – jak klasyczne cameo w filmach – czyli krótkie, ale znaczące dla urody samej narracji pojawienie się celebryty w roli epizodycznej. Panie Marku – proszę o więcej udziału Wirtha i Zupitzy w kolejnych pana realizacjach horrorowo-kryminalnych – jeśli łaska!
„Głos z piekła” zwiastuje powrót Krajewskiego do korzeni – czyli porządnej powieści grozy i zarazem rekonstruującej zaprzeszły świat zbrodni. A to jest specjalność autora i jego firmowa oferta na rynku. Zaś Herbert Anwaldt ma ogromny potencjał rozwojowy w sensie nie tylko kryminologicznym, ale także literackim – młody psychiatra z doktoratem na służbie w policji na prowincji to niezwykła rzadkość w realiach lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Co stwarza pisarzowi wiele nowych możliwości kreacyjnych i narracyjnych w kontynuacji policyjnego cyklu o Mocku z przyległościami. Czekajmy zatem cierpliwie, aż Krajewski się wywiąże…
Tomasz Sas
(14 02 2026)
P.S. Z pewną taką przykrością, skądinąd wynikającą z niezachwianej dotąd wiary w głębię i rozległość erudycji Marka Krajewskiego, pozwalam sobie zwrócić jego uwagę na błędne użycie słowa „sensat”. Na stronie 129 pojawia się ono w rozmowie Herberta Anwaldta z Helmutem Völlingerem. „- Pańska propozycja jest bardzo hojna i bardzo interesująca, ale tylko dla kogoś, kto goni za sensacją. A ja nie jestem sensatem.” Otóż to… Zresztą słowo „sensat” pojawia się w tekście jeszcze kilka razy, w podobnych, jeśli nie identycznych kontekstach. Ta konsekwencja definicyjna każe mniemać, iż Marek Krajewski uważa sensata za kogoś, kto goni za sensacją – innymi słowy sensat to łowca sensacji, poszukiwacz zdarzeń niezwykłych, afer i awantur. Ale to nieprawda, to błąd w zasadzie dyskwalifikujący kogoś, kto ma sobie za cnotę (i ją pielęgnuje) posiadanie gruntownego klasycznego wykształcenia. Panie Marku – w sensie najzupełniej ścisłym sensat to osobnik wyalienowany, wyobcowany. Natomiast w bardziej kolokwialnym znaczeniu to osoba przesadnie poważna, poniekąd mędrkująca – ale nie ostentacyjnie, nie manifestacyjnie w żadnym razie. Czyli dokładnie odwrotnie, niż pan był łaskaw mniemać. A przecież zna pan łacinę; w tym języku sensatus to po prostu obdarzony rozumem… Lecz cóż – takie bywają losy słów rzadkich.
Podobny los spotkał słowo „spolegliwy” – wymyślone przez Tadeusza Kotarbińskiego. Pierwotnie „spolegliwy opiekun” znaczył kogoś, na kim można polegać. Lecz ni stąd, ni zowąd „spolegliwy” kolokwialnie we współczesnej polszczyźnie oznacza kogoś, kto godzi się łatwo na wszystko i bez protestów, ulegle przystaje na cudze opinie… Ale o tym to pan zapewne słyszał, panie Marku – nieprawdaż? TS.

Brak komentarzy