Czytać, dużo czytać

25 kwietnia 2023

Ryszard Koziołek 


Czytać, dużo czytać
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Pisać, ale nie za dużo…

Obok takiego tytułu nie mogę przejść obojętnie. Nawet jeśli wywodzi się tylko z niegłupiej (ale i niezbyt mądrej…) góralskiej anegdoty tudzież skleja w jednostkę wydawniczą kilkanaście esejów i eseików (niektóre z tego wyboru wyraźnie przywiędły i zostały poddane zabiegom odświeżającym, uczenie nazywanym rewitalizacyjnymi; z tym, że niektóre nadpisano, jakby palimpsestami były, inne zasię tylko skropiono wodą, by świeża rosę imitowała o poranku…) krytyczno-literackich, filozoficzno-literackich, socjo- i antropologiczno-literackich, a nawet wyłącznie literackich (bez drugiego członu definiującego i porządkowego). Profesor-rektor UŚiu Ryszard Koziołek jako bielszczanin z pochodzenia, duchem ewangelicyzmu zapewne solidnie ogarnięty, jest człowiekiem oszczędnym, akuratnym, skromnym i na pewno woli każdą godną uwagi rzecz wykorzystać dwa razy, nim się ją odłoży czy tam wyrzuci. Nie suponuję, że w jego gospodarstwie taki los spotyka herbatę w workach – co to, to nie… Ale jak coś jest dobrze napisane, to w czym rzecz?

Zbiorek-worek „Czytać, dużo czytać”, cieszący się ostatnio nawet zauważalnym zainteresowaniem publiczności, do modnej obecnie i jakże środowisku potrzebnej kategorii recyklingowej należy. Co nie znaczy, że radość z lektury porównywalna jest do stanu słusznej dumy podczas ponownego produkcyjnego, twórczego użycia surowca z butelki po wodzie mineralnej niegazowanej „Rodowita z Roztocza”. Otóż nie jest. Co więcej – ma w sobie powab świeżości jak nówka nieśmigana. Czemu? Bo stara gaździna handlująca oscypkami na Krupówkach miała rację – aby coś wiedzieć – cokolwiek – trzeba czytać, dużo czytać! Koziołka zaś w szczególności. On-ci bowiem tak dobitnie zwraca uwagę na fundamentalną rolę czytania w procesie formowania umysłu i w ogóle postępu cywilizacji. Czytanie jest uprzednią i zarazem konieczną fazą rozwoju umiejętności myślenia i mówienia – mniema Koziołek. Lektura wzbogaca zasób indywidualnego wokabularza, uczy rozpoznawania i rozumienia związków frazeologicznych, nadaje i dodaje pewności formułowanym myślom oraz procesowi ich werbalizacji. Taka ci z niej pożyteczna gadzina…

Sam jestem człowiekiem księgi – przez małe ka – bo nie tej jednej, jedynej wszechKsięgi, ale ksiąg wielu, tysięcy ksiąg i książek. Jestem czytelnikiem totalnym i wiecznym. Książki kupuję, dostaję, gromadzę, układam na półkach, odkurzam, liczę, fotografuję… I czytam – to oczywiste. Mam tak od dziecka. Nie wiedzieć czemu aż z taką intensywnością. Jakby to było uzależnienie – nieuleczalne, nieusuwalne. Żaden odwyk, żadne odtruwanie. Zresztą nie wiem, bo nie próbowałem. Wprost przeciwnie: robię wszystko, by uzależnić się jeszcze bardziej. Nałóg, aczkolwiek ekspensujący (dalece nie wszyscy wydawcy podsyłają – rzadko! – darmowe egzemplarze do recenzji – ostatnio tylko dwóch, w porywach uprzejmości trzech…) i kłopotliwy, teraz jakby przyspiesza. Jakby sterowany był przeczuciem, że czasu coraz mniej…

Rozwiązanie dylematu wydaje się proste i na pierwszy rzut oka pewnie takie jest. Im czasu mniej, tym ostrzejsza selekcja. Od dawna nie przychodzi mi do głowy „przyjemność” lektury Mroza, Bondy, Czornyja, Puzyńskiej i całego regimentu im podobnych grafomaniaków. Od dawna pomijam całe spektrum tzw. romansu obyczajowego – od seksualnych fantazji wiecznie niedopieszczonej pani Lipińskiej po bogobojne, optymistyczne elukubracje pani Michalak. Nie czytam Nory Roberts, Tess Gerritsen ani Paula Coelho. Nie czytam fantasy ani „młodzieżówki”, ani young adults. Ani biografii (a zwłaszcza autobiografii) sportowców, muzyków, aktorów, gwiazd popkultury, celebrytów masowej wyobraźni. Ani horrorów. Ani poradników lajfstajlowych (i zresztą żadnych innych – chyba że ktoś napisze jak obrabować bank nie zostawiając śladów). Ani literatury konfesyjnej. Ani Ani z Zielonych Szczytów (swoją drogą, co za kretynizm z tym nowym tytułem…) – ani Kubusia Puchatka, pardon: Fredzi Phi Phi w nowych wersjach translatorskich (ani Szwejka w wersji Waczkówa zamiast kanonicznej Hulki-Laskowskiego; nawet do „Ulissesa” Świerkockiego mnie tak nie ciągnie jak do starej wersji Słomczyńskiego)… Wolę tłumaczenia dawne – wyjątek tylko zrobiłem dla Szekspira w translacji Barańczaka, bo to arcydzieło jest wielkości niespotykanej.

Innymi słowy: nie tykam wielkich obszarów literatury, całych jej połaci. W przeliczeniu na drzewa – surowiec papierniczy – to kawał dżungli deszczowej brazylijskiej może być lub tajgi bajkalskiej. Świat książki niemal w całości składa się z dzieł, których nigdy nie przeczytam. Moja wydajność intelektualna to najwyżej dziesięć ksiąg miesięcznie. Z moich obserwacji wynika, że mniej więcej jedna czwarta (optymistycznie: jedna piąta) mych wyborów lekturowych to decyzje błędne lub zbędne. To znaczy, że osiem było ku pożytkowi, czyli jakieś niecałe sto rocznie… To wynik sporo wyższy niż średnia krajowa osiągana przez rodaka-Polaka, ale przecież nie dla jakowegoś rekordu czytam, tylko dla siebie. I z tym „sukcesem” zostanę.

Z pisaniem jest nieco inaczej: na pomysł tego bloga wpadłem, gdy moja macierzysta redakcja skasowała cotygodniową rubryczkę (maleńką – jedna dziewiąta powierzchni kolumny, czyli strony, w gazecie tabloidowego formatu), z argumentem, że przecież książek teraz nikt nie czyta, a nasi klienci to już na pewno… Trzy się w tej rubryczce mieściły kilkuzdaniowe rekomendacyjki, z których dwie zazwyczaj pisałem ja, a jedną kolega Pawka. Szkoda mi było to przedsięwzięcie porzucić, bo polubili je wydawcy, a i czytelnicy dawali oznaki zainteresowania. Założyłem bloga – a jeśli czytacie ten tekst, to jest on czterysta pięćdziesiątą publikacją w 100zastu.pl…

Ale wracajmy do Koziołka. Jego Magnificencja „jako humanista bądź co bądź” tudzież polonista oldskulowego rytu i sznytu, badacz literatury i jej krytyk – jest wyznawcą więdnącego powoli, lecz wciąż aktualnego (a gdzieniegdzie nawet całkiem krzepkiego…) mniemania, że aby myśleć i mówić, a potem może pisać – trzeba najpierw czytać. W dobie wszechogarniającego internetu, wyszukiwarek, chatbotów i sztucznej inteligencji owo mniemanie nie jest już takie całkiem oczywiste. Ale Koziołek przy nim trwa. Trwajmy i my z nim. Jeśli uda się wam dotrzeć do dawniejszej książki profesora „Dobrze się myśli literaturą” – przeczytajcie i ją z uwagą i czułością, bez wzruszania ramionami i grymaśnych min. Nawet jeśli zamierzacie sztucznej inteligencji (a konkretnie programowi ChatGPT-4 lub następnej bardziej rozwiniętej wersji tzw. modeli językowych, czyli gromadzących wszystko, co kiedykolwiek napisano i na podstawie znajomości reguł gramatycznych języka tworzących sensownie brzmiące zdania dzięki algorytmowi odgadywania najbardziej prawdopodobnych kolejnych słów; to bardziej udoskonalona wersja algorytmu, który podpowiada wam kolejne słowa w SMS-ach) powierzyć swą pracę semestralną, licencjat, magisterkę i doktorat. Więc nawet jeśli zamierzacie posiłkować się sztuczną inteligencją zamiast własną – czytajcie. Z zastrzeżeniem, że nie cokolwiek, tylko coś istotnego. Raczej nie Mroza, tylko Tokarczuk, nie Lipińską, tylko Orbitowskiego. Raczej Sadurskiego niż Ziemkiewicza…

A Koziołek? No cóż, Jego Magnificencja wytycza kierunek. Jego eseje i szkice tworzą razem nie tyle zbiór czytelniczych recept (co konkretnie czytać), lecz kompendium pewnej metody intelektualnej wyciągania korzyści z lektury. Bo eseje o Lutrze i Darwinie, o wystawie „Polaków portret własny”, o Pilchu, Tokarczuk i Greku Zorbie, o „Tygodniku Powszechnym” nie stanowią spójnego przesłania ideowego, nie są wykładem żadnej doktryny. Pozwalają tylko zapoznać się z ulubionym narzędziem analitycznym profesora, czyli procederem uważnego czytania cudzych tekstów. W lekturach jest bowiem zapisane wszystko, co potrzebne (i sporo zbędnego też, ale nauka rozróżniania jednego od drugiego pierwszym jest obowiązkiem czytelnika). Jeśli zatem czytacie, starajcie się potem powiedzieć – nie ex cathedra, ale w dialogu – coście podczas lektury przemyśleli i zrozumieli. Potem spróbujcie to napisać. Krótko i sugestywnie. Największą bowiem korzyścią z czytania jest pisanie. To nie jest intelektualny paradoks ani figuratywny ornament ku uciesze łowców aforyzmów. To jest prawda, którą każdy piszący dojmująco przećwiczył przed własnym biurkiem czy innym miejscem, w którym zwykł poddawać się bólowi tworzenia.

Tomasz Sas
(25 04 2023)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *