Diabły z Bassa Modenese

9 marca 2024

Pablo Trincia 


Diabły z Bassa Modenese
Przełożył Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2024

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Trujące szaleństwo…

Włoski wymiar sprawiedliwości nie przestaje mnie zadziwiać, wprawiać w zakłopotanie (czyli: jak to możliwe w XXI wieku?) i w końcu – w gniew. Choć nie jestem Włochem ani w żaden inny sposób nie podlegam tamtejszej jurysdykcji, ani się nie wybieram… To już druga w ciągu niespełna roku książka, która wpada mi w ręce, a dotyczy włoskiej jurysprudencji. A ściślej: jej wynaturzeń i osobliwej degrengolady. „Potwora z Florencji” Douglasa Prestona i Maria Speziego rekomendowałem w tym blogu 29 sierpnia 2023 roku. To reportaż relacjonujący długotrwałe, niefortunnie i nieumiejętnie prowadzone śledztwo w sprawie domniemanego seryjnego mordercy, do tego śledztwo nacechowane osobliwymi przesądami i idiosynkrazjami urzędników wymiaru sprawiedliwości, ulegających nieprawdopodobnym teoriom spiskowym oraz potrzebie silnego tzw. parcia na szkło. Myślałem, że już niczym podobnym mnie la bella Italia nie zaskoczy. Byłem w błędzie.

Książka Pabla Trincii „Diabły z Bassa Modenese” jest o wiele bardziej okrutna i przerażająca., chociaż nie ma w niej stosu trupów ani wiader krwi (poza wyobrażonymi)… Wspólny dla obu historii jest aspekt satanistyczny (we Włoszech, nie wiedzieć czemu, traktowany superpoważnie). Ale w „Diabłach…” o ich dramatycznej wymowie decyduje udział dzieci w całej tej historii. Dzieci w sensie dosłownym, bo ledwie kilkulatków w roli świadków oskarżenia – nie w miarę rozwiniętych fizycznie, psychicznie oraz intelektualnie nastolatków – ale małych dzieci, z poziomu edukacji przedszkolnej i niższych klas podstawówek.

Dla racjonalnie myślącego człowieka już na wstępie intryga wydaje się całkiem nieprawdopodobna. Wręcz niemożliwa. Jeden kilkuletni chłopczyk o imieniu Dario, zabrany przez opiekę społeczną z rodziny poniekąd dość patologicznej (głowa tej rodziny to nieodpowiedzialny gnojek, leń, pijak i hazardzista), po paru latach swymi zeznaniami rozwala strukturę nie tylko swojej, ale i kilku innych rodzin z okolicy, co doprowadziło do głośnych procesów o pedofilię – z masowym aktami przemocy seksualnej, orgiami i satanistycznymi, krwawymi obrzędami na cmentarzach, z udziałem księży i nauczycieli. I nikt, dosłownie nikt, nigdy nawet nie spróbował zweryfikować tej ponurej historii prostymi policyjnymi metodami – przez rozpytanie świadków, konfrontację zeznań z… obejrzeniem terenu rzekomych ekscesów, poszukaniem śladów i dowodów? Niesamowite… Ale takie są włoski aparat ścigania przestępstw i wymiar sprawiedliwości – zdaniem obserwatorów i niezależnych badaczy.

Bardziej wtajemniczeni łączą tę erupcję antypedofilskiej histerii z pojawieniem się w regionalnych służbach społecznych północnej (okolice Modeny) części prowincji Emilia-Romania młodej stażystki, a potem etatowej psycholożki – niejakiej Valerii Donati – równie ambitnej, co zgoła niedouczonej, niedoświadczonej dwudziestosześcioletniej absolwentki uniwersytetu w Padwie. „Dottoressa” Donati była osóbką apodyktyczną, wyszczekaną i zdecydowaną, „garściami” używającą trudnej do pojęcia terminologii naukowej – co we Włoszech, posadowionych na kulcie urzędowej tytulatury i w okowach poprawności politycznej, było wystarczające do zbudowania aury autorytetu. Nikt z równych jej fachowców, kierowanych poczuciem asekuracyjnej solidarności zawodowej (jak ty mnie, tak ja tobie), nie poważyłby się zakwestionować jej kompetencji, a zwłaszcza podważyć jej chwalonej za cierpliwość i łagodność metody „otwierania” dziecięcych „pacjentów” (w rzeczywistości były to seanse wielogodzinnego nękania – z torturą pozbawiania snu włącznie – oraz indoktrynacji – na zasadzie budowania „fałszywej pamięci”). Valeria Donati po prostu umiejętnie „przygotowywała” odebrane rodzicom dzieci do zeznawania przed sądami. Cierpliwie wkładała im do podatnych umysłów swe własne fantasmagorie, idiosynkrazje i histeryczne uprzedzenia. Ale gdy sądy po wieloletnich procesach, po dziesiątkach kontropinii prawdziwych fachowców z klinicznym i naukowym dorobkiem, w końcu kwestionowały dziecięce zeznania i uniewinniały domniemane szajki pedofilskie hurtowo, na pozycję „dottoressy” Donati nie miało to żadnego wpływu. Nadal służby socjalne gminy Mirandola polegały na rezultatach jej „pracy”…

Jakim cudem? To już jest opowieść na nieco inny temat – z cyklu rozważań o wyższości doktryny (każdej) nad rozumem (każdym). A zacząć ją trzeba od konstatacji, że rządy w lokalnych strukturach prowincji Emilia-Romania od lat sprawowało ugrupowanie polityczne nader ekstremalne, ortodoksyjne i nieskore do dialogu z kimkolwiek. De nomine postępowe, bo to akurat komuniści byli – ale gdyby rządzili konserwatywni prawicowcy, ekstremalni faszyści, rezultat byłby taki sam. Czyli zamaskowana pozorami troski o społeczny ład i postęp dyktatura fanatycznych ideologów. Nie lubili oni kościoła katolickiego i aktywnie takowy zwalczali (ludzi i struktury) od najniższego poziomu parafialno-gminnego. No i bezkrytycznie byli przekonani o „obiektywnej” wyższości państwa nad rodziną. Praktyczne w każdej kwestii społecznej, odwiecznie należącej z natury rzeczy do rodziny (nawet w czysto biologicznym aspekcie rozmnażania) rządcy prowincji „wiedzieli lepiej”, co dobre jest, a co złe… Stąd brała się „masywna” obecność organów opieki społecznej w życiu publicznym lokalnych społeczności i usankcjonowana prawem łatwość wkraczania tychże służb w życie rodzin.

Oczywiście dottoressa Valeria Donati nie była komunistką – wprost przeciwnie: raczej fundamentalną katoliczką, a jej poglądy na istotę Zła zasadzały na przekonaniu o obecności w naszym świecie szatana w postaci osobowej – konkretnego demona, przeszkadzającego ludziom w osiąganiu zbawienia i nakłaniającego ku grzesznym występkom. Ekstremalnie spolaryzowane różnice ideologiczne w gronie funkcjonariuszy opieki społecznej gminy Mirandola i kilku innych jednostek terytorialnych nie przeszkodziły wszakże temu, by proceder odbierania dzieci „podejrzanym” społecznie rodzinom nabierał rozpędu. Pobudki ideowe i kolor sztandarów, pod jakimi „robili swoje” gminni urzędnicy, zeszły na dalszy plan. Liczyło się tylko rzekome „dobro dzieci” – w tym osobliwym sojuszu ideowym…

W całym, stosunkowo niewielkim regionie Bassa Modenese (czyli Nizin Modeńskich – rolniczej, biednej i mało atrakcyjnej krainy nad Padem) doszło zatem do licznych przypadków interwencji służb socjalnych w żywe struktury miejscowych rodzin. Niektóre z tych akcji były zasadne, ale licznie – nie. A pragmatyka włoskich służb socjalnych zakładała (i pewnie zakłada do dziś – w końcu od tamtych wypadków minęło ledwie ćwierć wieku) działanie szybkie i nieodwracalne. Dzieci natychmiast „ukrywano” w rodzinach zastępczych, rodzeństwa rozdzielano bezkontaktowo, ale przede wszystkim zrywano wszelkie więzi z rodzinami biologicznymi i innymi krewnymi. No i dobrze – być może były powody do odbierania władzy rodzicielskiej, a w powszechnym mniemaniu lepiej jest z rygoryzmem przesadzić, niż niedoszacować zagrożenia. Lecz co dalej? Gromada urzędników z Bassa Modenese miała poczucie dobrze spełnionego obowiązku – ale zarazem niedosytu. No bo jakże to tak? Uratowaliśmy dzieci przed deprawacją i wykolejeniem w patologicznych rodzinach, lecz sprawiedliwość domaga się kar dla sprawców…

Zapewne. Ale trzeba pomóc sprawiedliwości. Urzędnicy socjalni mieli w rękach surowy materiał – potencjalnych świadków (to nic, że najczęściej kilkuletnich…); teraz trzeba było materiał ów obrobić, dostosować do potrzeb śledczo-policyjnych. I tak zrobiono – pojawiały się bulwersujące zeznania, rozpoczęły się aresztowania, rewizje, procesy. Przy udziale mediów zaczęły funkcjonować objawy pełnoskalowej histerii (o lekkim, lecz dominującym zabarwieniu religijnym, z udziałem sił nieczystych…). Nie po raz pierwszy w dziejach cywilizacji homo sapiens… Ba, można wręcz powiedzieć, że eksplozje zbiorowej histerii o źródłach transcendentalnych to typowe objawy funkcjonowania tej cywilizacji – osobliwie nasilone (a może tylko lepiej poznane i zapamiętane?) w jej judeochrześcijańskim odłamie. Choć nie wyłącznie… Wszak śmierć Sokratesa to niewątpliwie rezultat zbiorowej histerii religijnej prawomyślnych Ateńczyków. Podobnie sfajczenie Biblioteki Aleksandryjskiej – zbrodnia sprowokowana przez psychotycznego „proroka” wczesnochrześcijańskiej sekty. A poza tym… Dość wspomnieć z nowszych dziejów krwawe krucjaty przeciw innowiercom, heretykom i innym odszczepieńcom. Dość wspomnieć krwawe Vauderie (czyli zbiorową histerię, ekscesy, pogromy, procesy o czary) we francuskim Arras w 1461 roku, awantury mnicha Girolama Savonaroli we Florencji w latach 1496-98, proces czarownic w Salem (kolonia Massachusetts w Ameryce) w roku 1692 i wypadki z tej samej mniej więcej epoki tudzież inspiracji w 1617 roku w północnonorweskim miasteczku Vardø, gdzie w wyniku procesów o czary spalono na stosie 91 ofiar gorliwego prokuratora-obrońcy wiary…

To wszystko (dalece niepełny przecież) spójny ciąg zdarzeń poprzedzających ekscesy „diabłów z Bassa Modenese”. Czymże się od tamtych wypadków różniły procesy o pedofilię wywołane histerią w podmodeńskiej gminie Mirandola? Niczym – poza w sumie nieistotnymi szczegółami i klimatami różniących się od siebie historycznie epok. A Valeria Donati nieodrodną jest córką norweskiego komisarza Absaloma Corneta z Vardø… Reportaż Pabla Trincii i jego współpracowniczki Alessii Rafanelli czyta się jak fragment dłuższej, obszerniejszej i znacznie bardziej emocjonalnej historii ludzkości. Ale ostrzegam: ta lektura nie jest ani lekka, ani łatwa, ani przyjemna. Nie wiem, dlaczego jesteśmy tacy. Reporterowi Trincii też nie udało się wszystkiego dociec. Ale trochę z tego całego szaleństwa obnażył. Ciężko to jednak przyjąć do wiadomości, jeszcze ciężej próbować pojąć. Ale trzeba, aby nie zwariować…

Tomasz Sas
(09 03 2024)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *