Porządek dnia

19 czerwca 2022

Eric Vuillard 


Porządek dnia
Przełożyła Katarzyna Marczewska
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 2/5

Gwóźdź wbity w mózg

Rok 2017 to musiał być dziwny rok. Przynajmniej we Francji. Posucha zapanowała na niwach literatury i wyjałowiła miejscową prozę ogniem piekielnym. Do tego stopnia, że prześwietne jury sławetnej i tradycjami wielkimi obciążonej nagrody Goncourtów w dość osobliwy sposób skorzystało ze swego unikatowego przywileju kreowania wielkości (co najmniej jednorocznej…) w obrębie literatury francuskiej i laur za najlepszy w roku utwór fikcyjny napisany prozą (taka sobie skądinąd, ale wymowna definicja powieści) przyznało Ericowi Vuillardowi za „Porządek dnia”. Plus 10 euro, bo tyle zostało z kapitału zakładowego, oraz obiad uroczysty z jurorami i zarządem stowarzyszenia (wedle francuskiego sznytu – Akademii…) imienia braci Goncourtów, za który to obiad laureat na szczęście nie musi płacić… „Goncourtyzacja” tekstu zawiera zatem w sobie sugestię, że to ma być powieść.

Francuski tekst regulaminu nie pozostawia wątpliwości: un ouvrage d’imagination en prose”… Dzieło wyobraźni napisane prozą. „Porządek dnia” niewątpliwie napisany jest prozą. I to rzetelną, prawdziwą prozą – nie żadną molierowską krotochwilą z panem Jourdain… A co z postulatem fikcji, produktu wyobraźni? No cóż – w tym miejscu można podjąć dyskusję, która prędko się nie skończy. Co jest bowiem fikcją i którędy przebiegają jej granice? Jeśli autor deklaruje, że pisze fikcję, to czy wszystko ma być wymyślone – czy też istnieje jakiś, zakreślony chyba tylko dobrym obyczajem rewir rzeczywistości, z którego można czerpać inspiracje, fakty, postacie – bez podawania w wątpliwość samej istoty fikcyjności opowiadania. Czyli innymi słowy: dokąd i jak długo fikcja jest fikcją, gdy korzysta pełnymi garściami z faktów oraz innych imponderabiliów. Od jakiego momentu bardziej mamy do czynienia z fabularną opowiastką niż z dokumentalną narracją historyczną (nawet emocjonalną, intymną wręcz, osobistą…)?

Jeśli zatem rdzeń, szkielet tekstu zbudowany jest z faktów historycznych, powszechnie znanych i zinterpretowanych po stokroć, to czy do jego „upowieściowienia” wystarczy obudowanie wyobrażonymi dialogami, prowadzonymi przez postacie autentycznie istniejące, publiczne i historyczne? Czy wystarczy zgromadzenie imaginacyjnych, fałszywych didaskaliów w realnie istniejącej (nawet do dzisiaj, a więc weryfikowalnej naocznie) scenografii? Czy zjawiska meteorologiczne i zachody słońca muszą być astronomicznie dokładnie takie jak wtedy, czy można dostosować je do wyobrażonej potrzeby? Innymi słowy: czy ładunek fikcji musi zdominować nie tylko wyobraźnię autora, ale i czytelników? Czy autor może swym bohaterom narzucić tok myśli i emocji, odgadując je ex post dzięki analizie rzeczywistych zdarzeń? Czy powieść historyczna pojawia się wtedy, gdy autor zgromadzi grono znanych skądinąd bohaterów i każe im odegrać – wedle swego scenariusza i listy dialogowej – jakąś scenę historyczną, która przecież miała miejsce w rzeczywistości (i czasem nawet wiemy w miarę dokładnie, jak przebiegała).

Jak się postawi na scenie na przykład Adolfa Hitlera, Gustava von Kruppa, Hermanna Göringa, Joachima von Ribbentropa, Kurta von Schuschnigga (kanclerz Austrii), Neville’a Chamberlaina (premier Wielkiej Brytanii), Edwarda Wooda hrabiego Halifaxa (brytyjski minister spraw zagranicznych), Alberta Lebruna (prezydent Francji przed II wojną – gdyby ktoś nie wiedział, kto zacz) i każe im odegrać kilka scen z głośnymi dialogami i cichymi monologami wewnętrznymi – to może być powieść (gdyby trochę poprzestawiać akcenty, może lekko spreparować fakty). Ale na ogół po takich zabiegach wychodzi tylko rekonstrukcja historyczna. Prosta w warstwie formalnej i uboga w aspekcie artystycznym, choć nikt nie zarzuca jej braku wierności wobec rzeczywistych wydarzeń. Ale gdzie jej do powieściowego, literackiego artyzmu! Do tego rozpasania kształtów, języka, intelektualnego rozbestwienia typowej powieści francuskiej. Nie może sprostać nawet powieściom ascetycznym i celowo ubogim formalnie. Bo powieścią nie jest… Vuillard zapewne wyrósł w kręgu intelektualnych wpływów wielkiej historycznej powieści francuskiej. Może oddalił się od Aleksandra Dumasa (ojca), ale na pewno zna takich na przykład „Królów przeklętych” Maurice’a Druona, więc wie, czym może być powieść – nie tylko historyczna; Houellebecqa też raczej zna i przyswoił, nieprawdaż? Zresztą bądźmy uczciwi – chyba nigdy expressis verbis „Porządku dnia” sam powieścią nie nazwał. Ale gdyby nazwał, nie byłoby problemu – autorowi wolno. Tak samo jak czytelnikowi wolno takiej deklaracji nie brać pod uwagę…

W tej sytuacji, w tym świetle, dzieło Vuillarda powieścią raczej nie jest. Więc skąd ta Prix Goncourt? Nagroda za powieść? Racjonalni, praktyczni Francuzi musieli coś z Vuillardem zrobić, bo on wbił im solidny gwóźdź w mózgi, poważnie naruszając nie tylko zbiorowe samopoczucie, ale wręcz fundamenty intelektualne, na których Francuzi zbudowali zręby swej tożsamości narodowej. Taki szok nie mógł pozostać bez… nagrody. Francuzi bowiem nagradzają swych krytyków, okazując w ten sposób, że są wspólnotą na dobre i na złe, a wewnątrz wspólnoty można sobie pozwolić na wiele, byle było jasne wszem i wobec, że to dla jej dobra… Więc uznali, że „Porządek dnia” to fikcja literacka i za to dali nagrodę – najbardziej prestiżową w swej sferze…

Cóż zatem takiego uczynił swym rodakom Vuillard? Otóż pieczołowicie i trzymając się faktów zrekonstruował tych kilka dni (ale sięgając dla większej jasności sporo w tył czasów i równie sporo naprzód), które w dziejach Europy między światowymi wojnami zapisały się jako przełom, wyznaczający oczywistą już nieuchronność i sekwencję kolejnych zdarzeń. Czyli taki przełom, przed którym jeszcze prawie wszystko było możliwe, a po którym została jedna ścieżka, choć wszystkim się zdawało, że wybór nadal mają… Czyli siłowe, wymuszone przyłączenie Austrii do III Rzeszy (aczkolwiek przecież nie bez aprobaty znacznej części obywateli wiedeńsko-alpejskiej republiki), dokonane w trybie i stylu coup de foudre (gdyby nie te szwankujące czołgi…) 12 marca 1938 roku. Vuillard zaczyna swą egzegezę nieco wcześniej, gdy zimą 1933 roku przemysłowcy niemieccy po poufnym spotkaniu z Hitlerem (który już był kanclerzem) wspomogli pusty fundusz wyborczy NSDAP na tyle, że partia nazistowska wygrała wybory 5 marca 1933 roku – już po pożarze Reichstagu (jak się okazało – ostatnie w miarę wolne przed długą przerwą). W ciągu dalszym mamy sekwencję brutalnego łamania charakteru i woli (prawdę mówiąc – i tak niewiele było do złamania) kanclerza Austrii Kurta von Schuschnigga i prezydenta Wilhelma Miklasa. Zwłaszcza scena wizyty von Schuschnigga w należącej do Hitlera (kupionej za dochody z wydania „Mein Kampf”) alpejskiej willi Berghof na Obersalzbergu w Berchtesgaden (zrekonstruowana dzięki relacji Schuschnigga w jego pamiętnikach) robi wrażenie jako przykład umiejętności i możliwości Hitlera w sztuce psychologicznego miażdżenia, urabiania przeciwników. Słowo daję – gdy czytałem ten fragment, miałem przed oczyma długi stół na Kremlu z Macronem i Putinem na obu krańcach… Zresztą analogii tego rodzaju znajdzie się w „Porządku dnia” więcej, znacznie więcej…

Czemu? Bo największą zaletą roboty Vuillarda jest jej… profetyczna doskonałość. Trzeba zdać sobie sprawę, że wydał ten tekst pięć lat temu – a wtedy tylko garstka najbardziej przenikliwych tudzież poinformowanych rusologów zdawała sobie sprawę z tego, czym w istocie jest reżim Putina i jaką obrał drogę. Dwóch, może trzech – i do tego pozbawionych możliwości komunikowania światu swych przemyśleń i ostrzeżeń… Odnoszę bowiem wrażenie, że dokonany przez Vuillarda wybór przypadku Hitlera tudzież Austrii wraz z opisaniem ówczesnej polityki mocarstw wobec tego zjawiska – czyli niczym nie ograniczanego (poza strachem tylko o własne tyłki) appeasementu – szerokiego przyzwolenia, wręcz zaspokajania zachcianek dyktatora (w imię pokoju na świecie oczywiście i obawy, by drania niczym nie urazić, a zwłaszcza nie upokorzyć…) – to oczywisty pretekst, kostium historyczny do tym bardziej wnikliwego opisania całkiem współczesnych stosunków politycznych. Ustępstwa w imię pokoju wobec wroga pokoju – to klasyczny przypadek w dziejach świata – nie pierwszy i nie ostatni raz (bo ten rodzaj głupoty jest nieodłącznym atrybutem polityki uprawianej pod sztandarami poczucia wyższości i „moralnej” jakoby racji). Ale skąd Vuillard wiedział już pięć lat temu, że jego ostrzeżenie, z lekka tylko przebrane w kostium historyczny, nabierze tak palącego współcześnie sensu? Oczywiście – dobrzy obserwatorzy mogli się zorientować już po Krymie, Doniecku i Ługańsku w 2014 roku, dokąd to wszystko zmierza. Ale czy Vuillard był wśród nich? Wątpię… Jego tekst to raczej uogólniony rezultat obserwacji trendów kultury, cywilizacji i polityki. Próba ostrzeżenia przy pomocy wymownego i zrozumiałego nie tylko w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej kazusu Hitlera. Fenomenalna i gorąca w swej wymowie koincydencja dzieła Vuillarda z biegiem światowych spraw i dziejów jest zatem dziełem przypadku. Ale niech mi ktoś powie, że nie ma w tym „przypadku” głębszego uniwersalnego sensu.

To, co zrobił Vuillard, w żadnym wypadku nie jest powieścią – godną nagrody Goncourtów fikcją literacką, produktem nieokiełznanej wyobraźni pisarza. Przeciwnie: to dokumentalna robota polityczna, publicystyczna, eseistyczna najwyższej wartości. Zdumiewająco, boleśnie aktualna. Francuzi powinni znów zobrazować sobie wizję prezydenta Lebruna, podpisującego hurtem dekrety o ustanowieniu kolejnych apelacji produkcji wina, podczas gdy czołgi Hitlera – nieudolnie, bo nieudolnie – ale jednak idą z Salzburga przez Linz na Wiedeń. A Anglicy niech przypomną sobie powściągliwie uprzejme reakcje Chamberlaina i Halifaxa na impertynenckie krotochwile Ribbentropa podczas pożegnalnej kolacji na Downing Street tego samego dnia… Tak – nie można lekceważyć zła ani nie przegapić momentu jego dostrzeżenia po raz pierwszy. Reakcja potrzebna jest natychmiast – niech zło nie rośnie.

Lektura tej skromnej objętościowo książeczki (145 stron – co to jest?) zaiste może przyprawić o ból głowy… Ale unikać jej nie wolno. Ze swej strony polecam waszej uwadze krótki rozdzialik o magazynie rekwizytów i kostiumów w Hollywood, który na długo przed wojną zgromadził komplety umundurowania i osobistego uzbrojenia SA, SS i innych niemieckich formacji, słusznie mniemając, że się przydadzą. Ale ciekawi mnie, bo autor o tym nie wspomina, czy mieli też zawczasu na składzie „gustowne” pasiaki i mycki więźniów obozów koncentracyjnych, wraz z kompletami oznakowań – tymi wszystkimi kolorowymi winklami i literami na plecach…

Tomasz Sas
(19 06 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *