Mondo cane

28 listopada 2022

Jerzy Jarniewicz 


Mondo cane
Wydawnictwo Biuro Literackie, Kołobrzeg 2022

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Poeta na swoim

Jestem o dobre dziesięć lat starszy od Jarniewicza, więc nie było mi dane doznać traumy odrzucenia z powodu niewpuszczenia na dokumentalny film Gualtiera Jacopettiego „Mondo cane”. Czyli na ten „najbardziej szokujący film ostatnich lat” – tak napisali na plakacie – a lata to były sześćdziesiąte ubiegłego stulecia (film miał światową premierę w 1962 roku, a w Polsce pokazano go już w roku 1965), przeto tamte szoki jawią się wedle dzisiejszych jak porcja lodów malinowych zestawiona z erupcją supernowej. Obejrzałem wtedy „Mondo cane” bez problemu, nie licząc konieczności nabycia dwóch – dlaczego dwóch?; a domyślajcie się… – biletów od konika za cenę znacznie wyższą od nominalnej. I umiarkowanymi emocjami zostałem potargany… Na tyle umiarkowanymi, że dziś już nie pomnę, w jakim kinie to było – w „Wiśle”, „Polonii” czy może w „Wolności”? Wszelako mniejsza z tym – ważne, że dzięki obcowaniu z przesłaniem tego obrazu ugruntowałem podejrzenie (a w zasadzie zamieniło się ono w przekonanie), że świat nie jest taki piękny, jak go tu i ówdzie pracowicie malują… I tyle.

Ale gdy przeczytałem wiersz Jarniewicza „Niektóre sceny mogą budzić niesmak”, wspominający tamto traumatyczne niewpuszczenie do kina – z tomiku „Mondo cane” nagrodzonego tegoroczną Nike – domyśliłem się, jak głęboko tamta zadra w nim tkwi. I jakie „spustoszenie” uczyniła w całym jestestwie Poety Jarniewicza. Tamto niewpuszczenie było po prostu zapłonem, wyzwalającym nie byle co (na przykład tylko zwyczajny młodociany bunt, manifestujący się wybiciem szyby w kinowej gablocie z sugestywno-ekscytującymi fotosami), ale wyobraźnię. Jarniewicz wyznaje, że sceny tego niezobaczonego filmu „(…) przez kilka kolejnych nocy wymyślałem sobie przed snem, na ile tylko pozwalała mi na to niezapisana niczym, nieletnia wyobraźnia (…)”. Byłbyż to zatem impuls, który uruchomił Jarniewiczowi imaginację na wyższym niż przeciętny poziomie? A może to szczególne niewpuszczenie sprawiło w jakowyś osobliwy sposób, iż (oprócz wielu szlachetnych zatrudnień…) nasz bohater poetą został? Może za pośrednictwem Jacopettiego spłynęła na Jarniewicza ex abrupto łaska Apollina? Oczywiście nie byłby to jedyny w historii sztuk wyzwolonych przypadek, gdy poprzez zakaz, niedościgłą niedostępność zostały uruchomione owe siły transcendentne, dzięki którym zwyklak (dobrze się zapowiadający filolog zaś szczególnie) artystą się staje. I to niezgorszym. Przypadek Jarniewicza tym się jednak wyróżnia, że artysta sam powziął świadomość, jak to się z nim stało i tej samowiedzy nadał językowo-epistemologiczną formę wiersza, produktu emocjonalno-intelektualnej fermentacji między synapsami.

Tomik takich wierszy, zatytułowany „Mondo cane”, wyselekcjonowanych (ale niezbyt starannie) z całokształtu, robi za prowizoryczne (lecz skądinąd wymowne) wyznanie – nie, nie wiary, skądże – lecz raczej obecności. Jest prowizoryczne, bo to osobne kartki (niemalże z kalendarza), spięte siłą woli, ułożone akcydentalnie, naruszające kwantowy porządek wszechrzeczy. Bowiem zasada nieoznaczoności Heisenberga obowiązuje także w poezji. Tak jak cząstka elementarna (niezależnie od stanu – w ruchu czy w spoczynku), jest bytem nieoznaczonym, nieznanym, nieopisanym – ba, możemy się umówić, że zgoła nieistniejącym, tak samo wiersz napisany, ale nieprzeczytany (mam tu na myśli przez osobę inną niż autor) też jest bytem nieoznaczonym. Ciężaru nabiera dopiero po lekturze. Ale ten ciężar nie przyrasta liniowo, nie staje się bytem rzeczywistym i oczywistym, zdefiniowanym. Cóż takiego bowiem mówi nam Werner Heisenberg? Otóż powiada, że rozpoczynając pomiar cząstki (choćby w celu jej zdefiniowania właśnie), bezpowrotnie ją zmieniamy; co więcej: wykluczyć nie można, że i sama mierzona cząstka w rewanżu zmienia naszą miarkę (a może i nas samych en masse). Niezła ta fizyka, nieprawdaż?

Z wierszem jest tak samo. Czytając tekst (nie tylko pierwszy raz – za każdym razem!) używamy swego indywidualnego oprzyrządowania analityczno-emocjonalnego. Czasem robimy to chcąc, czasem bezwiednie, ale zawsze używamy tej aparatury. Właściwości ludzkiego mózgu chyba są takie, że nawet gdy nakażemy sobie lekturę bez uprzedzeń, „na surowym korzeniu”, sine ira et studio, jakby nasz sprzęt poznawczy (a także, a może przede wszystkim nasz zasób POZNANEGO) był jak tabula rasa czysty od przeszłych doświadczeń – to i tak nasz mózg to i owo ze swych zasobów do procesu lektury przemyci, bezwolnie i bezkarnie. Od tego czytania każdy wiersz się zmienia. Ale zawsze, z każdą lekturą inaczej. Nie ma dwóch identycznych narzędzi poznawczych, dwóch identycznych czytelników. W rezultacie z jednego robi się sto, tysiąc wierszy osobnych, zgodnie z regułą nieoznaczoności wspomnianego Heisenberga. No może tysiąc to nie – tylu czytelników współczesna poezja zapewne nie ma…

Więc ostrzegam – jeżeli coś „w ciągu dalszym” napiszę o wierszach Jarniewicza, to będzie raczej o  m o i c h  wierszach Jarniewicza, a ich „oznaczoność” od teraz żadnych walorów obiektywnych mieć nie będzie. Ani to recenzja, ani rekomendacja – też zresztą skądinąd wątpliwa, skoro w zasadzie nieuprawniona…

Tomik „Mondo cane” składa się z czterdziestu ośmiu wierszy różnej długości, temperatury i barwy, składających się na – jako się już rzekło – poetyckie świadectwo obecności. Należy jednak z całą mocą zaznaczyć, że jest to obecność dyskretna, w znacznej części intymna nawet, trochę wycofana i delikatnie dymorficzna. Poeta albowiem nie narzuca się ze swymi rewelacjami, dotykającymi w gruncie rzeczy stanu ducha i takich małych emocji, których na zewnątrz (na obliczu zwłaszcza) nie widać. Większość tych tekstów – gdy zechcieć je zaklasyfikować gatunkowo, choć zabieg to wielce kłopotliwy – odnajdzie się w kategorii erotyków. Ale trzeba właściwie odczytać napięcie, by nie mieć wątpliwości. O ile bowiem taki wiersz „Wenn kömmt das schöne: Nun!” czy fenomenalny „Opóźniony pociąg do Rybnika przez Koluszki, Częstochowę, Katowice” zalecają się pewną taką jednoznacznością napięcia, to już „Codzienny spis ludności” wymaga lektury nieco mniej dosłownej, jako że ambiwalencję w sensie ścisłym pozostawia do rozważenia – z dylematem płci wędrownej na czele. No, no – te metaforyczne wieloznaczności, te więdnące w oczach uogólnienia paradoksalnie przydają wierszom Jarniewicza specyficznego wigoru: oto poeta w naszej obecności stara się wyprostować, nabrać dystansu, przełknąć suplement, nie opuszczać ani rąk, ani gaci. A wszechświat przecież się przypala…

Wspomniałem już, że większość wierszy Jarniewicza z „Mondo cane” intuicyjnie definiuję jako erotyki. Lecz w zbiorze tym znalazły się poważne „wykroczenia” pozagatunkowe – chociażby w kierunku publicystyki – na przykład taki wiersz „Love Song”. W sensie ścisłym: pawana na śmierć. Miasta – naszego wspólnego miasta. Łodzi. Byłbym w stanie zaakceptować to odstępstwo od emocjonalnego, erotycznego „metrum” poezji Jarniewicza. Tylko akurat to bardzo kiepski wiersz jest. Jak się wydaje – nieuleczalnie. Dlaczego? Sami sobie przeczytajcie, znajdując tych parę miejsc po przecinku, które zgrzyt emitują metaforyczny. „Włókniarki czekają” to fraza akceptowalna jedynie persyflażowo… Na czterdzieści osiem – jeden zły; wynik satysfakcjonujący, niemal doskonały. Ale nie wiem, czy prawdziwy – tak mi się tylko wydaje… Może podkładam szablony, które do tej poezji zupełnie nie pasują?

Jarniewicz ma swój krąg zwolenników – i ani myślę krąg ten poszerzać. Lubię tę poezję, bo dobrze jest napisana, z dbałością o słowo, o emocje – i balans między nimi. Jarniewicz ma swoje terytorium, dobrze swego broni i z nikim ścigać się nie musi. Zresztą z kim? Z Lipską? Z Tkaczyszynem-Dyckim? To byłaby jego liga, ale zanimby wyszedł z bloków startowych, już byłby zdublowany…

Tomasz Sas
(28 11 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *