Hubert Klimko-Dobrzaniecki 
Tu i tam
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5
Nasz delegat w podróży
Klimko-Dobrzaniecki – którego i tak mimo wszystko uważam za jednego z pięciu najważniejszych prozaików tudzież eseistów (zdefiniowanych prowizorycznie jako mężczyźni; kobiety grają w innej, wyższej kategorii) współcześnie żyjących i piszących po polsku (na żądanie reszta nazwisk: Żulczyk, Orbitowski, Varga, Bieńczyk – może być?), znów zaskoczył mnie niepomiernie… Okazał się bowiem być wybitnym felietonistą, o czym nie miałem do teraz pojęcia. Lecz cóż – zacnego periodyku „Odra” nie czytałem od lat; oddawałem się jego intensywnej lekturze w epoce, gdy krypą, zacumowaną we Wrocławiu, ale w głównym poniekąd nurcie, dowodził niezapomniany, niezawodny i mądry przyjaciel Ignacy Rutkiewicz.
[Skądinąd zresztą piękny i owocny w profesjonalne przyjaźnie był to epizod dziejów – te lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (choć zaczęły się i skończyły nieciekawie): w takich Katowicach na przykład zawsze mogłem liczyć na spolegliwą opiekuńczość (i parę agresywnych robrów w dobrym towarzystwie) Kazia Zarzyckiego, szefa pisma „Tak i Nie”, w Poznaniu rezydował stoicki, refleksyjny Waldek Kosiński, pierwszy szef tygodnika „Wprost” (zanim nie przeniesiono redakcji do stolicy, a potem spektakularnie zgnojono), w Lublinie „rządził” serdeczny przyjaciel Marek Adam Jaworski, dziedziczny szef „Kameny”, a w Krakowie… W Krakowie nie dałbym rady bez przyjaźni Andrzeja Urbańczyka, Ryśka Niemca i Zbyszka Reguckiego. Takie to były czasy! A jakie obyczaje!]
Lecz dajmy już spokój historycznym dygresjom. W każdy razie felietonowa odsłona osobliwej osobowości Klimki-Dobrzanieckiego (choć może dwóch ich jest?) robi mocne wrażenie. Nieprzygotowanemu, nieostrzeżonemu, zaskoczonemu czytelnikowi zdaje się, że wylądował w złotej epoce felietonu polskiego, gdy o wawrzyn mistrza gatunku naparzali się (ale bezkrwawo) Kisiel, Hamilton, KTT, Radgowski i Bywalec (z doskakującymi Głową i Urbanem) – a wszystko pod okiem prawdziwego majstra – pana Antoniego S. Oczywiście toutes proportions gardées – Klimko w tamtych zawodach marne miałby szanse. Ale nie o to chodzi – ważny jest klimat felietonowej narracji, jej język, kreowanie i selekcja metafor, siła naciągu, pole rażenia, zasięg i celność puenty-strzały, bezkompromisowa bezczelność tudzież erupcje zabójczej ironii, słabo maskowane wystudiowaną grzecznością. Tu Klimko epigonem starej szkoły jest, aczkolwiek narzędzia nowej narracji (mam na myśli rwany zapis bezokolicznikowy, równoważniki zdań, rzeczowniki w mianowniku i temuż podobne cymelia) ma wdrożone i od nich nie stroni. Praktyczna (tyle znaczy, co używana) świadomość językowa to główny, noszony pod ręką i gotów do natychmiastowego użycia oręż Klimki-Dobrzanieckiego w jego potyczkach z materią felietonu (i prozy w ogóle…).
Technologia tej produkcji to najbardziej chwiejny element struktury felietonistyki Klimki. „Odra” bowiem jest miesięcznikiem – a to period edytorski wyjątkowo dla felietonu niekorzystny. Klasyczny rytm pisania i publikowania felietonu to tygodniówka (ale zdarzają się felietony codzienne – aczkolwiek rzadko, bo to mordercza katorga; niewielu wytrzymywało taki zapieprz dłużej niż kilka miesięcy, góra rok). Tygodniówka to komfort – daje czas na relaks (ocierający się nierzadko o prokrastynację), czas do gorączkowego namysłu i czas na… ostry finisz tuż przed deadline’em. A poza wszystkim tygodniówka mniej więcej dopasowuje się do rytmu życia publicznego – choć ten ostatnio przyspiesza i w pełni sprostać mu potrafią tylko blogerzy z armii ochotniczej w mediach społecznościowych oraz zawodowcy pisujący z dnia na dzień dla internetowych edycji swoich mediów.
Natomiast klasyczny felieton w miesięczniku? To wyższa szkoła jazdy (z elementami akrobacji) tudzież inne rygory mentalne i parametry technologiczne. O dotrzymaniu kroku rytmowi życia publicznego mowy być nie może – przeto jedynym możliwym rozwiązaniem wydaje się być… całkowite odejście od tradycyjnej, utartej ścieżki. Felietony-miesięczniki nie mogą już być użytecznymi narzędziami bieżącego kształtowania opinii ani reakcji na aktualne zdarzenia; w tym trybie można komentować co najwyżej zakłócenia i osobliwości w mechanizmach… zmiany pór roku. A i tak można nie nadążyć. „Miesięcznik” wymaga zatem kompletnej przebudowy poetyki. Rozszerzają się możliwości – osobliwie horyzont refleksji tudzież intelektualny jej zasięg. Oraz uogólnienie – przybliżające formułę felietonu do recepty na esej epistemologiczny. Problem w tym, że nie każdy autor felietonowy w rytmie miesięcznym chciałby tej ewolucji sprostać. Ambitni – tak, ale ci zwyczajni? No cóż – miesięczna formuła staje się dobrą okazją do ucieczki w rewiry tak subiektywne, że aż autobiograficzne. Felieton dryfuje w stronę kroniki wypadków i przypadków osobę samego autora napotykających. Tekst, jeszcze bardziej niż w felietonie klasycznym, filtruje się przez personalne sitka i siteczka, dryfując w stronę narcystycznej (co tu ukrywać) manifestacji. I nie ma co usprawiedliwiać się Proustem – tej półeczki nie sięgacie żadną miarą. Ale na obronę miesięcznika-autobiografii jeden argument przytoczyć wypada – otóż taki tekst łatwo się nie dezaktualizuje; jego przydatność do spożycia długie ma terminy ważności…
W tej zatem sytuacji, jaka nas otacza (na kształt mgły sakramenckiej), felietony Klimki wydają się być wiecznotrwałe i rozsądne ponad zwykłą miarę. Aczkolwiek mało są aktualne – ot, zamieniają się w mądre, subiektywne pogawędki bywalca i wędrowca – przenikliwe i surowe obserwacje, napomknienia i złośliwe przytyki. No i te o zwierzątkach – psach, kotach i chomikach – spisane z czułością, wdziękiem i wdzięcznością. Klimko przy okazji ujawnia, że ma dobry wzrok i niemniej dobry słuch – bo te jego felietonowe dywagacje jakoś celnie zakotwiczone są w realiach – osobliwie ujawniające kontakt artysty z prozą życia. Zwłaszcza relacje z podróży kolejowych – co wypad, to felieton. I prawie zawsze tekst posadowiony jest na opoce autorskiej fascynacji kolejnictwem jako sposobem łączenia ludzi. Nie mam aż tak nabożnych zauroczeń problematem dróg żelaznych, ale pojmuję, co wzmóc mogło emocje Klimki. W końcu koleją warszawsko-wiedeńską podróżowałem setki razy – w tym nader często do samego Wiednia, na Südbahnhof, już nieistniejący. Kolejami ÖBB (Österreichische Bundesbahnen) też przemierzyłem tysiące kilometrów, osobliwie w obu kierunkach na trasie Wien Westbahnhof – Salzburg. Na tej trasie ruchomy kilkunastominutowy prospekt z okien wagonu restauracyjnego na monumentalną bryłę opactwa w Melku (z dominującym udziałem karafki białego kremskiego podczas seansu) – to jeden z najpiękniejszych widoków kolejowych świata – fajniejszy niż przereklamowane szwajcarskie mosty nad przepaściami czy banalny w gruncie rzeczy widok z okien pociągu pełznącego mostem nad Firth of Forth w Szkocji (ten obiekt dużo ciekawszy jest z zewnątrz). Ale w sumie – nie wiem, czy wydusiłbym z takiej kolejowej ekskursji więcej niż jeden felieton. A taki Klimko proszę: ledwie stanie na peronie dowolnego dworca świata, a już mu się tekst pisze. Nawet na Islandii, gdzie nie ma ani kawałka używanych torów kolejowych, jak wiadomo. Prawdziwy talent, nie ma co…
Felietony Klimki zatem – choć ich wymowa i aktualność nie bledną – są raczej ponadczasowe, słabiej związane z podglebiem publicznego dyskursu. I tym oto sposobem stają się lekturą przydatną na każdy czas. Interwencyjna formuła felietonu – takiego, jaki uprawia Klimko – wyczerpała się już dawno; to teraz zadanie dla całkiem innych gatunkowo tekstów. Wolny od doraźnej funkcji felietonu autor może sobie pofolgować i penetrować rejony bardziej abstrakcyjne, symboliczne zgoła. Powiecie, że eskapizm? Bardzo być może – ale nie szkodzi; zresztą felietonistyka autobiograficzna inna być nie może. Doświadczenia i przypadki egzystencjalne Klimki-Dobrzanieckiego są tak długo atrakcyjne dla czytelników, jak długo Klimko-Dobrzaniecki ukryć potrafi swoje emocje w wykreowanej figurze wszędobylskiego „delegata” – rozpoznającego na swój koszt, ale nasz użytek, wszelkie okolice nadające się do zamieszkania. Lektura felietonów pana Huberta ma bowiem walor terapii przeciwwsobnej…
Tomasz Sas
(09 03 2025)
Brak komentarzy