Historia Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)

29 grudnia 2023

Jaroslav Hašek


Historia Partii Umiarkowanego Postępu
(w Granicach Prawa)

Przełożył Jacek Baluch
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 2/5

O pożytkach picia piwa ksiąg kilkoro…

Formalnie to jest jakby urzędowy segregator, wciągnięty do kolekcji Czeskiego Archiwum Narodowego (tyle że pod fałszywą sygnaturą) – zawierający protokoły własne, listy, rachunki (niepopłacone – ma się rozumieć), programy wyborcze, materiały agitacyjne (w tym brudnopisy przemówień członków zarządu, zapisywane na podstawkach pod kufle), sprawozdania, raporty policyjne i donosy… Czyli wszystko, co tylko mogło zaistnieć na piśmie wobec i wokół przeciętnej partii politycznej w Czechach roku pańskiego 1911, gdy tylko postanowiła ona wkroczyć odważniej do czeskiego życia publicznego, wystawiając mianowicie kandydatów w wyborach. Przyznacie niewątpliwie, że każda uczciwa policja polityczna – nawet w państwie na wskroś demokratycznym, republikańskim i liberalnym, nie tylko w oświeconej monarchii absolutnej – zgromadziłaby wszelkie dostępne akta. Nawet jeśli organizacja nazywałaby się Partią Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)…

Już samo przeczytanie tej nazwy wywołuje mimowolny uśmiech i w ślad za nim jakieś niejasne podejrzenie, że to na pewno wyrafinowany persyflaż – że chodzi tu po prostu o dowcip. A teraz spróbujcie to samo powiedzieć z kamienną twarzą, na serio i ze stosownym zaangażowaniem emocjonalnym – tyle że po czesku. Strana Mírného Pokroku v Mezích Zákona… No nie – tak śmieszne, że aż niemożliwe. Ten mirny pokrok! Coś pięknego. Nie żebym się nabijał z pięknego języka czeskiego, ale musicie przyznać, że to brzmi zarazem heroicznie i godnie – jak okrzyk bojowy taboryckich Sierotek albo kiboli Slavii Praha…

Jeden z założycieli stronnictwa umiarkowanego postępu (w granicach prawa naturalnie) i zarazem jego filar intelektualny, towarzyski oraz wszelaki inny (czasami nawet, ale rzadko, gdy lepiej mu się powodziło – budżetowo-skarbowy), to pan Jaroslav Hašek – praski pisarz, dziennikarz, bywalec, tęgi piwożłop, gawędziarz tudzież arcybystry obserwator życia – przynajmniej tej jego części (dominującej skądinąd), która gromadziła się i przebiegała w ekosferze, wyznaczanej przez socjologiczne zjawisko, któremu bracia Czesi nadali skromną nazwę – hospoda… To po prostu lokal gastronomiczny, posiadający licencję na wyszynk piwa – i często nic więcej nie posiadający, prócz obitego blachą szynkwasu z nalewakiem, koślawych stołów i siedzisk, brudnawych czterech ścian z zadaszeniem, kolekcji kufli oraz zapasu tekturowych podstawek pod te kufle (ważny element systemu wymiaru należności). No i dysponujący kontraktem na dostawy piwa z lokalnego browaru. Każda hospoda szybko tworzyła własny mikrokosmos i mikroklimat. Pod jej szyldem, jak pod sztandarem kalikstynów, gromadził się wierny hufiec wiecznie naprutych rycerzy kufla, najczęściej dysydentów z innych okolicznych hospod – wywalonych stamtąd na zbity pysk i na wieczny czas za notoryczne bijatyki albo jeszcze bardziej notoryczne pomijanie kwestii regulowania rachunków. W każdym razie grono stałych bywalców, z niemiecka zwanych sztamgastami, nierzadko liczące kilkaset osób, to był największy kapitał hospody: gwarancja jej dobrobytu, popularności, a niekiedy sławy. Hospodař, który umiał zadbać o swoją trzódkę piwoszy, cieszył się szacunkiem w dzielnicy, a byt miał zagwarantowany na lata. Hospoda bowiem była (i jest nadal) jedną z trwalszych instytucji czeskiego życia publicznego. Pod warunkiem, że serwuje dobre piwo, o co w Czechach nietrudno, choć wbrew potocznym wyobrażeniom, powszechne wcale nie jest.

System obrotu produktami browarniczymi opierał się wtedy (czyli na początku XX wieku, podobnie jak długo przedtem i długo potem) na założeniu, by tego „obrotu” było jak najmniej. Piwo bowiem to produkt delikatny, podatny na wstrząsy i w zasadzie do transportu na dalsze dystanse nienadający się. Piwo przechowywano i transportowano w beczkach; butelkowanie (to wtedy wynaleziono krachlę…) było wprawdzie znane, ale i tak było drogim systemem dystrybucji. Przeto cały kraj w sposób naturalny pokrył się siecią małych, lokalnych browarów, zaopatrujących „zakontraktowane” hospody w zasięgu kilku (w zasadzie dwóch – trzech) godzin jazdy rolwagą, zaprzężoną w dwa perszerony. Tylko w większych i naprawdę dużych miastach rynek opanowały wielkie browary, mogące liczyć na pewny zbyt i dysponujące sławą swych firmowych marek złocistego nektaru. W takiej Pradze na przykład rynek należał do piw velkopopovickych, smichovskich, branickich czy březanskich; bardziej obrotni hospodaři mieli też dostęp do pilsnerów. Takie lokale mogły liczyć na zadowalające obroty…

Hašek i jego liczne grono przyjaciół usadowili się w gospodzie „Pod Złotym Litrem” na Kralovskych Vinohradach – w zasadzie dzielnicy stołecznej metropolii, zrośniętej z Pragą „na zabój”, chociaż formalnie było to osobne miasto aż do lat 20. ubiegłego wieku. Knajpa pod Litrem miała wszelkie atrybuty niezbędne dla haszkowej gromadki: dobre piwa w niewygórowanych cenach, spolegliwie opiekuńczego hospodařa, atmosferę miłą – prawie jak domową i ten typowo praski, spontaniczny, towarzyski luz, pozwalający na swobodne rozwinięcie intelektualnych „skrzydeł” we wszelakich kierunkach (wyjąwszy może spiskowanie przeciw Najjaśniejszemu Panu). Ale partia polityczna? Proszę bardzo! Wszystkie czeskie stronnictwa miały swoje siedziby terenowe w knajpach, nie wyłączając ultrakatolickich radykałów, programowo opowiadających się za ścisłą prohibicją. Pomysł przeto pana Haška i jego przyjaciół od kufla, by założyć Partię Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa) nikogo specjalnie nie zbulwersował ani nie przejął (może poza paroma obergorliwymi szpiclami na żołdzie praskiej centrali Evidenzbüro). Nawet posągi na moście Karola sceptycznie wzruszyły (raz!) ramionami i uśmiechnęły się pojednawczo – a może nawet wybaczająco.

No i szlus! Zamówiono następne kufle, a dotknięci do żywego brakiem zainteresowania publiczności i policji Umiarkowani Postępowcy (w granicach prawa) obstalowali u swego kumpla-założyciela najserdeczniejszego sporządzenie kompletnego i atrakcyjnego latopisu partyjnego (czyli kroniki), z uwzględnieniem nie tylko heroicznych wystąpień, dysput i postępków towarzyszy partyjnych, ale nadto wspartego sporządzeniem indywidualnych „portretów pamięciowych” prominentnych aktywistów partyjnych, z uwzględnieniem dorobku takowych na niwie piwno-towarzyskiej. W tym miejscu przyznać należy, iż większość nagabywanych o udzielenie stosownego wywiadu i zezwolenia pisarzowi aktywnych działaczy Umiarkowanych Postępowców (w granicach prawa) zagroziła panu Haškowi osobliwie dotkliwym mordobiciem, gdyby poważył się ujawnić ich nazwiska i choćby słowem jednym napomknął o treściach i sensach ich partycypacji w działalności Partii. Tym niemniej z materiału, który pozostał, udało się wyklepać stosowny elaborat, zawierający kompletne (w miarę możliwości) dossier wspomnianej partii i jej członków. Dossier umożliwiające rutynową robotę policyjną, co wystawia pisarzowi Haškowi pozytywną opinię wobec kwestii oceny jego udziału w życiu społecznym i obywatelskim wiernych poddanych Najjaśniejszego Pana Franciszka Józefa.

Lektura tego latopisu, który niewątpliwie mógłby być policyjnym raportem, daje unikatowy wgląd w dzieje praskiej cyganerii artystycznej w epoce tuż-przedwojennej (oczywiście chodzi o pierwszą wojnę…). W tak zwanym swoim czasie tekst ten się nie ukazał – wykopano go z jakichś starych szuflad wiele lat później, gdy jego wartość historyczna jęła już przeważać na innymi. Nie ze wszystkim oczywiście – to nadal jest Hašek. I to w epoce przedszwejkowej – dla miłośników i znawców bezcenny, a uważnej lektury wart zawsze, bez względu na okoliczności. „Historia Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)” zawiera w sobie oczywiście wyważone i wcale nie nadużywane elementy persyflażowe i sarkastyczne – inaczej nie byłaby tak śmieszna – ale dziś to po prostu kawał dziejów – nie tylko literatury. Te prozatorskie miniaturki zapowiadają w nieznacznym tylko stopniu erupcję talentu, jaka dotknęła i w pewnym sensie zniszczyła Haška w czasie pisania „Szwejka”. Ale mają za to ogromną wartość sentymentalną; wracam do nich z rozrzewnieniem…

Tomasz Sas
(29 12 2023)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *