Tu i tam

9 marca 2025

Hubert Klimko-Dobrzaniecki 
Tu i tam
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Nasz delegat w podróży

Klimko-Dobrzaniecki – którego i tak mimo wszystko uważam za jednego z pięciu najważniejszych prozaików tudzież eseistów (zdefiniowanych prowizorycznie jako mężczyźni; kobiety grają w innej, wyższej kategorii) współcześnie żyjących i piszących po polsku (na żądanie reszta nazwisk: Żulczyk, Orbitowski, Varga, Bieńczyk – może być?), znów zaskoczył mnie niepomiernie… Okazał się bowiem być wybitnym felietonistą, o czym nie miałem do teraz pojęcia. Lecz cóż – zacnego periodyku „Odra” nie czytałem od lat; oddawałem się jego intensywnej lekturze w epoce, gdy krypą, zacumowaną we Wrocławiu, ale w głównym poniekąd nurcie, dowodził niezapomniany, niezawodny i mądry przyjaciel Ignacy Rutkiewicz.

[Skądinąd zresztą piękny i owocny w profesjonalne przyjaźnie był to epizod dziejów – te lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (choć zaczęły się i skończyły nieciekawie): w takich Katowicach na przykład zawsze mogłem liczyć na spolegliwą opiekuńczość (i parę agresywnych robrów w dobrym towarzystwie) Kazia Zarzyckiego, szefa pisma „Tak i Nie”, w Poznaniu rezydował stoicki, refleksyjny Waldek Kosiński, pierwszy szef tygodnika „Wprost” (zanim nie przeniesiono redakcji do stolicy, a potem spektakularnie zgnojono), w Lublinie „rządził” serdeczny przyjaciel Marek Adam Jaworski, dziedziczny szef „Kameny”, a w Krakowie… W Krakowie nie dałbym rady bez przyjaźni Andrzeja Urbańczyka, Ryśka Niemca i Zbyszka Reguckiego. Takie to były czasy! A jakie obyczaje!]

Lecz dajmy już spokój historycznym dygresjom. W każdy razie felietonowa odsłona osobliwej osobowości Klimki-Dobrzanieckiego (choć może dwóch ich jest?) robi mocne wrażenie. Nieprzygotowanemu, nieostrzeżonemu, zaskoczonemu czytelnikowi zdaje się, że wylądował w złotej epoce felietonu polskiego, gdy o wawrzyn mistrza gatunku naparzali się (ale bezkrwawo) Kisiel, Hamilton, KTT, Radgowski i Bywalec (z doskakującymi Głową i Urbanem) – a wszystko pod okiem prawdziwego majstra – pana Antoniego S. Oczywiście toutes proportions gardées – Klimko w tamtych zawodach marne miałby szanse. Ale nie o to chodzi – ważny jest klimat felietonowej narracji, jej język, kreowanie i selekcja metafor, siła naciągu, pole rażenia, zasięg i celność puenty-strzały, bezkompromisowa bezczelność tudzież erupcje zabójczej ironii, słabo maskowane wystudiowaną grzecznością. Tu Klimko epigonem starej szkoły jest, aczkolwiek narzędzia nowej narracji (mam na myśli rwany zapis bezokolicznikowy, równoważniki zdań, rzeczowniki w mianowniku i temuż podobne cymelia) ma wdrożone i od nich nie stroni. Praktyczna (tyle znaczy, co używana) świadomość językowa to główny, noszony pod ręką i gotów do natychmiastowego użycia oręż Klimki-Dobrzanieckiego w jego potyczkach z materią felietonu (i prozy w ogóle…).

Technologia tej produkcji to najbardziej chwiejny element struktury felietonistyki Klimki. „Odra” bowiem jest miesięcznikiem – a to period edytorski wyjątkowo dla felietonu niekorzystny. Klasyczny rytm pisania i publikowania felietonu to tygodniówka (ale zdarzają się felietony codzienne – aczkolwiek rzadko, bo to mordercza katorga; niewielu wytrzymywało taki zapieprz dłużej niż kilka miesięcy, góra rok). Tygodniówka to komfort – daje czas na relaks (ocierający się nierzadko o prokrastynację), czas do gorączkowego namysłu i czas na… ostry finisz tuż przed deadline’em. A poza wszystkim tygodniówka mniej więcej dopasowuje się do rytmu życia publicznego – choć ten ostatnio przyspiesza i w pełni sprostać mu potrafią tylko blogerzy z armii ochotniczej w mediach społecznościowych oraz zawodowcy pisujący z dnia na dzień dla internetowych edycji swoich mediów.

Natomiast klasyczny felieton w miesięczniku? To wyższa szkoła jazdy (z elementami akrobacji) tudzież inne rygory mentalne i parametry technologiczne. O dotrzymaniu kroku rytmowi życia publicznego mowy być nie może – przeto jedynym możliwym rozwiązaniem wydaje się być… całkowite odejście od tradycyjnej, utartej ścieżki. Felietony-miesięczniki nie mogą już być użytecznymi narzędziami bieżącego kształtowania opinii ani reakcji na aktualne zdarzenia; w tym trybie można komentować co najwyżej zakłócenia i osobliwości w mechanizmach… zmiany pór roku. A i tak można nie nadążyć. „Miesięcznik” wymaga zatem kompletnej przebudowy poetyki. Rozszerzają się możliwości – osobliwie horyzont refleksji tudzież intelektualny jej zasięg. Oraz uogólnienie – przybliżające formułę felietonu do recepty na esej epistemologiczny. Problem w tym, że nie każdy autor felietonowy w rytmie miesięcznym chciałby tej ewolucji sprostać. Ambitni – tak, ale ci zwyczajni? No cóż – miesięczna formuła staje się dobrą okazją do ucieczki w rewiry tak subiektywne, że aż autobiograficzne. Felieton dryfuje w stronę kroniki wypadków i przypadków osobę samego autora napotykających. Tekst, jeszcze bardziej niż w felietonie klasycznym, filtruje się przez personalne sitka i siteczka, dryfując w stronę narcystycznej (co tu ukrywać) manifestacji. I nie ma co usprawiedliwiać się Proustem – tej półeczki nie sięgacie żadną miarą. Ale na obronę miesięcznika-autobiografii jeden argument przytoczyć wypada – otóż taki tekst łatwo się nie dezaktualizuje; jego przydatność do spożycia długie ma terminy ważności…

W tej zatem sytuacji, jaka nas otacza (na kształt mgły sakramenckiej), felietony Klimki wydają się być wiecznotrwałe i rozsądne ponad zwykłą miarę. Aczkolwiek mało są aktualne – ot, zamieniają się w mądre, subiektywne pogawędki bywalca i wędrowca – przenikliwe i surowe obserwacje, napomknienia i złośliwe przytyki. No i te o zwierzątkach – psach, kotach i chomikach – spisane z czułością, wdziękiem i wdzięcznością. Klimko przy okazji ujawnia, że ma dobry wzrok i niemniej dobry słuch – bo te jego felietonowe dywagacje jakoś celnie zakotwiczone są w realiach – osobliwie ujawniające kontakt artysty z prozą życia. Zwłaszcza relacje z podróży kolejowych – co wypad, to felieton. I prawie zawsze tekst posadowiony jest na opoce autorskiej fascynacji kolejnictwem jako sposobem łączenia ludzi. Nie mam aż tak nabożnych zauroczeń problematem dróg żelaznych, ale pojmuję, co wzmóc mogło emocje Klimki. W końcu koleją warszawsko-wiedeńską podróżowałem setki razy – w tym nader często do samego Wiednia, na Südbahnhof, już nieistniejący. Kolejami ÖBB (Österreichische Bundesbahnen) też przemierzyłem tysiące kilometrów, osobliwie w obu kierunkach na trasie Wien Westbahnhof – Salzburg. Na tej trasie ruchomy kilkunastominutowy prospekt z okien wagonu restauracyjnego na monumentalną bryłę opactwa w Melku (z dominującym udziałem karafki białego kremskiego podczas seansu) – to jeden z najpiękniejszych widoków kolejowych świata – fajniejszy niż przereklamowane szwajcarskie mosty nad przepaściami czy banalny w gruncie rzeczy widok z okien pociągu pełznącego mostem nad Firth of Forth w Szkocji (ten obiekt dużo ciekawszy jest z zewnątrz). Ale w sumie – nie wiem, czy wydusiłbym z takiej kolejowej ekskursji więcej niż jeden felieton. A taki Klimko proszę: ledwie stanie na peronie dowolnego dworca świata, a już mu się tekst pisze. Nawet na Islandii, gdzie nie ma ani kawałka używanych torów kolejowych, jak wiadomo. Prawdziwy talent, nie ma co…

Felietony Klimki zatem – choć ich wymowa i aktualność nie bledną – są raczej ponadczasowe, słabiej związane z podglebiem publicznego dyskursu. I tym oto sposobem stają się lekturą przydatną na każdy czas. Interwencyjna formuła felietonu – takiego, jaki uprawia Klimko – wyczerpała się już dawno; to teraz zadanie dla całkiem innych gatunkowo tekstów. Wolny od doraźnej funkcji felietonu autor może sobie pofolgować i penetrować rejony bardziej abstrakcyjne, symboliczne zgoła. Powiecie, że eskapizm? Bardzo być może – ale nie szkodzi; zresztą felietonistyka autobiograficzna inna być nie może. Doświadczenia i przypadki egzystencjalne Klimki-Dobrzanieckiego są tak długo atrakcyjne dla czytelników, jak długo Klimko-Dobrzaniecki ukryć potrafi swoje emocje w wykreowanej figurze wszędobylskiego „delegata” – rozpoznającego na swój koszt, ale nasz użytek, wszelkie okolice nadające się do zamieszkania. Lektura felietonów pana Huberta ma bowiem walor terapii przeciwwsobnej…

Tomasz Sas
(09 03 2025)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *