Tyłem do kierunku jazdy

28 października 2022

Sylwia Chutnik 


Tyłem do kierunku jazdy
Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Odlotowy dywan babci Stasi

Kiedy byłem małą dziewczynką (każdy był, więc nie mówcie, że wy akurat nie wiecie jak to jest i w ogóle co to za gadanie…), wszystko wydawało się proste i poukładane. Jak i dlaczego to się skomplikowało, by nie powiedzieć wprost, że pojebało – nie wiem. Może dlatego, że dziewczynki też rosną – i to szybciej oraz efektywniej niż chłopcy (przynajmniej ostatnimi czasy…), z których liczni po prostu w ogóle nie wyrastają. Ba – chłopcy na ogół (niezależnie od tego, czy sami rosną, czy nie…), nie są skłonni, wbrew oczywistościom biologicznym tudzież intelektualnym, przyznać dziewczynkom prawa do rośnięcia… I tak oto różnica płci (skądinąd ewidentny fakt przyrodniczy) w konflikt płci się zamienia. Na szczęście nie dotyczy on (no, prawie…) literatury, która mnie ostatnio najbardziej zajmuje i która nie dzieli się – choć nie wszyscy tak sądzą – na męską i żeńską, ale na dobrą i złą. Oczywiście można upierać się przy poglądzie, że pisarstwo jest zdeterminowane płciowo nie tylko z uwagi na osobę autora/autorki (no bo wtedy w zasadzie jest…), ale z uwagi na osobiste deklaracje, zamysł twórczy i rezultat. I to jest gówno prawda. Proza, względnie poezja bądź eseistyka bywają dobre lub złe, ale raczej nie są żeńskie lub męskie – nawet jeśli z subiektywnych powodów autor lub autorka sugerują wyrazistą płciowość swej twórczości. Nawet jeśli w imieniu autorki/autora czynią to (z upoważnienia lub bez) krytyczki/krytycy, entuzjaści/entuzjastki, względnie polityczni stronnicy/stronniczki. Zapamiętajcie zatem: dobra albo zła bywa proza (oraz cała reszta pisania…). I tylko taka.

Wszystko to przypomniało mi się, gdy zauważyłem napomknienia mniej czy bardziej dyskretne bądź zgoła entuzjastyczne, że najnowsza powieść Chutnik manifestem feministycznym jest. A jeśli przypadkiem nie – to w każdym razie jest nieco pikarejskim traktatem o wyższości płci na płcią (żeńskiej nad męską – ma się rozumieć). A już na pewno jest bohaterskim eposem o przewagach babci Stasi nad patriarchalnym światem i jego egzystencjalnymi „zapadniami”, pułapkami i gównianą rzeczywistością… Autorka mocą wyroku opinii publicznej (a może i z własnego wyboru) zaklejona została bowiem etykietką pisarki feministycznej (cokolwiek to znaczy – od „nic” po „wszystko”) i porusza się ze swą prozą wewnątrz osobliwej bańki, „dedykowanej” (tak teraz mawiają – uczenie i bez sensu) płciowo. Tymczasem – odwołując się do przestrogi zawartej w pierwszym akapicie niniejszej rekomendacji – „Tyłem do kierunku jazdy” to nie powieść feministyczna ani w podobny sposób zdefiniowana, ale proza, wobec której stosujemy tylko kryterium jakościowe: dobra lub zła. Ta akurat, o czym z ulgą zawiadamiam, jest dobra w każdym sposobie, dobra jak mało co w tym sezonie, wręcz rewelacyjna i fenomenalna. Złożywszy to brzemienne w zobowiązania oświadczenie, sam od siebie zaczynam wymagać dowodu na istnienie. Azaliż prawda to – a jeśli tak, to jak?

Fabularnie rzecz ujmując, to klasyczna powieść familijna – trójpokoleniowa, z wyraźnym przechyłem matriarchalnym. Króluje oczywiście Babcia Stasia – bezkompromisowa zawodniczka, mistrzyni długodystansowego turnieju, zwanego dla niepoznaki (i powagi rzeczy przesądzonej…) życiem; od ręki gotowa na każde szaleństwo, jeśli tylko jest „pod prąd”, wbrew powszechnym normom, oczekiwaniom i dążeniom. Za nią Matka Kryśka – ale taka jakaś niewyraźna, trochę zdeptana i zmarginalizowana – może dlatego, że w ogóle nie do życia. No i Córka Magda (dla babci oczywiście Wnuczka) – narratorka (z tym, że trzecioosobowa) całej fabuły, postać ze wszystkich uczestniczek i uczestników całej fabuły najbardziej pokrajcowana. Urodzona jako chłopczyk, ale w chwili, gdy ta fabuła się nawija – już po długim, wielofazowym i bolesnym tudzież kosztownym (dzięki dotacji Babci na szczęście niespecjalnie…) procesie tranzycji płciowej. Którego matka Kryśka nadal nie zaakceptowała bezwarunkowo… Ledwie tolerowała. No to, przyznacie, jak na trzy pokolenia, dość sporo. Za to faceci zupełnie nieważni, drugoplanowi, wycofani, słabi, zapijaczeni, bezwolni, wykastrowani… Poza jednym pierwszoplanowym (ale dawno i krótko) – Rumunem Dimą, który na warszawskim festiwalu młodzieży w 1955 roku tak dziarsko tudzież dogłębnie wychędożył circa dwudziestoletnią wtedy Babcię Stasię, że zapamiętała tamte z nim orgazmy do końca życia; a także niewykluczone jest tamtoczesne poczęcie niejakiej Matki Kryśki. Co zgrabnie zakamuflowano małżeństwem z całkiem krajowym dziadkiem Staszkiem.

I czy to jest powieść feministyczna? Może być, a może nie… Co w tej sytuacji jest bez znaczenia, albowiem ideologia (jeśli feminizm nią jest, czego akurat teraz nie zamierzam rozstrzygać, tyleż z niedostatku kompetencji, co i zupełnej obojętności wobec problemu…). Feminizm bowiem to formuła, służba i regulamin – tymczasem „Tyłem do kierunku jazdy” to jedna wielka afirmacja braku formuł wszelakich, to pochwała anarchii i ruchu pod prąd. Luzik z odrobiną (czasem całkiem sporą) zdrowego hedonizmu, arabeska zamiast musztry, kant zamiast obywatelskiej dyscypliny, wóda zamiast różańca… I tak to się rozwija – bez ideologii, za to w poczuciu wolności. Jeśli zatem feminizm jest tylko wolnością (może nawet graniczącą z anarchią) – to w porządku. Ale podejrzewam, że nie jest – już i tam pojawiły się karby dyscypliny partyjnej i w najlepsze buszują strażniczki świętego ognia. Dla nich „Tyłem do kierunku jazdy” to tekst niedostatecznie jasny i za słabo zdeterminowany. A wykreowane przez Chutnik postacie głównych bohaterek – jakieś takie dwuznaczne, jakby nie do końca „nasze”.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pisarka Chutnik oprócz talentu ma dobrą pamięć i dobry słuch. Mogę zaświadczyć, bom starszy od niej na tyle, że ojcem mógłbym być (od mojego prawdziwego dziecka i tak jest młodsza o rok). Wiem zatem, że to, co w jej głowie siedzi, to nie jest fikcja literacka. Znaczy fikcja oczywiście jest, ale solidnie podbudowana wiedzą z papierów i studiów oraz zdobytym „na mieście” surowcem twórczym z podglądania i podsłuchiwania rzeczywistości. Zresztą Chutnik obroniła doktorat o epoce poststalinowskiego przełomu 1954-55, więc ma bardziej niż solidne fundamenty intelektualne. Czyli figurę Babci Stasi obcykała sobie wszechstronnie. Nie do zakwestionowania – ponownie o tym zaświadczyć jestem gotów przed dowolnym trybunałem… Sam zresztą identyczną ciotkę miałem – z tą tylko różnicą, że „zainicjowała się” i odpaliła nie podczas festiwalu, ale zimą 1956 roku w Zakopanem na igrzyskach FIS…

Figura Babci Stasi z wszystkich kreacji pani Chutnik podoba mi się najbardziej. Wprawdzie ekspozycja prowadzona jest narracyjnie w dość smutnej egzystencjalnie konwencji, bo szpitalnej, ale to solidna rama (w pewnym sensie uporządkowana, sformalizowana i rutynowa – te godziny odwiedzin i szpitalne rytuały…) do opowiedzenia fabuły. Konstrukcja banalna i często stosowana przez prozaików: potomek odwiedza przodka, być może dożywającego ostatnich dni, i wysłuchuje opowieści o życiu, na którą normalnie nigdy nie było czasu… Ostatnio zastosował ją z pożytkiem dla literatury i sukcesem Łukasz Orbitowski w „Chodź ze mną” (przy okazji gorąco polecam). W wykonaniu Sylwii Chutnik formułka ta nabiera cech bardziej biograficznych niż ekspiacyjnych. Mniej rozliczeń, mniej rodzinnych traum i autoterapii – za to więcej rodzinnego portretu we wnętrzu…

Babcia Stasia jawi się (pomijając festiwalowy, młodzieńczy i nabrzmiały całożyciowymi konsekwencjami epizod z Rumunem) jako miłośniczka życia we wszystkich aspektach, trochę szalona pełnowymiarowa „rycząca czterdziestka”, z tych, co to przygodne bzykanko – jak najbardziej i najchętniej. Z tych, co nie bały się ni księdza proboszcza, ni miejscowego pierwszego sekretarza, ni skarbówki, ni milicjanta. To nieustraszenie swoje wywodziły najczęściej z przywileju ekonomicznej samodzielności i samowystarczalności; zajmowały się handlem, rzemiosłem, drobną przedsiębiorczością, badylarstwem – wszystkim na skalę hurtową, na granicy zainteresowania fiskusa, które to zainteresowanie umiały ładnie poskromić… Z zapałem kolekcjonowały też złote precjoza i zielonkawe banknoty z prezydentami (choć ten z ulubionego ich nominału akurat prezydentem nie był…). Oddawały się pasji sponsorowania i subwencjonowania młodzieży artystycznej o ustalonej renomie witalnej. Uwielbiały wódeczki i pląsy na dancingach od „Watry” do przymorskiego „Grandu”. No i bzykały się ochotnie w sleepingach, na parkingach, w hotelowych toaletach, w przymierzalniach i na bułgarskich ekskursjach… Ale o tym już wspominałem. Na pewno plemieniu tych niezwykłych bab, chadzających normalnie pod prąd, nasza socjalistyczna ojczyzna wiele zawdzięcza; one to bowiem utwardziły grunt pod Wielką Zmianę. Dzięki plemieniu tych bab nasza dzielna socjalistyczna ojczyzna zmieniła kostium z gracją i wprawą wędrownego cyrkowca – nie było bowiem się o co bić, wszystko już było gotowe… Dlatego czytajcie prozę Chutnik z wdzięcznością za sportretowanie postaci, która wielką i niedocenianą odegrała rolę w poszukiwaniu naszej tożsamości.

Drugim powodem wdzięczności zaś niech będzie delikatny portret narratorki – osoby wydobywającej się z traumy po tranzycji płciowej. I nie musicie czytać tego epizodu jako kontrapunktu dla obleśnych dowcipasów obrzydliwego starucha-gnoma obwoźnego, który dosmradza i tak już słabo pachnącą prowincjonalną atmosferę swymi idiosynkrazjami, bredniami i nienawistnym bełkotem.

Ale co z tym dywanem? No nie – sami sobie przeczytajcie; anegdotka jest niezła.

Tomasz Sas
(28 10 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *