Zmierzch filozofii

13 stycznia 2024

Jan Hartman


Zmierzch filozofii
Wydawnictwo Austeria,
Kraków-Budapeszt-Syrakuzy 2023

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Primum edere?

Prawda to, czy tylko ładnie brzmiący autoreklamiarski paradoks? Wiele wskazuje na to, że prawda, ale być może przedwcześnie ogłoszona (wyścig po palmę pierwszeństwa?), zanim wyczerpane zostały wszystkie możliwości przeprowadzenia uczciwego dowodu. Bo gdy filozof patentowany ogłasza tezę taką, to o co mu chodzić może? Azaliż o prawdę, tylko prawdę, samą prawdę? Nie wiem. No, może niezupełnie nie wiem. Mam bowiem swoje podejrzenia. Jan Hartman przyznaje się bowiem do sui generis narcyzmu – a ten, jak wiadomo, może objawiać się w postaci nietypowych, idących ostro pod prąd manifestacji intelektualnych. Może zatem idzie o przywłaszczenie sobie palmy pierwszeństwa na wypadek, gdyby doszło kiedyś do sporu – kto pierwszy dzwonem donośnym obwieścił koniec filozofii. Więc tak na wszelki wypadek napiszmy już teraz, by zaklepać koszulkę lidera.

A Hartman zadatki na lidera ma – potencjał intelektualny na odpowiednim poziomie, umiejętność dyskursu i sporu wzbogaconą polemicznym temperamentem, urok i wdzięk osobisty, a przede wszystkim rzadką u filozofów z uniwersyteckim zapleczem i pochodzeniem umiejętność posługiwania się językiem zrozumiałym w sferze życia publicznego (bez aparatury krytyczno-naukowej, bez hermetycznego słownictwa, bez maniery nadużywania wywodów matematycznych i logicznych – z wzorami…). Dla niego felieton regularnie pisać do opiniotwórczej gazety – to zdarzenie normalne, ot, cappricio zgoła. I jeszcze do tego bestia pozwala sobie autoredukcyjnie mniemać, że są w tej gazecie („Polityce” znaczy) felietoniści od niego lepsi – Koziołek i Wicha mianowicie. Tymczasem dokładnie odwrotnie jest – to Hartman (choćby nie wiem, jak się „zmniejszał”) jest w tej stawce dzisiaj najlepszy, skromniś jeden…

(Przy okazji jednak muszę wytknąć redaktorowi Baczyńskiemu i jego licznym wspólnikom, że sekcja felietonów to dziś najsłabszy składnik „Polityki”. Po latach, ba – całych dekadach, gdy to była najsilniejsza strona intelektualnej przewagi pisma nad resztą świata, po dominacji Passenta, Radgowskiego, Urbana, Stommy, Pilcha – dzisiaj felietony w Polityce”, wyjąwszy może Tyma od czasu do czasu, ale coraz rzadziej, tudzież ostrego, lecz przyczynkarskiego Mizerskiego, to kupa solennej nudy i bezzębnego mlaskania…)

Hartman – patentowany (jako się już rzekło) filozof – ma w arsenale wielokalibrowe narzędzia rażenia. Matka Natura bowiem licznymi talentami go obdarzyła. Felietony pisać? Prosta sprawa – zresztą już o tym wspomnieliśmy. Ale oprócz tego filozof Hartman coraz lepiej radzi sobie z uprawianiem bieżącej publicystyki politycznej; co i rusz w „Polityce” jego teksty z tej „działki” stają się czołówkami. Może nie jest jeszcze takim mistrzem jak Janicki, Władyka, Kalukin, Michalski, Siedlecka, Solska czy Sierakowski – ale doszlusowuje, powoli doszlusowuje. Ma bowiem chłop naturalny temperament polityczny, instynkt polemiczny i zadziorność zupełnie odmienne od powściągliwości uczonego. No i poglądy ideowe ma ostro i definitywnie skrystalizowane. Do tego kompletne, z ateizmem i surowym antychrystianizmem na czele, wyposażenie egzystencjalne tudzież narzędzia służące utrzymywaniu pionu i poziomu, pozwalające swobodnie nawigować w płynnym świecie i odnajdywać potrzebne kierunki. Ba – Hartman ma nie tylko sprzęt nawigacyjny, jemu samemu umożliwiający rejs. Ma też wyposażenie mistrzowskie, nauczycielskie, przewodnickie. Innymi słowy – może być (i czasem z powodzeniem bywa) komodorem konwoju poszukiwaczy sensu życia i świata, psem pasterskim ogarniającym stado zbłąkanych miłośników czystego rozumu, sygnalistą z tablicą, na której migocące literki układają się w pulsujący rytmicznie napis „follow me”. Należę do tych, którzy zawsze chętnie staną pod banderą podniesioną przez Jana Hartmana…

No ale co z tym „Zmierzchem filozofii”? Hartman, filozof uczony i patentowany (jako się już dwukrotnie rzekło), zważywszy różne racje i bieg dziejów, uznał (chyba nie sam, ale podobno w dobrym towarzystwie), że po dwudziestu i sześciu wiekach misja filozofii jako takiej się wyczerpała i chwalebnie (lub nie) dobiegła końca. A to czemu? Filozofia jako nauka w sensie ścisłym stała się bowiem wsobna i samoobsługowa. Nie ma już nic do zaproponowania światu – to znaczy, może by i miała, i powinna mieć, ale jakoś nie potrafi się za to zabrać. Zamiast nawiązywania kontaktu z otoczeniem woli nawiązywanie kontaktów międzyfilozoficznych. Natury raczej wewnętrznej… Co zresztą samo w sobie niczym nagannym nie jest, ani zabraniane być nie może. Ani deprecjonowane, ani krytykowane, ani wyśmiewane. Filozofia ma pełne prawo zajmować się sama sobą w sensie ścisłym. I nawet tradycyjne pytanie – a kto to bude platit’? – nie wydaje się uprawnione.

Ale, ale… Jeśli zafundujemy filozofom komfort egzystencjalny (niech to będą etaty na katedrach i granty na opłacenie ich spekulacji) – to niech w pakiecie nie oczekują statusu królowej nauk dla swej branży. Powody lepszego traktowania filozofii dawno już wyekspirowały; dziś o wiele więcej „królewskich” z natury rzeczy pytań i dylematów (wraz z próbami udzielania odpowiedzi) o istotę wszechrzeczy stawiają fizyka z kosmologią. Że o mechanice kwantowej – najbardziej ostatnio eksponowanej w dziele poszukiwania odpowiedzi części fizyki – nie wspomnę. Ale to temat na osobne opowiadanie… Ale fizyka i jej trabanci nie odpowiadają (a jeśli próbują, to marnie im to idzie) na pytania o naturę Człowieka, o kwestie moralne i dylematy etyki. Mechanika kwantowa nie ogarnie zadowalająco dylematu istnienia Dobra i Zła. Czarne dziury, choć można je podsłuchiwać, w zasadzie milczą w naszych sprawach. Człowiek zatem w kwestii swojego bytowania (co do jego istoty i w ogóle…) musi poprzestać na spekulacjach własnego pomyślunku. I nie sposób nie zauważyć, że najdalej na tej drodze zaszła filozofia…

Cóż zatem uczynił Hartman? Otóż w skromnej objętościowo i niezwykle elegancko, wręcz ascetycznie (skromna okładka z „groszkowanego”, szorstkiego kartonu w kolorze écru, ozdobiona tylko niewielką, chyba pochodzącą z epoki, karykaturą królewieckiego geniusza Kanta) wydanej książce przeprowadził uczciwą i wszechstronną krytykę wszystkiego, co współczesna filozofia ma do powiedzenia (i wszystkiego, co rzeczywiście mówi). No, po prostu zbadał całe spektrum filozoficznej gadki. I co z tego oglądu wynika? Niewiele, poza konstatacją, że oto dobiegają końca dyskursy o istocie – nie są już bowiem nikomu potrzebne. Gdy filozofowie pogrążyli się w rozpatrywaniu Absolutu (a przy okazji samej teorii poznania…), ich wierni klienci zniecierpliwili się i wypracowali nowe narzędzia badania idei, nowe nośniki wiedzy – postawili nowe drogowskazy i totemy.

Od ostatniego wielkiego triumfu filozofii minęło pięćdziesiąt lat z okładem. Mam tu na myśli rozpracowanie i definitywne wyeliminowanie totalitaryzmów, rasizmów, nacjonalizmów, autorytaryzmów, faszyzmów i innych tymże podobnych z głównego obiegu intelektualnego, praktykowanego przez ludzką cywilizację. Od tamtego momentu filozofia to głównie wsobne przyczynkarstwo, chociaż w dyspucie pojawiają się tezy ważne lub na takowe ucharakteryzowane – jak na przykład ta o końcu historii czy przewagach liberalizmu nad wszelkim innym gatunkiem myślenia… Lewica i prawica wciąż są w starciu – z niemałym udziałem filozofów i filozofii. Doszło do tego, że wypracowano nowy, zmniejszony nieco kanon zadań filozofii; wedle niego filozofowie winni być strażnikami i moderatorami ram uczciwej, demokratycznej dysputy publicznej, ba – swoistymi „egzekutorami” etycznej poprawności obiegu myśli. Ale nic takiego się nie stało. Świat poszedł w swoją stronę, rezygnując nawet i z takich usług filozofów…

Cóż zatem pozostaje kręgom filozofów? Tęsknota za Summą – czyli Wielkim i Rozsądzającym Traktatem o Ogólnej Teorii Wszystkiego – dziełem zamykającym wszelkie dylematy, ostatecznie rozstrzygającym wątpliwości i ustalającym jedyny słuszny kierunek rozwoju. Jeżeli jednak dzieło takie zostanie kiedykolwiek napisane, to jego autorami raczej będą fizycy – nie filozofowie, Ci ostatni, jeśli w porę się połapią, skąd wieje wiatr zmian) pójdą być może w stronę tzw. kołczingu (trzeba mieć nadzieję, że wysokopłatnego…) – czyli trenowania ludzkości w dziele radzenia sobie z przeciwnościami życia. Tak, tak – wydaje się, że coaching jest przyszłością filozofii – a może nawet jej ostatnią szansą…

Z postępem filozofii jest bowiem tak, jak mówi pewna anegdota. Oto u wód w Truskawcu spotkali się dwaj wybitni talmudyści – reb Menachem ben Zwi z Ger (Góry Kalwarii znaczy…) oraz reb Szlomo Waszkiel z Dobromila. Oba orszaki uczonych mężów ostrzyły sobie zęby na debatę, jakiej jeszcze we Wszechświecie nie było, gdy tymczasem dwaj talmudyści umościli się w wygodnych wiklinowych fotelach na tarasie pensjonatu i… milczeli przez godzinkę, przyjaźnie na się spoglądając. Wypili herbatkę, wprowadzili do organizmów po stopce zacnej koszernej pejsachówki, pędzonej w lwowskich zakładach imć Baczewskiego, poplotkowali o starych Polakach, pokazali sobie nawzajem fotografie gromadki wnucząt… I rozstali się z serdecznymi uściskami. Orszak reb Waszkiela nie mógł uwierzyć w to, co widział… – Jak to, rebe Szlomo – ani słowa? Na co mąż ów przemądry tak odrzekł: – Najmilsi moi, ja wiem, że on wie, że ja wiem wszystko. Z drugiej zasię strony on wie, że ja wiem, że on też wszystko wie. No to o czym tu gadać po próżnicy? Zaręczam wam pod chajrem, że w tej chwili reb Menasze mówi to samo swoim…

Tak, tak – filozofia jest wyczerpana. I zmęczona. Zaczyna też być głodna. Co zresztą sam Hartman podsumował najlepiej, przywołując finał pewnego kongresu filozofów w Seulu przed piętnastoma laty. Mowa końcowa głównego organizatora bardzo była krótka: „– Co ja tu będę dużo mówił. Jedzenie czeka. Bierzmy się do kolacji.” No więc tak – primum edere, deinde philosophari… Tę nieco zwulgaryzowaną wersję klasycznej paremii (primum vivere… czyli najpierw żyć) tłumaczy się – najpierw żreć, potem filozofować. Załóżmy przeto, iż po zaspokojeniu głodu filozofowie zasiądą w sektorze ludzi wiedzy, na krzesełkach dla mądrali, mówiących innym, jak mają żyć i co za naukę uważać, a co nie. Oby im się! Powiodło? Poszczęściło?

Tomasz Sas
(13 01 2024)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *